To już jest koniec

Niestety. Mimo prób i nadziei na kontynuację Bloga Trzech Miast, nie udało mi się skutecznie i trwale reaktywować działalności. Dlatego żegnam wszystkich i wszystkie, którzy tu zaglądali, czytali i podzielali moje poglądy lub się z nimi nie zgadzali. Mam nadzieję, że kilka wartościowych wpisów udało mi się do blogosfery przemycić, a za ewentualne potknięcia i usterki przepraszam.
Z treści i zdjęć tu zamieszczonych możecie do woli i bez ograniczeń korzystać na zasadach określonych licencją, czyli „z uznaniem autorstwa”.

Życzę Wam powodzenia i dobrego życia w Gdańsku, Gdyni, Sopocie, trójmieście lub gdziekolwiek, gdzie sobie wymarzycie.
D.O.

Reklamy

Pytania i odpowiedzi

ratuszNo i oto, po wielu tygodniach hibernacji, Blog Trzech Miast wraca do życia z obiecanym tekstem o badaniu tożsamości studentów gdańskich uczelni. Badanie przeprowadzone zostało przez studentów I roku MSU socjologii na Uniwersytecie Gdańskim. Próba badawcza była niereprezentatywna, za to dość przyzwoita i wynosiła ok. 200 respondentów. Te dwie setki to studentki i studenci Uniwersytetu Gdańskiego, Politechniki Gdańskiej i Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego oraz niewielki odsetek reprezentantów innych gdańskich szkół wyższych.

Na początek przedstawię hipotezy i cel badawczy projektu.

Tytuł i zagadnienie:
Zmiany tożsamości lokalnej studentów pochodzących z innych miejscowości, uczących się w Gdańsku

Główny problem badawczy:
Jak zmienia się tożsamość lokalna studentów pochodzących z innych miejscowości, uczących się w Gdańsku?

Problemy szczegółowe:

  1. Jaki jest stosunek studentów przyjezdnych do ich miejscowości rodzinnych w pierwszym okresie studiów?
  1. Co studenci rozpoczynający naukę myślą o Gdańsku?
  1. Jaki jest ich związek emocjonalny z Gdańskiem po kilku latach nauki?
  1. Które czynniki wpływają na zmianę tożsamości lokalnych studentów?
  1. Jak zmienia się stosunek studentów kończących naukę w Gdańsku do ich miejscowości rodzinnych?

Hipotezy:

  1. Stosunek studentów rozpoczynających naukę w Gdańsku do ich miejscowości nie jest jednolity.
    Część z nich jest związana ze swoimi miejscowościami, a część upatruje w studiach szansy na stałą emigrację z miejscowości rodzinnych.

1b. Niektórzy nowo przybyli boją się Gdańska, w ich mniemaniu dużego miasta, w którym trudno im będzie odnaleźć się i zaaklimatyzować.

  1. Gdańsk jest postrzegany przez studentów rozpoczynających naukę pozytywnie – znaczący ośrodek akademicki, miasto wielu możliwości.
  1. Emocjonalny związek z Gdańskiem nasila się z upływem czasu.
  1. Wśród czynników wpływających na tożsamość lokalną są m. in.:

4a środowisko rówieśnicze

4b znajomość topografii miasta

4c możliwości rozwoju, jakie oferuje miasto

4d związki z miejscem zamieszkania w czasie studiów

4e praca podjęta w czasie studiów

4f. zaangażowanie w działalność lokalnych organizacji i grup nieformalnych

  1. Stosunek do miejscowości rodzinnych zmienił się w okresie studiów.

5a. Część studentów nadal z sentymentem myśli o swoich miejscowościach rodzinnych.

5b. Część spośród nich niechętnie myśli o miejscowościach, z których przyjechali.

Żeby zajmować się badaniem tożsamości w jakimkolwiek, choćby najbardziej wycinkowym ujęciu, należało uzgodnić, co rozumiemy przez tożsamość. W tym wypadku tożsamość lokalną. I tak Pogląd Małgorzaty Melchior uwzględnia łączność pomiędzy znaczeniem i funkcjami tożsamości indywidualnej, społecznej oraz lokalnej. Wyraża się on w twierdzeniu, że istotną cechą tożsamości jest niewątpliwie poczucie zakorzenienia, czyli występująca w jednostce i w grupie świadomość swojego miejsca na świecie. Dla określenia własnej tożsamości niezbędne jest określenie przynależności przestrzennej, nierozerwalnie związane z wiedzą o własnych „korzeniach”, o tym skąd się pochodzi w sensie społecznym, historycznym, kulturowym. Poczucie własnej tożsamości kształtuje się nie tylko w odpowiedzi na pytanie jednostki o to, „kim jest”, ale również na pytanie: „skąd jest”.[1]
Stąd Tożsamość lokalną rozumiemy jako poczucie zakorzenienia i znajomość pierwszej podstawowej odpowiedzi na pytanie “skąd jestem?”

Idąc dalej, zgodnie z tym drogowskazem w postaci zwartej definicji, przeprowadzone zostało badanie ankietowe, a część jego wyników przedstawię poniżej.

I tak, na pytanie: Czy w czasie studiów częstotliwość Twoich powrotów do miejscowości rodzinnej uległa zmianie? 49,7 proc. badanych odpowiedziała, że tak – z czasem coraz rzadziej zaczęli wracać do swoich domów rodzinnych. Zdaniem 45,7 proc. nic się w tej materii nie zmieniło, a 4,5 proc. zaczęła z czasem częściej wracać do domów.

Na pytanie o powód, dla którego wybrali studia w Gdańsku, 30,5 proc. stwierdziło, że po prostu, w ich miejscowości nie ma wyższej uczelni, a dla 29,5 studentów nauka w Gdańsku to było spełnienie marzeń. Dla 14,7 proc. badanych studia w Gdańsku są oznaką prestiżu.

Co ciekawe, aż 63 proc. badanych mieszka w Gdańsku na stancjach. 14,3 proc. korzysta z dobrodziejstwa akademików. Niemal 17 proc. badanych dojeżdża na studia spoza Gdańska.

60,5 proc. badanych wciąż lubi swoją miejscowość rodzinną, choć dostrzega jej mankamenty. Bardzo przywiązanych do miejscowości rodzinnej jest 25,2 proc. studentów, a 6,4 nie lubi swojej miejscowości rodzinnej. Dla 7,8 respondentów jest to miejsce obojętne.

Gdańska nie lubi 5,9 przyjezdnych studentów, a dla 17,8 proc. jest to miasto obojętne. Za to 75,7 proc. lubi Gdańsk. 68,6 proc. z tej grupy uważa Gdańsk za piękne miasto, bliskość do morza docenia 70 proc. Co ciekawe, jako bardzo przyjaznych ocenia gdańszczan tylko 13,7 proc. Miastem rozrywkowym jest Gdańsk tylko dla 45,7 proc. możliwości rozwoju w Gdańsku dostrzega 64 proc. badanych. Aż 84,7 proc. z tej grupy uznaje, iż możliwości rozwoju są w Gdańsku większe niż w ich miejscowościach rodzinnych.

A co z tymi, którzy Gdańska nie lubią? Ano dokładnie połowa z nich twierdzi, że gdańszczanie są wręcz nieprzyjaźni. Na drożyznę narzeka 25 proc. badanych, a nie może się w nim zaaklimatyzować 41,6 proc. badanych.

Ciekawe, że 29,7 proc. studentów w czasie kolejnych lat nauki zaangażowało się działalność społeczną, organizacje pozarządowe, społeczność lokalną.

Stosunek do miejscowości rodzinnej zmieniło 27 proc. badanych, ale 57,3 uważa, że nic się w tej kwestii nie zmieniło. Pozostali nie umieli jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie.

Tylko 8 proc. badanych chce po zakończeniu studiów pozostać w Gdańsku na stałe. Na jakiś czas zamieszka tu 24,6 proc. a 14,8 wróci do rodzinnej miejscowości. Decyzji nie podjęło jeszcze 39 proc. studentów.

I to na razie tyle jeśli chodzi o statystyki. Końcowy raport z badania jeszcze nie powstał, brak ostatecznej konkluzji w odniesieniu do hipotez badawczych. Dlatego Czytelnicy sami mogą popróbować swoich sił przy analizie tych częściowo podanych tutaj wyników.

[1] M. Melchior, Społeczna Tożsamość jednostki, WUW, Warszawa 1990

Po panelu piszę

IMG_20141023_114250Uczestniczyłem w jednym z paneli dyskusyjnych podczas konferencji SmartMetropolia 2014 w Gdańsku. Panel dotyczył wspólnotowości i więzi lokalnych, a moja prezentacja nosiła tytuł „Trzy tożsamości czy tożsamość trzech miast?”

Miałem okazję znaleźć się w gronie naukowców, socjologów, specjalistów od zagadnień tożsamości lokalnej. Udział w tym spotkaniu był pouczający. Niestety, to czego mi zabrakło, to czas na dyskusję. Ledwie kilka pytań zadanych z sali i pośpiech przy udzielaniu odpowiedzi. Sporo niedopowiedzeń, ledwie muśniętych wątków. Cóż, trudno.

Mam jednak możliwość poszerzenia swoich odpowiedzi na uwagi dwóch współuczestników panelu. Pan profesor Cezary Obracht-Prondzyński z Uniwersytetu Gdańskiego w odniesieniu do mojego wystąpienia stwierdził, że podział na „nowoczesną Gdynię” i „historyczny Gdańsk” uważa za niewłaściwy, błędny i stereotypowy. Rzeczywiście, to stereotyp i rozpoczynając swoje wystąpienie zaznaczyłem, że do stereotypów będę się odnosił i wśród nich poruszał. Szkoda, że profesor nie podał swojego punktu widzenia na relacje między Gdańskiem a Gdynią, ale rozumiem, że nie było na to czasu. Nie mam jednak pewności co do słuszności twierdzenia, że pojęcie „Trójmiasta” rozlewa się dalece na obrzeża metropolii. Być może tak.

Nie wiem też na pewno – w przeciwieństwie do pana profesora – czy wszyscy mieszkańcy Wejherowa odwiedzając inne regiony kraju, na pytanie o to, skąd przyjechali mówią, że z „Trójmiasta”. Ciekawe byłoby zbadanie tego, jak do przynależności „trójmiejskiej” przyznają się sami zainteresowani – mieszkańcy Gdańska, Sopotu i Gdyni. Z tego, że pojęcie „Trójmiasto” w ogóle funkcjonuje w potocznym obiegu, nie wynika jeszcze jakaś trójmiejska tożsamość. Co miałoby być jej wyznacznikiem, łącznikiem? Odpowiedź, że wspólne podróże SKM-ką, nie zadowala mnie zupełnie. Ja powstałej po II wojnie połączonej szczególnymi więziami społeczności mieszkańców trzech miast jakoś nie dostrzegam. To znaczy, nie dostrzegam siły tych więzi. A przypomnę (o czym pisałem już kiedyś przy innej okazji), że jakieś dziesięć lat temu Paweł Huelle powiedział w rozmowie ze mną, iż Gdańsk tonie we własnej mitologii. To historyczne uogólnienie jest moim zdaniem aktualne do dziś. W haśle „Gdańsk miastem wolności i solidarności” wciąż mocniej pobrzmiewa nuta historii, niż muzyka przyszłości. Poza tym, nie widzę niczego złego w tak opozycyjnym pojęciowo rozdzielaniu Gdańska i Gdyni. Zamiast się obruszać, lepiej byłoby na tych opozycjach budować kapitał.

Całkiem intrygującą rzecz powiedział pan profesor Tomasz Szlendak z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu odnosząc się do moich uwag o niepewnej, zaburzonej, tworzącej się od nowa, tożsamości mieszkańców Sopotu. Profesor uznał bowiem mniej więcej, że skoro Sopot jest coraz bardziej miastem napływowego establishmentu, turystów, okazjonalnych imprezowiczów, to oni właśnie określają nową tożsamość tego miasta i mają do tego pełne prawo?

Czyli skoro oni – w gruncie rzeczy obcy, bo nie stąd i nie związani emocjonalnie na trwałe z Sopotem – mówią, że jest to miasto „rozrywkowe” i nic ponadto, to należy przyjąć to do wiadomości. Tożsamość miasta określona nie przez sopocian, a przez jego konsumentów. Czyżby sopocianie nie mieli nic do powiedzenia? Są definicje, które takie miasto jak Sopot pozwalają umieścić w szufladce „nie-miejsca”, więc nie powinienem się specjalnie dziwić. Jestem mimo to zdziwiony. Tożsamość lokalna zdefiniowana nie przez autorefleksję, ale w stylu „jak cię widzą, tak cię piszą”… Tożsamość personalna zawsze jest sumą kilku składowych, między innymi tego, jak postrzegają nas inni. Z tożsamością miejsc jest w pewnym sensie podobnie, ale pozostawianie całego pola nie-miejscowym? Hmmm…

Gdańsk nie jest miastem równości?!

O problemach gdańskich rugbistek pisały lokalne media dość sporo. [1 i 2] Panie z drużyny Ladies Lechia Gdańsk czują się dyskryminowane i mają rację. A wszystko to w Gdańsku, aspirującym do miana miasta wolności, solidarności i równości. O sytuacji gdańskich sportsmenek i w ogóle, kobiet (nie tylko w Gdańsku) rozmawiam z Elżbietą Jachlewską, wiceprzewodniczącą Partii Kobiet.

1525387_704823622891604_1024206705_nDariusz Olejniczak: Wszystko wskazuje na to, że drużyna Ladies Lechia Gdańsk, pięciokrotna zdobywczyni tytułu Mistrzyni Polski zostanie rozwiązana. O problemach gdańskich rugbistek media piszą od jakiegoś czasu, bo panie są dyskryminowane na różnych polach przez działaczy klubu zainteresowanych jedynie sukcesami męskiej drużyny. Może nie ma się co dziwić decydentom, przecież rugby to taka męska gra…

Elżbieta Jachlewska: Przede wszystkim czy istnieje definicja „męskiej gry”? Można by powiedzieć, że balet jest żeńską formą artystyczną i płacić baletmistrzom mniej, lub nie kupić im baletek i strojów do tańca, bo są w mniejszości. No i rzucić złośliwy komentarz, na temat domniemanej orientacji seksualnej i zniewieścieniu.

Czy panie mogą liczyć na wsparcie swoich kolegów rugbistów?

Nie sądzę aby panowie odważyli się wesprzeć swoje koleżanki. Obawiają się konsekwencji. Ba, niektóre zawodniczki martwią się, że swoją postawą zaszkodzą kolegom. Taka kobieca przypadłość kulturowo wpojona nam przez wieki – nie wypada kobiecie dbać o swój interes, mieć ambicje, egzekwować należne wsparcie finansowe i tak dalej.

Kilka lat temu w Gdańsku odbyło się seminarium poświęcone optymalizacji sytuacji kobiet w Gdańsku zorganizowane przez miasto Gdańsk oraz Komisję ds. Równości Kobiet i Mężczyzn Związku Miast Bałtyckich. Gdańsk zyskał nawet miano miasta równości kobiet i mężczyzn. Sytuacja gdańskich rugbistek to „wypadek przy pracy” w mieście powszechnej szczęśliwości?

Gdańsk jak wiele miast w Polsce nie jest, nie był i jak na razie nie ma zamiaru być miastem równości.

Przypadek rugbistek nie jest ewenementem. Spójrzmy na „ Maraton Solidarności”, w którym kobiety otrzymują sporo mniejsze nagrody (po proteście Partii Kobiet w 2011 roku sytuacja trochę się poprawiła). Argument Kazimierza Zimnego – dyrektora maratonu, że kobiet startuje mniej, a tym samym ich wkład finansowy (wysokość wpłacanych składek) w budżet jest mniejszy jest po prostu śmieszny. Od razu nasuwa się pytanie dlaczego w takim razie kobiety nie płacą tej składki w mniejszej wysokości?

Problem dyskryminacjo kobiet zamiatany jest pod dywan od dawna. Przykład: drużyny siatkarek „Gedania”. Siatkarki były dumą Gdańska od lat 50-tych, mistrzyniami Polski, grały w reprezentacji narodowej, zdobywając dla Polski medale mistrzostw i igrzysk. W 2006 r. klub uwłaszczono, utworzono spółkę prywatną „Gedania”. Ta przejęła stadion, halę po czym nastąpił powolny upadek klubu. Dzisiaj jest tam dziura, czekająca na zakończenie procesów karnych i na inwestora. Nastąpił też upadek  50-leniego dorobku kobiet w siatkówce. Siatkarki próbowały od 2006 r. też protestować przeciwko upadkowi klubu, przeciw pogarszającym się warunkom w hali sportowej, prosiły o pomoc prezydenta Adamowicza… A władze spółki „Gedania” nie złożyły wniosków o dofinansowanie do miasta. Halę rozebrano, kobiety odeszły w milczeniu.

Od niedawna kobiety, a właściwie młodziutka dziewczyna – 12 lat, trenuje w Gdańsku żużel [3]. Piłka nożna – jest kilka drużyn, w tym w klubie Lechia – ale dziewczyny nie za bardzo mają z kim rywalizować. W szkołach sportowych nie ma klas piłkarskich dla dziewcząt. W tym wszystkim razi przede wszystkim forma dyskursu, język który dyskredytuje kobiety („kobiety wyglądają gorzej, nikt nie chce oglądać spoconych kobiet”, „jak się im nie podoba to niech nie biegają ” itp.) Dyskredytuje się osiągnięcia kobiet. Rugbistki gdańskie to czterokrotne mistrzynie Polski, a traktuje się je jak amatorską drużynę, w której kobiety uprawiają swoje dziwne hobby. [4]

Jak kwestia równych możliwości, praw kobiet i mężczyzn wygląda w Gdyni i w Sopocie? Jest lepiej, czy może wszędzie równie źle?

Nie widzę żadnej różnicy pomiędzy sytuacją Gdańska, a Gdynią, czy Sopotem. Sytuacja nie zmieni się, jeśli władze samorządowe nie zaczną działać systemowo. Przecież kobiety są także mieszkankami tych miast. Płacą podatki. Dlaczego więc nie mają w takim samy stopniu korzystać z funduszy przeznaczonych na sport jak mężczyźni?

Jakie organizacje, instytucje działają w tych trzech miastach na rzecz równości płci, gdzie kobiety mogą szukać wsparcia?

Są to przeważnie organizacje pozarządowe w Gdańsku Stowarzyszenie WAGA, TAK (Trójmiejska Akcja Kobieca), Centrum Praw Kobiet, „Tolerado”. W Gdyni – Fundacja „Nadaktywni”, Stowarzyszenie GAFFA. W każdym z trzech miast także Partia Kobiet ma swoje struktury.

Czy na przestrzeni lat sytuacja kobiet pogarsza się, czy jest lepiej?

Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że się cofamy. Tyle się mówi o równouprawnieniu, członkostwo w Unii Europejskiej także zobowiązuje Polskę do przestrzegania zasad równości płci…ale mało co z tego wynika. Kobiety organizują protesty, manifestacje i nie udaje im się przebić ze swoimi postulatami do świadomości społecznej. Musiałybyśmy sprowadzić górników – oni potrafią być skuteczni. Kobiety muszą wejść w struktury władzy aby wnieść kobiecy punkt widzenia, wnieść swoją perspektywę. Jak mówi moja koleżanka partyjna – kobiety muszą wnieść do polityki to, co mężczyźni wynieśli.

Jakie obszary życia są najciemniejszymi plamami na lokalnej mapie równości?

Budżet. Władze obawiają się budżetu genderowego. A przecież w tym budżecie chodzi o to aby zaspokoić potrzeby wszystkich mieszkańców – kobiet, mężczyzn, seniorów, dzieci… Nie możemy wydawać pieniędzy na jedną określoną grupę społeczną tylko dlatego, ze ma największe wpływy i siłę przebicia. O poziomie edukacji równościowej nawet nie wspomnę. Żyjemy w mieście białych, bogatych, 40-letnich mężczyzn. Dyskryminuje się nie tylko kobiety. Dyskryminacja dotyczy także całych dzielnic, jak Biskupia Górka w Gdańsku, czy Grabówek w Gdyni. Czasem mam wrażenie, ze władze zapomniały o tych mieszkańcach. Bo w jakim stopniu oni i one korzystają z miejskiego budżetu?

[1] http://wiadomosci.onet.pl/trojmiasto/nie-bedzie-ani-stypendium-ani-druzyny-ladies-lechia-gdansk-czujemy-sie-upokorzone-i/9t2kv
[2] http://www.dziennikbaltycki.pl/artykul/3576171,poslanka-po-interweniowala-w-sprawie-rugbistek-ladies-lechia-gdansk,id,t.html
[3] http://www.youtube.com/watch?v=WKg4eVB63hM
[4] http://www.sportfan.pl/artykul/dyskryminacja-kobiet-wygrala-ale-zarobila-mniej-od-zwyciezcy-19776

Elżbieta Jachlewska – jak sama o sobie mówi; optymistka, idealistka, nowoczesna feministka. Wierzy, że pracą u podstaw można powoli zmienić świat na lepszy; że dyskutując, można osiągnąć kompromis ponad wszelkimi podziałami, a integrując różne środowiska, sprawić, iż tolerancja będzie czymś najnormalniejszym w świecie. Szczęśliwa żona i matka dwójki dzieci; 13-letniej Gai i 18-letniego Gniewka. Wiceprzewodnicząca Partii Kobiet. Prezeska Stowarzyszenia WAGA. Kandydowała w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku  z listy Partii Zieloni.

Europejskie Centrum Sofistyki

IMG_0219Prawda jest względna wobec innych prawd, a to, co się liczy to zmysły, którymi odbierasz i poznajesz rzeczywistość. Dobrze i z pożytkiem, jeśli poznasz tę, a nie inną prawdę. Wiedza nabyta u nas, to wiedza przydatna w naszej rzeczywistości, a co za tym idzie, jedynie słuszna. Tak w skrócie można by opisać koncept, jaki przyświecał twórcom Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku. Kto był w tym budynku i widział ekspozycję stałą, ten wie.

Ale od początku – owa ekspozycja stała, rozpostarta na dwóch kondygnacjach gigantycznego, rdzawego Centrum, to zbiór eksponatów z przeszłości, współczesnych atrap i atakujących zmysły multimedialnych gadżetów imitujących muzeum oraz emitujących słuszny przekaz. Zacznę od owej „imitacji muzeum”. Od jakiegoś czasu pojęcie muzeum, idea muzealnictwa, ewoluuje starając się nadążyć za nowoczesnymi trendami, lub jak się części muzealników wydaje, za wyzwaniami współczesności oraz wyzwaniami stawianymi przez pokolenia wstępujące. Stąd mamy zmianę roli wystawienniczej muzeów na rolę edukacyjno-konceptualną (połączenie obu tych ról w przeszłości wzajemnie się nie wykluczało). Czasem to się sprawdza, kiedy ekspozycja artefaktów o rzeczywistej wartości muzealnej i historycznej równoważy multimedia (Muzeum Powstania Warszawskiego). Niestety, często – jak w przypadku ECS – kiedy brak tej równowagi, nie sprawdza się to kompletnie.
Podsumowując – muzea, zamiast jak dawniej, pokazywać swoje zbiory, eksponaty, opisywać je, omawiać i prowadzić działalność edukacyjną i popularyzatorską, tworzą dziś multimedialne prezentacje audio-video, zamiast przewodników „zatrudniają” nagrania opisujące „zbiory” a dla podniesienia estetyki, z reprodukcji, reprintów i rekonstrukcji tworzą kolaże, przestrzenne wizualizacje, niemal pomniki zawierające jakiś ideologiczny przekaz.
W najnowszym numerze „Zbioru Wiadomości do Antropologii Muzealnej” (1/2014) tak o tym pisze Paweł Krzyworzeka:

„(…) Muzeum wykorzystujące ostatnie osiągnięcia techniki staje się nowoczesne jedynie w wąskim wymiarze, szczególnie, jeśli nowinki wykorzystane zostają w niewysublimowany sposób. W polskim muzealnictwie, szczególnie wystawiennictwie, można znaleźć wiele przykładów rozwiązań zaawansowanych w formie, lecz ubogich w treści.(…)”

No w rzeczy samej! Ekspozycja stała, mimo zalewu multimedialnych prowokacji i niebanalnej aranżacji wnętrz, jest dość uboga w treści.
Wnioskuję tak po tym, co na owej ekspozycji zobaczyłem. Między innymi milicyjną pakę, tzw. pakę służącą w czasach PRL do przewozu mundurowych lub zatrzymanych, w zależności od potrzeb. Paka stoi w centralnym miejscu jednej z sal i jest otwarta dla zwiedzających. Zwiedzający, najczęściej młodzież szkolna, chętnie rozsiada się na twardych krzesłach zamontowanych w środku. Największą atrakcją jest jednak spory ekran emitujący film na temat stanu wojennego umieszczony tuż za kabiną kierowcy. Młodzież zna już takie patenty – w samolotach latających do egzotycznych wczasowisk takie ekrany, nieco może mniejsze, wyświetlają filmy, by podróżującym się nie nudziło. Czy zatem, młodzi ludzie korzystają z informacji odczytywanych przez lektora w trakcie emisji filmu o stanie wojennym? Czy może raczej patrzą na ekran, jak na jeszcze jeden multimedialny bajer, jakich w ich życiu nie brakuje? Widziałem jedną z takich grup uczniowskich – wpadła do wnętrza mega-suki. Dzieciaki powierciły się, poprzeskakiwały z fotelika na fotelik, popatrzyły w ekran i już musiały wychodzić na zewnątrz, bo wędrująca z nimi nauczycielka wygoniła grupę z milicyjnej gabloty. Oni nigdy nie dowiedzą się, co czuli ludzie siadający w tej gablocie aresztanci. Dla nich to błyskawiczny plac zabaw. No, ale może o to chodzi.

IMG_0207Tuż obok „instalacja” Doroty Nieznalskiej – rekonstrukcja stoczniowej bramy rozjechanej przez czołg w grudniu 1981 r. W rzeczy samej, artystycznie i „przesłaniowo” praca świetna, może nawet ocierająca się o geniusz. (A nie jest Nieznalska moją ulubioną artystką, ma to i owo wobec Stoczni i stoczniowców na sumieniu.) Niestety, w kontekście w jakim ją umieszczono, obok multimedialnej mega-suki zwanej dawniej lodówą, oraz obok ustawionych na drągach, wyzutych z grozy, zomowskich tarcz służących w czasach działania tej formacji do atakowania i spychania tłumu, gubi się przekaz i moc tej instalacji. Dlaczego? Bo w tym towarzystwie robi za kolejną atrapę, coś, co udaje, co zastępuje. Co zmieniło swoją funkcję, a co za tym idzie, znaczenie. Tymczasem „brama” Nieznalskiej od początku była przetworzeniem, nawiązaniem, memento, dotknięciem minionego a nie realnym przedmiotem, eksponatem, artefaktem.

IMG_0208Inna rzecz, giga-walec drukarski umieszczony w jednej z sal. Walec piękny, srebrny z krwiście czerwonymi elementami typograficznymi solidarycy. Jak dla mnie kwintesencja towaru zastępczego, udawania, karykatury historii. Porażka twórców ekspozycji. Gdzie jest miejsce na autentyczny powielacz, gdzie rekonstrukcja drukarni podziemnej oparta na autentycznych eksponatach?! To puste pułki społemowskiego sklepu mięsnego można było odtworzyć, a drukarnię już nie?!

IMG_0204 IMG_0195Kolejna atrapa – niby-okrągły-stół. Oryginału przenieść do Gdańska nie można było, więc zrobiono coś na pograniczu modelu architektonicznego, wizualizacji i rzeźby nowoczesnej. Jest stół, niby ten stół, a wiadomo, że nie ten i że nawet to nie jest stół.

IMG_0205To wszystko udaje wystawę, udaje muzeum. Na ekspozycji stałej zabrakło autentycznych dokumentów, druków, przedmiotów osobistych z wyjątkiem kurtki należącej do Ludwika Piernickiego, jednej z ofiar Grudnia 70, noszącej ślady po kulach. Jest też trochę samizdatów poprzyklejanych do ściany i właściwie tyle. Kurtka umieszczona w szklanej gablocie nie jest w żaden sposób opisana. Wiadomo, opisu dokonuje najpewniej lektor mówiący przez słuchawki do zwiedzających, o ile ci słuchawek sobie zażyczyli. Ot, moc multimediów. Po co komu opis eksponatu. Psułby nowoczesną ideę nowoczesnej ekspozycji dla nowoczesnych ludzi. W ogóle cała ekspozycja stała funkcjonuje bardziej w sferze audiowizualnego przekazu płynącego z ekranów i słuchawek lub głośników, niż w przestrzeni wnętrz. Mogłoby nie być ekspozycji, byleby był dźwięk właściwych treści.
A dlaczego zabrakło w ECS autentyków? Wszyscy to wiemy. Stoczniowa „Solidarność” ich po prostu władzom Centrum nie przekazała. Trudno spodziewać się by było inaczej, skoro władze Centrum nie uznały za stosowne opowiedzieć w swoim multimedialnym przekazie o sporach toczących „Solidarność”, o rozłamach, o podziale i kłótniach o wizje Polski. ECS ma do zaproponowania tylko jeden przekaz, który wyklucza inne spojrzenie na historię. Ci, których zabrakło w tym przekazie, np. małżeństwo Gwiazdów i wielu zwykłych stoczniowców, dziś mogą stworzyć swoisty Salon Odrzuconych. I niektórzy z nich tworzą, jak Jarosław Żurawiński (tel. 697 105 652) oprowadzający chętnych po Sali BHP i Hali U-botów, w której zgromadził razem ze znajomymi eksponaty autentyczne i niemultimedialne z okresu PRL-owskiej siermięgi.
Tak więc, przez lata tworzenia ECS nie udało się obu stronom dojść do porozumienia. Przy czym uważam, że największą moc sprawczą mieli w tej materii włodarze Gdańska i ECS. Stoczniowcy mają w orężu tylko swoją pamięć o wydarzeniach sprzed kilku dekad.

IMG_0199Mam wrażenie, że cała ta multimedialność i nowoczesność, całe to gadanie o tym, że to nie tyle muzeum, a bardziej centrum do debaty i namysłu nad naszą dzisiejszą wzajemną solidarnością ogólnoludzką, to tylko przykrywka. Zadaniem owej przykrywki jest kamuflaż prostej prawdy – oficjalna władza i jej, w pewnym sensie, reprezentanci, nie była w stanie przełamać się i poszerzyć krąg tych, których dopuszcza do grona współtwórców sukcesu „Solidarności” i Polski w ogóle. Nie była też w stanie dopuścić do tego, by argumenty jej oponentów wydostały się na zewnątrz, poza mury ECS a już tym bardziej, by w tych murach w ogóle zagościły. Stąd brak materiału ekspozycyjnego. Trzeba było zatem porobić aranżacje, pokazać co się ma, wymyślić cuda typu plac zabaw dla dzieci (ma powstać w ECS). Oficjele chcą uczyć solidarności, ale boją się jak ognia pokazania prawdy historycznej w pełnej perspektywie.

Nic to jednak, bo ECS i tak odniesie sukces. Postarają się o to wycieczki szkolne i te ze świata. ECS będzie najpewniej obowiązkowym punktem zwiedzania miasta. A i Was Czytelnicy, zachęcam do odwiedzin ekspozycji stałej. Trzeba to mieć za sobą.

IMG_0216

%d blogerów lubi to: