Sopot potrzebuje zmian

Niedawno „Rzeczpospolita” opublikowała ranking samorządów. Jego opracowanie przytacza pokrótce portal trójmiasto.pl, kładąc nacisk na dobre  miejsce w tym zestawieniu naszych trzech miast. Niestety, opieram się na tekście lokalnego portalu, bo ogólnopolska redakcja każe sobie za pobranie pełnej wersji rankingu zapłacić. A takiej polityki informacyjnej w internecie Blog Trzech Miast nie popiera.

Z tego co pisze trójmiasto.pl i co można usłyszeć na filmie promującym zestawienie wynika, iż pierwsze miejsce w rankingu miast na prawach powiatu zajął Sopot, a Gdańsk był na drugiej pozycji. To bardzo ciekawe. W ustalaniu kryteriów brano pod uwagę m.in. zarządzanie miejskimi finansami w latach 2009-2012, pod uwagę brano także nakłady na gospodarkę mieszkaniową, średnią punktów z testu szóstoklasistów i gimnazjalistów, stopę bezrobocia, liczbę zarejestrowanych podmiotów gospodarczych oraz wysokość wydatków poniesionych na promocję.

Skoro Sopot wypadł tak dobrze, to warto poświęcić mu nieco uwagi. O rozmowę o mieście poprosiłem sopocianina, politologa dr Marcina Gerwina, współzałożyciela Sopockiej Inicjatywy Rozwojowej i propagatora wprowadzania w polskich miastach budżetu obywatelskiego. Rozmawialiśmy zanim jeszcze wyniki rankingu były znane. Trudno je podważać, ale dobrze jest zestawić efekt przedsięwzięcia gazety z miejską codziennością widzianą z perspektywy mieszkańców. Jako że jednym z wyróżników Sopotu jest fakt, że był on pierwszym polskim miastem, w którym wprowadzono budżet obywatelski, zaczynamy od tego właśnie od budżetu obywatelskiego.

———————–

m gerwin

Dr Marcin Gerwin

Dariusz Olejniczak: Sopot był pierwszym miastem, w którym mieszkańcy bez pośredników – radnych, urzędników – mogli zadecydować na co wydadzą część miejskich pieniędzy…
Marcin Gerwin: Tak. Przy czym dziś mamy w Sopocie do czynienia raczej z konsultacjami społecznymi niż z budżetem obywatelskim. Obecne procedury nie spełniają  kryteriów budżetu obywatelskiego z prawdziwego zdarzenia. Z drugiej strony Rada Miasta zrobiła wielką rzecz decydując się na wprowadzenie tego systemu, bo było to przedsięwzięcie pionierskie w skali kraju. Nikt wcześniej tego nie robił nie znaczy to jednak, że nasz system jest idealny czy nawet dobry.

D.O.: Dlaczego?

M.G.: Nie określono precyzyjnie kwoty, o wydaniu której mogą zadecydować mieszkańcy – przyjęte zostało, że są to „nie mniej niż 4 miliony zł” zamiast po prostu „4 miliony zł”. Pozostawia to prezydentowi pewną swobodę w ustalaniu wyniku głosowania, gdyż jeżeli spodobają mu się projekty wybrane przez mieszkańców, to może dać na nie więcej pieniędzy, a jeżeli mu się nie spodobają, wówczas ich nie przeznaczy. Z naszej perspektywy to nie powinno tak działać, decyzja o wyborze projektów powinna należeć do mieszkańców. Ponadto jakość spotkań z mieszkańcami pozostawia wiele do życzenia. Problemem jest to, że prowadzone są przez urzędników i radnych, gdyż sprawia to wrażenie, że mieszkańcy spotykają się z „władzą” w roli petentów, a nie o to chodzi. Powinny to być spotkania, na których mieszkańcy rozmawiają o sprawach swojej społeczności.

D.O.: Ale w ogóle ktoś chce z mieszkańcami rozmawiać, to chyba dobrze?

M.G.: Owszem, ale jakość tych spotkań jest kluczowa. Ważne jest także, czy coś z nich wynika. W niektórych sprawach zresztą tej chęci do dyskusji z mieszkańcami brakuje, jak w sprawie ustalania metody opłat za odpady. Przed przyjęciem pierwszej wersji – metody powierzchniowej – odbyło się tylko jedno spotkanie informacyjne dla mieszkańców, tuż przed sesją, na którym powiadomiono mieszkańców o rozwiązaniach, które wkrótce mają zostać przyjęte.

D.O.: Budżet obywatelski nie zaistniał w mieście z dobrej woli magistratu, prawda?

M.G.: Tak, pomysł wyszedł od nas. Jeszcze w poprzedniej kadencji szukaliśmy możliwości wprowadzenia go i korzystając z okazji zbliżających się wyborów spotkaliśmy się ze wszystkimi pięcioma kandydatów na prezydenta Sopotu. Okazało się, że czterech z nich było za budżetem obywatelskich. Niestety, wygrał ten piąty. Uruchomiliśmy więc plan B. Zwróciliśmy się do radnych, którzy w przed wyborami deklarowali poparcie dla budżetu obywatelskiego. I udało się. Radni przyjęli rezolucję, w której poparli wprowadzenie budżetu obywatelskiego, a potem powołana została komisja, która miała opracować jego zasady. Miało on wyglądać inaczej niż obecnie, chcieliśmy, na przykład, aby odbywały się Fora Mieszkańców. Prezydent włożył jednak kij w szprychy i wystartował z budżetem obywatelskim w swojej wersji.

D.O.: Po przyszłorocznych wyborach chcecie udoskonalić system?

M.G.: Tak. Na dziś wygląda na to, że trzeba będzie poczekać na wybory, gdyż szanse na współpracę z prezydentem i większością w radzie są raczej niewielkie.

D.O.: Na początku tego roku ukazała się „Diagnoza Społeczna i gospodarcza” dla Sopotu. Z lektury tego opracowania można odnieść wrażenie, że miasto przeżywa ogromny kryzys demograficzny, plagą na przykład jest emigracja z kurortu do innych ośrodków, choćby miast sąsiedzkich. Skoro jest tak źle, to co będzie z tym miastem za dekadę lub dwie?

M.G.: Wiele zależy od wyniku następnych wyborów. Byłoby świetnie, gdyby udało się zmienić skład rady Miasta. Potrzebujemy także zmiany na stanowisku prezydenta. Przede wszystkim od tego zależy, czy Sopot obierze bardziej obywatelski kurs. W ostatnich latach postawiono na wielkie inwestycje – na budowę Ergo Areny, remont przystani jachtowej i Opery Leśnej. Czy są to jednak priorytety z punktu widzenia mieszkańców? Zmarnowaliśmy wiele okazji, mogliśmy przeznaczyć pieniądze na poprawę jakości życia w Sopocie, na projekty ekologiczne. Przydałaby się poprawa jakości powietrza, bo choć Sopot ma formalnie status uzdrowiska, to w wielu mieszkaniach wciąż zimą pali się w piecach na węgiel.

D.O.: Kurort pełen życia…

M.G.: Sopot jest w ogóle pięknym miastem i ma ogromny potencjał. A wracając do pytania o nieodległą przyszłość – 10 lat w skali miasta to stosunkowo niewiele. Zasadniczo nie powinniśmy się martwić, gdyż bezrobocie w Sopocie należy do najniższych w kraju, hotele będą nadal funkcjonować, a turyści nadal będą przyjeżdżać. Żeby miasto podupadło musiałby się zdarzyć nie lada kryzys. Poza tym Sopot ma bardzo wypromowaną markę. Kiedy kilka lat temu remontowana była Opera Leśna i molo, dla turystów symbole miasta, a ludzie i tak tu przyjeżdżali.

D.O.: Sopot turystyką stoi. Branża się rozwija, czy możliwy jest jakiś regres, albo przynajmniej nasycenie rynku?

M.G.: W mojej ocenie  budowanie kolejnych hoteli w Sopocie jest zbędne. Więcej gości w Sopocie to większy tłok na Monciaku i na plaży, a każdy kolejny hotel to także wzrost lokalnej konkurencji. Nie wydaje mi się to potrzebne. Oprócz tego nowe hotele to także strata terenów, na których mogłyby powstać inwestycje społecznie użyteczne.

D.O.: Jeśli nie nowe hotele, to co?

M.G.: Według mojej wiedzy, sopocianie oczekują poprawy opieki zdrowotnej. Oddział opieki geriatrycznej, powstający w górnym Sopocie, to dobry pomysł. Podobnie dom seniora. Warto wspierać budowę mieszkań komunalnych, choć z mojej perspektywy te budynki powinny spełniać standardy ekologiczne. Zwłaszcza, że to są inwestycje gminne i takie standardy można łatwo wprowadzić. A poza tym, standardem powinno stać się projektowanie partycypacyjne z udziałem mieszkańców, zarówno w przypadku przestrzeni publicznej, na przykład parków, jak i przy nowych budynkach, które finansowane są z budżetu miasta.

D.O.: Jak rozumiem, mieszkańcy na te sfery wpływu nie mają?

M.G.: Przykładem braku wpływu jest choćby to, co stało się na placu Przyjaciół Sopotu. Jest to porażka nie tylko jeśli chodzi o zagospodarowanie przestrzeni, ale również przestrzeganie zasad demokratycznych. Nie odbyło się ani jedno spotkanie publiczne z mieszkańcami na ten temat. A przecież chodziło o plac w samym centrum Sopotu, na dole Monciaka. Spotkania komisji rady w godzinach pracy nie liczę. Teraz próbuje się ratować sytuację stawiając betonowe donice z roślinami.

D.O.: To rzeczywiście kiepski obraz budowy społeczeństwa obywatelskiego w mieście.

M.G.: Sopot ma szanse na budowanie społeczeństwa obywatelskiego, ale wciąż brakuje mieszkańcom okazji do tego, by się spotykać i rozmawiać o sprawach miasta. Wielu mieszkańcom zależy na zachowaniu uroku miasta i kiedy pojawia się konkretny temat, aktywizują się.

D.O.: A jeśli pewnego dnia przyjezdnych czy tak zwanych rezydentów będzie więcej niż rodowitych sopocian?

M.G.: Osoby, które mają tu drugie lub trzecie mieszkanie, nie będą miały wpływu na funkcjonowanie miasta, gdyż nie mają tu prawa wyborczego. Mamy tu inny problem – syndrom czarnych okien w listopadzie. To znaczna liczba pustych mieszkań, które zostały kupione np. jako lokata kapitału, a w których nikt faktycznie nie mieszka. Jest to konsekwencja prowadzonej do tej pory latach polityki. To nie wzięło się znikąd. Jeżeli budżet miasta jest domykany dzięki sprzedaży nieruchomości za maksymalnie wysoką cenę, to sama cena gruntu i prestiżowy wizerunek miasta sprawiają, że ceny mieszkań są wysokie. A przecież można tą przestrzeń zagospodarować w inny sposób, niekoniecznie sprzedając. Można zakładać parki, budować place zabaw… Ta szybka i niepotrzebna sprzedaż gruntów to jest właśnie przejaw neoliberalnej polityki, którą warto zmienić.

 ————————-

więcej informacji:
Sopocka Inicjatywa Rozwojowa
O budżecie obywatelskim
Dawny Sopot

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: