Sprawa TW Rejtana

Za kilka chwil echa kolejnej rocznicy Wydarzeń Grudniowych i wprowadzenia stanu wojennego będą przebrzmiałym wspomnieniem. Zanim to jednak nastąpi umieszczam wpis, który chyba warto przeczytać, mimo że być może nie wszyscy bohaterowie tej opowieści życzyliby sobie jego publikacji.

Zacznę znanym cytatem:

Chłopcy z Grabówka, chłopcy z Chyloni
dzisiaj milicja użyła broni
dzielnieśmy stali i celnie rzucali
Janek Wiśniewski padł.
Na drzwiach ponieśli go Świętojańską
naprzeciw glinom, naprzeciw tankom
Chłopcy stoczniowcy, pomścijcie druha
Janek Wiśniewski padł.

Wszystko zaczęło się w lutym 2005 r., choć tak naprawdę cała opowieść ma swój początek w Polsce Ludowej lat 70. Wtedy właśnie, w lutym 2005 roku Gdańskiem wstrząsnęła wieść, że Mieczysław Cholewa, autor melodii „Ballady o Janku Wiśniewskim”, jest byłym tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. Sprawę szeroko opisały i omówiły lokalne media; „Dziennik Bałtycki”, „Gazeta Wyborcza Trójmiasto”, TVN i inne. I rzeczywiście, Cholewa przyznał się do współpracy z SB. Zanim to nastąpiło, w cotygodniowym magazynie „Gazety Wyborczej” ukazał się wywiad z Bogdanem Borusewiczem pod tytułem „Major Bąbel miał rację” [„Duży Format” z 7 lutego 2005 r., str. 2]. Znaczna część rozmowy dotyczyła wspomnień Borusewicza z czasów konspiracji, tego, kto na niego pisał raporty, kim byli przesłuchujący go esbecy i ich kapusie. I znowu Borusewicz wspomina swego dawnego kolegę: „Dał Pan któremuś w twarz?” – pyta dziennikarz o donosicieli. „No nie, a przecież spotykam ich czasami. Taki Mieczysław Ch., autor głośnej piosenki o Grudniu 70. Pseudonim Rejtan, wyjątkowo obrzydliwe raporty pisał, z butami wchodził w sprawy prywatne, w intymne. Staram się udawać, że nie go widzę, ręki nie podaję.”

Wywiad przeczytała siostra Mieczysława Cholewy, Barbara Cholewa-Dakowicz. Natychmiast zadzwoniła do brata.
– Czytałeś dzisiejszą „Wyborczą?” – spytała.
– Nie.
– To zrób to.

Kiedy Mieczysław Cholewa przeczytał tekst w „Dużym Formacie”, spytał siostrę, co ma robić. Poradziła mu żeby zadzwonił do Borusewicza. Zadzwonił i zaproponował rozmowę o dawnych czasach. Obaj panowie spotkali się 10 lutego 2005 roku, w gabinecie tego drugiego, który wówczas pełnił funkcję wicemarszałka województwa pomorskiego. W spotkaniu uczestniczyli – a jakżeby inaczej – przedstawiciele prasy. Na drugi dzień w „Gazecie Wyborczej” i „Dzienniku Bałtyckim” ukazały się obszerne relacje:

(…) Czwartek. Godzina 14.30. Do gabinetu marszałka Bogdana Borusewicza wchodzi jego kolega z opozycji demokratycznej, który wcześniej zaanonsował się telefonicznie i oznajmił: – Bogdan, chcę się wyspowiadać! Tak… zgadzam się na udział dziennikarzy w tym spotkaniu.
Drobny, szczupły mężczyzna, rówieśnik Borusewicza. Siadamy przy stole i włączamy magnetofony.
Chcę powiedzieć wszystko, bo nie daje mi to spokoju. Nikt o tym nie wie, oprócz żony – mówi cicho.
Pseudonim „Rejtan”? – pyta Borusewicz.
– Nie! Nie wiem skąd wziął się ten Rejtan. Ja podpisywałem się swoim drugim imieniem – Zbigniew. – Zacznę od tego, jak mnie złamano, jak wpadłem w to esbeckie szambo. Był rok 1972, byłem młody, miałem 22 lata, nie dostałem się na politechnikę, obijałem się to tu, to tam, wpadłem – jak to się mówi – w złe towarzystwo. Zatrzymała nas milicja, jakieś piwko, awantura, spisali nasze nazwiska, a po paru dniach dorwali mnie, straszyli, że doniosą rodzicom, a ojciec był szanowanym adwokatem. Przestraszyłem się i jak głupi podpisałem zobowiązanie do współpracy(…).”
[Barbara Szczepuła, „Spowiedź agenta”, „Dziennik Bałtycki” 11.02.04]

(…) Mija półtorej godziny od początku spotkania. Borusewicz milczy. Fotoreporterzy robią zdjęcia. Cholewa chce usłyszeć słowa przebaczenia, patrzy proszącym wzrokiem.
– Powiedziałem to, bo mam nadzieję, że teraz będzie mi lżej – kwituje.
Borusewicz nagle kuli się, zakrywając twarz, i zaczyna szlochać. Nie podaje Cholewie ręki. Cholewa jest czerwony na twarzy, ale ma suche oczy.
– Tak, myślę, że będzie ci teraz lżej – mówi po chwili Borusewicz. – Byłeś fragmentem mechanizmu tego nieludzkiego systemu. No dobra Mietek, jedź do domu, powiedz dzieciom. Musisz to szybko zrobić, bo jak dowiedzą się o tym nie od ciebie, będzie za późno. (…)”
[Roman Daszczyński, „Czy wybaczysz mi Bogdan?”, „Gazeta Wyborcza” 11.02.04]

Kilka dni później w „Dzienniku Bałtyckim” ukazał się jeszcze tekst pt. „Strach”, także pióra Barbary Szczepuły, telewizja TVN nagrała rozmowę z Cholewą pod pomnikiem ofiar Grudnia 70 w Gdyni. Oba te materiały oburzyły wielu ludzi. Tekst w „Dzienniku” dlatego, że „uwiarygadniał zdrajcę”, a minireprotaż telewizyjny dlatego, że Cholewa odważył się zaśpiewać przed kamerą „Balladę o Janku Wiśniewskim”.

Potem historia Mieczysława Cholewy odeszła w medialny niebyt. Zanim to jednak nastąpiło, moja ówczesna macierzysta redakcja także chciała opowiedzieć jakiś fragment tej historii. Na swój sposób.
– Słyszałeś o tym agencie, co na Borusewicza donosił? – głos redaktorki z Warszawy brzmi beztrosko w słuchawce telefonu. – Wiesz, chcielibyśmy mieć taki materiał o tym, jak przyjęła to jego rodzina, jak on się teraz czuje. Pogadaj z nim, z jego żoną. No i zdjęcia, koniecznie z rodziną. Ot, takie polecenia lekko rzucone w słuchawkę telefonu zza biurka stojącego w Warszawie.

Tak zaczęła się moja znajomość z agentem bezpieki. Choć on sam nie lubi słowa „agent”, bo to kojarzy się z obcym wywiadem. Woli kiedy się używa określenia TW – tajny współpracownik. Dla mnie żadna różnica, jedno i drugie brzmi nieciekawie. Zadzwoniłem do Mieczysława Cholewy tuż po telefonie z redakcji. Spodziewałem się, że nie będzie chciał rozmawiać, a już na pewno nie zgodzi się na spotkanie w domu, zrobienie zdjęć i nie pozwoli rodzinie na rozmowę ze mną. Tak, jak myślałem, nie zaprosił mnie do siebie, ale przez dobre pół godziny opowiadał o tym, jak spotkał się z Borusewiczem i dlaczego przed laty przystał na współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa. Mówił, jakby chciał się wyspowiadać, a ja nie byłem w stanie ocenić na ile szczera jest ta spowiedź. Na koniec poprosił żebym nie robił z tej rozmowy użytku w gazecie.

27 kwietnia 2005 r. prezes IPN, Leon Kieres sprawił, że cała Polska zamarła z przerażenia. Kilka tygodni wcześniej odszedł papież Jan Paweł II i ludzie ledwie zaczynali dochodzić do siebie po tej stracie, kiedy prezes Instytutu oświadczył, że ojciec Konrad Hejmo był świadomym współpracownikiem SB. Dominikanin, opiekun polskich pielgrzymów w Watykanie, dyrektor Domu Pielgrzyma, żył podwójnym życiem donosiciela.

Okoliczności ujawnienia tej informacji, wcześniejsze niefortunne sygnały ze strony Kieresa na temat agenta w Watykanie, gwałtowne zaprzeczenie informacjom szefa IPN ze strony samego zainteresowanego, były na rękę zwolennikom tezy, że wszelkie archiwa dawnej Bezpieki zgromadzone w Instytucie są niewiarygodne, a najprawdopodobniej sfałszowane. Przeciwnicy lustracji podnieśli larum. Ich zdaniem dominikanin mógł być ofiarą takich esbeckich fałszywek i prowokacji. I właśnie wtedy po raz drugi rozmawiałem z Mieczysławem Cholewą. Tym razem to on do mnie zadzwonił.

– I co pan na to panie Darku? – spytał zaczepnie. – Niech pan pomyśli, przez rok Jaruzelski z Kiszczakiem trzymali władzę. Mieli dość czasu żeby papiery wyczyścić, fałszywki spreparować. Wczoraj ja, dzisiaj Hejmo.

W jego słowach brzmiała nuta triumfu. Coś jakby „A nie mówiłem?”.
– Zapraszam pana do Sopotu. Spotkamy się, pogadamy. Zobaczymy, czy nasze poglądy na lustrację się różnią. Niech pan zadzwoni jak będzie pan miał trochę czasu, to się jakoś umówimy dokładniej. Umówiliśmy się na spotkanie niedługo po jego telefonie. W sumie tych spotkań było chyba z sześć. Wszystkie rozmowy, które przeprowadziliśmy, nagrałem. To było kilkanaście godzin taśm. Poniżej zamieszczam drobne fragmenty tych nagrań:

Proponuję zacząć naszą rozmowę od momentu, w którym zdecydował Pan, że warto się spotkać z Borusewiczem. Proszę wyjaśnić też, co spowodowało, że do tego spotkania doszło? Jak ono przebiegało?

Trzeba zacząć od tego, że ja teraz w ogóle nie czytam prasy. Informację o wypowiedziach Bogdana przekazała mi telefonicznie siostra z Niemiec. Zadzwoniła i spytała, czy czytałem ten wywiad (chodzi o wywiad z „Gazety Wyborczej” pt. „Major Bąbel miał rację” przym aut.). Powiedziałem, że nie, ale postanowiłem, że sprawę wyjaśnię. Zadzwoniłem rano do Bogdana. Jego pierwsza reakcja była paskudna. Powiedział „Bezczelność” i rzucił słuchawką. Wieczorem się zreflektował i zadzwonił na moją komórkę. Powiedział, że był zajęty i proponuje spotkanie. Zgodziłem się i powiedziałem, że następnego dnia dam odpowiedź, o której mogę się spotkać. Następnego dnia zadzwonił w godzinach mojej pracy i poprosił żebym szybko przyjechał. Ja mówię, że to około półtorej godziny z Gdyni uwzględniając korki. „To w pociąg wsiądź” rzucił. Kiedy już jechałem, znowu zadzwonił i spytał czy mógłbym opóźnić przyjazd o pół godziny. Już na miejscu zorientowałem się, że chodziło o to, żeby dziennikarze zdążyli przyjść do Urzędu Marszałkowskiego. (wówczas Bogdan Borusewicz pełnił funkcję marszałka województwa pomorskiego – przyp. aut.)

Wrócę jednak do tego, co chciałem wyjaśnić i co mnie przez lata gryzło. Zawsze z jednej strony wiedziałem, że krzywdy nikomu nie zrobiłem, ale z drugiej starałem się to niezbyt chwalebne kiedyś tam podpisanie esbeckiego kwitu, w czasach kiedy nie było jeszcze ani KOR-u, ani „Solidarności”, ani w ogóle żadnej opozycji, odpracować. Sama obecność w ruchu solidarnościowym to była wielka radość i nobilitacja, spełnienie marzeń i kontynuowanie tych rzeczy, które robili nasi ojcowie, czyli walki ze zniewoleniem od czasów II wojny światowej. Ja uważam to za naturalną kontynuację. I jeszcze jedna była bardzo ważna przyczyna. Bardzo mocno byłem związany w młodzieńczych latach z wydarzeniami Grudnia ‘70. Tam zginął młody chłopak, którego nazwisko poznałem dopiero po latach – Zbigniew Godlewski. W roku 80. znalazłem tekst wydany w jakimś samizdacie „Ballada o Janku Wiśniewskim”, bądź to „Ballada o Janku z Gdyni”. Na bazie tego tekstu powstała melodia, która dość szybko, dzięki koledze Antkowi Wrędze, stała się znana w kraju. I w momencie, kiedy dowiedziałem się, że w „Dzienniku Bałtyckim”, Bogdan Borusewicz powiedział, że nie będzie podawał ręki Mieczysławowi C., autorowi muzyki do „Ballady o Janku Wiśniewskim”, no to już była ta kropla, która przelała czarę i postanowiłem się z Bogdanem spotkać. Musiałem to z siebie zrzucić i jednocześnie chciałem wiedzieć, jakie on ma do mnie żale. Wcześniej istniała pomiędzy nami taka jakaś dżentelmeńska umowa, na mocy której nie wspominaliśmy tamtych czasów. Sądzę, że oni myślał, iż to, co wie o mnie nie stanowi aż takiego powodu do wzajemnych konfliktów i pretensji. Z drugiej strony ja nosiłem w sercu przeświadczenie, że Bogdan nie był jedyny, którego znałem, choć był dla mnie oczywiście wzorem jako partyzant i wspaniały konspirator. A on na tym spotkaniu w lutym mówił mi, że rzekomo ja występowałem jako „Rejtan” – nie wiem, może esbek, który mnie prowadził, wpisał mnie pod takim pseudonimem do rejestru. Oczywiście będąc wielokrotnie w domu u Bogdana przed 80. rokiem spotykałem Alinkę (Alinę Pieńkowską, późniejszą żonę Borusewicza – przyp. aut.), do głowy by mi nie przyszło żebym ja u kogokolwiek sprawdzał czy w torbie Bogdana jest piżama Aliny, czy kogokolwiek. Dla mnie temat był absurdalny, tym bardziej, ze nigdy nie byłem purytaninem, jak była para, ludzie się kochali i to było normalne, nic takiego. No ale w czasie tego spotkania Bogdan powiedział mi, że rzekomo na tej podstawie, na podstawie raportu na ten temat, SB sporządziła złą opinię o Alince. I ten raport był złożony przez Rejtana, czyli według niego przeze mnie. To moim zdaniem było bezsensowne. Bezpieka musiałaby być już kompletnie durnowata i nie wiedzieli co pisać w raportach.

A spotkanie zaczęło się tak, że sekretarka poprosiła mnie, żebym poczekał. Usiadłem w fotelu i spokojnie czekałem jakieś 5 minut. Raptem wchodzi pani Barbara Szczepuła z „Dziennika”, po chwili zjawił się Roman Daszczyński z „Wyborczej” i dwaj fotoreporterzy. Całe spotkanie ja w zasadzie wiodłem. Bogdan tylko dopytywał, a szczegółowo pytali dziennikarze. Kiedy powiedziałem, że całe archiwum dźwiękowe, wszystkie taśmy schowałem, Szczepuła dostała dużych oczu i spytała, czy to wpadło w ręce SB. Stwierdziłem, że nie, że tydzień wcześniej był próbny alarm, a w dniu stanu wojennego, w nocy wpadłem do domu i schowałem to. Potem, po moim ujawnieniu, po 4-miesięcznym ukrywaniu, spotkałem siostrę Bogdana, Różę i powiedziałem jej „Słuchaj, wiem, że nie masz kontaktu z bratem, ale jak spotkasz się z Bogdanem, to mu przekaż, że archiwum jest schowane. Bogdan to potwierdził, że taka informację, wprawdzie nie od siostry, ale otrzymał.

I jeszcze dwa wyjaśnienia. Ja chciałem się z Bogdanem spotkać, ale nie chciałem żadnej sławy, szumu medialnego. Bogdan to spotkanie opóźnił o pół godziny. Wtedy nie wiedziałem dlaczego, teraz już wiem. Okazało się, że są dziennikarze z „Gazety Wyborczej” i „Dziennika Bałtyckiego”. Nie było moim zamiarem proszenie o wybaczenie, może gdyby tych dziennikarzy nie było to na końcu bym przeprosił. Podałby rękę albo nie i tyle. To dziennikarka, Szczepułowa, wymusiła – „Panie Bogdanie, czy pan wybaczy?” to nie była moja intencja, ja chciałem po prostu zrzucić ciężar. Owszem, miałem w głowie, że powiem mu „Jeśli się czujesz urażony, to ja cię bardzo przepraszam. Tylko weź pod uwagę, że ja sam nie wiem, co mogli napisać choćby na mnie oficerowie SB”. Tylko tyle.

A jak w ogóle doszło do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa?

Rozpoczynałem studia jesienią 1971, a w styczniu to się wydarzyło. Spotykaliśmy się w takim dzikim klubie w piwnicy w jednym z budynków przylegającym do urzędu miasta niedaleko kościoła Gwiazdy Morza. No i tam popalaliśmy papierosy z opium. Ktoś z sąsiadów nasłał milicję. Wylegitymowali nas dokładnie i rozpędzili do domów. I parę dni później przyszli do mnie do domu. „Wie pan, był pan zatrzymany, my byśmy chcieli pogadać”. Byłem wystraszony, bo ojciec wychowywał nas w poszanowaniu prawa i w porządku prawnym i szacunku do siebie. Wyszliśmy ode mnie. Poszliśmy do „Wczasowej” i tam rozmawialiśmy z pół godziny. Bardzo ogólnie. Rozmowa skończyła się tym, że powiedzieli „To wie pan, my tu mamy taka prośbę, że jak pan będzie stykał się z jakimiś kradzieżami i innymi przestępstwami nawet w zakładzie pracy, to prosimy nas poinformować.” No i podsunęli mi do podpisania taki kwit o współpracy. Podpisałem, ale treści nie pamiętam. Wtedy to nie miało nic wspólnego z polityką i treści politycznych w tym piśmie nie było. Potem spotykałem się tylko z jednym z nich. Parę razy się spotykałem, zawsze głupa paliłem i na tym się to kończyło.

Dlaczego udało im się pana złamać?

Po pierwsze – w 70 roku miałem lat 20. byłem przesycony okropnymi obrazami z Grudnia. Ponieważ ja w tym czasie pracowałem w sądzie, szedłem normalnie do pracy i 13 grudnia już nie doszedłem do sądu z dworca w Gdańsku. Tam tłum zagrodził drogę i tam widziałem autentyczny lincz. Kiedy jakiś milicjant strzelił do rozwścieczonego tłumu i zabił stoczniowca, ludzie rzucili się do niego. On nie zdążył uciec, dorwali go i rozszarpali na miejscu. Zacząłem wymiotować jak to zobaczyłem. Potem oni zostali wyparci pod wejście do sądu i był kontratak milicji. Uderzyli, ruszyli do przodu w kierunku Huciska. Rzucili gaz i zacząłem uciekać. I tłum zatrzymał tych milicjantów. Przypomniałem sobie z lekcji PO, że najlepiej chusteczkę zmoczyć. Niedaleko przepływała Radunia. Potem udałem się do nieistniejącego już budynku naprzeciwko Żaka, to był zespół adwokacki. Spotkałem tam kumpla z Sopotu i z góry obserwowaliśmy, co się dzieje. Udało się nam uciec dosłownie 10 metrów przed kordonem milicji szturmującym. Byłem do 14 w Gdańsku. Nad głowami strzelali z budynku komitetu partii w kierunku dworca. Wsiadłem w warszawski pociąg, bo kolejki nie chodziły. Wsiadłem i w biegu uciekłem do Sopotu. Drugi tragiczny obraz, kiedy nie mogłem się dostać do Gdyni Centrum. Kolejki nie jeździły i szedłem morzem. Wylazłem na wysokości Domu Marynarza. Tam ustawiony był CKM i w pewnym momencie otworzyli ogień, widziałem jak ktoś się osuwa. Uciekałem w kierunku hotelu. Na wzgórza witomińskie. Nie byłem przy pomoście 17 grudnia w czwartek. Ale to, co wtedy przeżyłem ukształtowało mój strach przed tym systemem.

Co było potem?

Wiodłem bujne życie młodzieńcze. Zacząłem prowadzić dyskoteki i grupy statystów filmowych. Miałem z esbekami kilka kontaktów, z których nic nie wynikało. To były kontakty raz na pół roku może. Luźne rozmowy, nie miałem im nic do powiedzenia. W 1976 roku dowiedziałem się o ścieżkach zdrowia o Radomiu i to zaczęło mnie interesować. Jakieś wydawnictwa do mnie trafiały. Potem zacząłem dostawać od szwagra Janusza pojedyncze samizdaty. Wtedy też zacząłem pracę w elektrociepłowni w październiku chyba na wydziale uzdatniania wody i tam zacząłem nosić te wydawnictwa. Dzieliłem się nimi z kolegami. Słuchałem tez Wolnej Europy. Dopiero w styczniu 1977 roku, po pobiciu, leżąc w szpitalu, kiedy pojawił się ten mój główny esbek, kolega ze szkoły średniej, Janek Protasewicz, zapytał mnie o zdrowie. To była przyjacielska wizyta. Potem długi okres rekonwalescencji. I potem pod koniec 77 lub na początku 78, kiedy się zorientowałem się, że on pracuje w SB. Spotkałem go w Gdańsku kiedyś i zobaczyłem do jakiego budynku wchodzi. Mieliśmy stosunki koleżeńskie, a ja nie opowiadałem o ludziach. I na jakichś kursach podziemnych, na jakimś spotkaniu TKN-u, spotkałem się jakoś z Bogdanem, ale nie pamiętam jak doszło do tego spotkania. Nie przypomnę sobie.

Wspomniał pan o pobiciu…

Kiedy roznosiłem te ulotki, one docierały do zakładów, 16 lub 17 stycznia 77. roku wieczorem wracałem z drugiej zmiany, przebrałem się, wyszedłem za bramę ok. 22.30 na skrzyżowaniu ul. Twardej i Wiślanej tam był taki mostek na kanale i podeszło dwóch facetów i spytali, czy pan Cholewa. Ciemne jarzeniowe światło, dostałem w mordę i zapadłem w nicość. Przypomniałem sobie to dopiero po wyjściu ze szpitala. Tak zwana amnezja pourazowa. Stłuczony pień mózgu, wyciek płynu rdzeniowo-kręgowego z ucha, wklęśnięta kość policzkowa, pęknięta kość potyliczna. Wystarczy, chciałem żyć. Po dojściu do siebie zacząłem kojarzyć. Że jednak to jest to, że zacząłem unikać tego spotkania z poprzednikiem Protasewicza. 15 miałem kasę z wypłaty a kluczyk z szafki w robocie zniknął, a potem jak wróciłem to szafka była przegrzebana. Dowiozła mnie milicja, która mnie znalazła leżącego w kałuży krwi. Czasem myślę, że panowie, którzy mnie tłukli, przestraszyli się. To nie było wtedy normą i jak zobaczyli, że mogę kipnąć to powiadomili odpowiednie organa. Prokurator umorzył śledztwo. Wpisano mi do karty: „Czuć woń alkoholu”.

I rok 1978. Pojawia się Bogdan…

Jakoś wtedy właśnie. Cenię go i ceniłem za to, że był bardzo sprawnym rewolucjonistą. Pytał zawsze „Czy będziesz mógł” poza tym od niego mogłem kupować dla siebie książki z podziemia. Wybierał je z lasu z wykrotu po ciemku. Spotykałem się i dyskutowałem z Antkiem Wręgą, z Niną Milewską, z Jankiem Zapolnikiem i z Bogdanem. Brałem udział we wszystkich manifestacjach. Identyfikowałem się z tym. Dla mnie najważniejsze jest, że wydawało mi się, że im więcej będę robił pożytecznych rzeczy, tym bardziej zmażę z siebie hańbę tego, że kiedyś dałem się podpuścić. Przecież nie chciałem tego robić. Ale widać wyraźnie – żaden mechanizm umożliwiający takie oczyszczenie nie powstał. Z tych akt zostały szczątki. Tam historycy grzebią, ale powinni się skupić na tych, co prą do władzy. Najpierw to było w rękach Kiszczaka, potem była komisja Michnika itp. itd. Nigdy się nie dowiemy prawdy. Najgorzej będzie dla tych, co cień padł a niesłusznie. Papiery były fingowane żeby ubecy się mogli wykazać. Dopisywali swoje słowa do wypowiedzi.

Czy pamięta pan jak nazywali się ci, którzy przyszli do pana pierwszy raz?

Nie, absolutnie. Nawet twarzy nie pamiętam. Nie pamiętam jak dochodziło do kontaktu z nimi. To nie były częste kontakty. Chyba mnie w pracy gdzieś łapali. Może w Politechnice Gdańskiej. Potem był już zawsze tylko jeden. Na pierwszym spotkaniu, że gdybym jakieś informacje o kradzieżach to pseudonim „Zbigniew” przyjąłem. Jak oni mnie w swoich papierach nazywali to nie wiem.

A jak było z kontaktami z Bogdanem i z Protasewiczem?

Z Januszem spotykać się mogłem przy wódce na przykład i wtedy się nawet o Bogdana kłóciłem. Do jego roboty nie miałem żadnego szacunku, a do Bogdana miałem olbrzymi szacunek. Wiedziałem, że ten system się zawali. Ta droga pokojowa bardzo mi dopowiadała nie była tak groźna a rozbiórka powolna. Bałem się, ale brałem materiały i rozdawałem ulotki w kolejce, pod kościołem. Ta współpraca z podziemiem była na zasadzie, że ktoś chciał podjąć ryzyko. Nigdy Bogdan nie dawał zadań, że musiałbym opowiedzieć „nie”.

Bodajże 1979 rok, manifestacja w grudniu pod obecnym pomnikiem poległych stoczniowców, kiedy Bogdan był, szwagier, brat, siostra, ja z sąsiadem. Wałęsy nie było, bo siedział. Nie atakowali nas było spokojnie, potem wracaliśmy kolejką. Potem w Sopocie oficjalnie się pożegnaliśmy. Skręciłem w kierunku do wyjścia w stronę Gdańska, oni w przeciwną do postoju taksówek. A ja wtedy zaskoczyłem, że mam jedyną okazję zobaczyć ilu go obstawia. Zawróciłem i jakieś 20-30 m za Bogdanem szedłem. Doszli do postoju, taksówek nie było, było pełno ludzi za to. Zawrócili, w tym momencie widać jak dziesięciu panów się obraca za tą czwórką. Poczekałem i za nimi. Koło „handlówki” podszedłem, przeciąłem ulicę i powiedziałem mu ocierając się o nich „Bogdan masz dziesięciu na karku” a za nimi – bo oni do autobusu – dwa fiaty ruszyły. Ja potem złożyłem telefoniczny meldunek do Kuronia z manifestacji, miałem pseudonim „Górnik z Trójmiasta”.

A jak wiedza o Protasewiczu wpłynęła na pana?

Jeśli już coś zaczynał na temat Bogdana, to go rozwścieczałem, bo broniłem Bogdana a inne informacje przekazywałem mu takie, które już były znane z Wolnej Europy choćby. Nie zdradzałem żadnej tajemnicy. Miałem spokój oni mi dupy nie zawracali. Jeśli mogłem ich tym zapychać to mnie to odpowiadało.

Zdaję sobie sprawę, że i mnie obserwowano. Zdaję sobie sprawę, że ja nie byłem tak ot tylko, że to był kontakt Protasewicz ja, ale i mnie obserwowano. Przecież jak chodziłem z tymi ulotkami to gdzieś informacja musiała się pojawić. Oczywiście nie była to informacja, że Zbyszek tam był tylko, że – nie wiem jaki tam dali swój roboczy pseudonim – Cholewa był. To jest ciekawe, bo nigdy – teraz nie wiem, czy to na skutek mojego przewrażliwienia i umiejętności ucieczki i nie wdawania się za głęboko w sytuację, albo wynikało to z ich niewiedzy – nigdy mi Protasewicz nie zarzucił, że ja coś nielegalnego robiłem.

A czy on się z panem kontaktował przy okazjach towarzyskich, czy już jawnie oficjalnie jako pracownik SB?

Te kontakty zawsze miały półtowarzyski charakter. „Wpadłbyś, tego, pogadamy.” Ja wiedziałem, co mogę gadać dopóki nie ciśnie. Bo później daleko, to mnie cisnął, kiedy jego ściągnięto z emerytury – teraz się dowiedziałem. Wprost tu Bogdana namierzyć i tego. Ale przedtem, przed 80. rokiem nie było żadnych takich propozycji. To były raczej analityczne jak ja to mówiłem, a może jednocześnie sondażowe, rozmowy. Jakie są odczucia. Oni szufladkowali – TW i media zrobiły z tego, że to był tajny współpracownik, czyli czytaj wprost – donosiciel. A teraz wychodzi na to, że to oni zrobili, że to donosiciel. Oni ze spotkań, wszystko jedno jakich, czy to był faktycznie taki, co podpisał, czy zwykły ksiądz, którego wypuszczali na Zachód, tworzyli sobie wiedzę. Oni już widzieli, że nie można za mordę ludzi krótko i lepiej z nimi gadać, tym bardziej, że oni też byli wykształceni. Więc lepiej z tą drugą stroną rozmawiać i inaczej niż siłą wyciągać to wszystko. Czy im to zręcznie zawsze wychodziło wszystko, to też pytanie. Ja wiem ze swojego doświadczenia i ze słyszenia, że tam, gdzie ktoś się zaczął stawiać to były mordobicia, albo szarpania, albo 48. Człowiek był zatrzymany i my nie wiemy, co się działo, bo on nigdy się nie przyzna. Mówi, że nie podpisał. Może i nie podpisał, ale może sobie kulturalnie pogadali. Jemu się wydawało, że nikogo nie wsypał, ale opowiadał różne historie, a oni budowali swoją wersję wydarzeń i własne interpretacje.

Pojawił się, jak leżał pan w szpitalu?

Pojawił się w 77. roku, po pobiciu. Potem był spokój bo długo w szpitalu leżałem. Koniec 77. 78. pojawiał się. Nie były te kontakty częste i 80. jak nożem uciął. Czy oni byli wystraszeni, czy jak. Być może po moim pobiciu on się pojawił specjalnie. Ledwie, ledwie go pamiętałem. To technikum było na Dzierżyńskiego. Byłem w I klasie w harcerstwie, byli z nami ci starsi druhowie.

Z tego okresu nie pamiętam nie tylko dlatego, że to obrzydliwe. Dla mnie ważniejsze dobrze zapamiętane te wydarzenia z konspiracji, ulotki itd.

Czy w czasie tych spotkań bał się pan ich?

Nie, bardziej się wiłem, kombinowałem jak piskorz. Te spotkania nie były długie. Oni mówili tylko – Jakbyś coś wiedział, to ten tego, w lokalu „Danusia”.

Czy łatwo było żyć podwójnym życiem?

W tamtych latach to było przytłumione. Człowiek taką chyba ma naturę, że jeśli coś tam było złego, jeśli cos złego zrobiłem, bo jest to, co tu dużo mówić, parszywe, to wypiera z pamięci to zło. Człowiek czuł do siebie odrazę, bo pochodzę z domu o patriotycznych tradycjach, a kiedy przyszli tajniacy, udało się im mnie zastraszyć. Ale kiedy pojawiła się ta szansa pierwsza, kiedy rodziła się opozycja i „Solidarność”, to postanowiłem ją wykorzystać, żeby zrobić coś dobrego. Druga szansa, to kiedy pojawił się nasz papież. Po ślubie, w czerwcu 1979 roku, żona została w domu a ja na pielgrzymkę pojechałem sam do Warszawy. To był potężny ładunek i przeżycie. W kilku z pielgrzymkach wziąłem udział jako członek Semper Fidelis. Te dwie rzeczy i Jacek Kuroń nieodżałowany miały na mnie ogromny wpływ. W czasie tamtej warszawskiej pielgrzymki odwiedziłem mieszkanie Jacka i przekonałem się, że był przeuroczym człowiekiem. Znaliśmy się, bo przekazywałem mu informacje z wydarzeń w Trójmieście. Meldowałem się jako „górnik z Trójmiasta”. Później jeszcze wielokrotnie z Kuroniem się spotykałem w mieszkaniu Joanny Wojciechowicz, mojej szefowej z Działu Rozpowszechniania Informacji w Międzyzakładowym Komitecie Związkowym. U niej na Starówce były takie spotkania, ciekawe dyskusje, przy kieliszku niejednokrotnie.

No i potem był strajk.

Byłem na wakacjach z żoną. Widziałem, ze coś się dzieje. Wróciłem i byłem pod bramą stoczni, a drugiego dnia poszedłem do pracy. Koledzy do mnie przybiegli zaaferowani – pracowałem w Gdyni w Elektrociepłowni – „Mieciu, w Gdańsku jest masówka, jedź tam.” Dyrektor dał nam samochód pojechaliśmy dużym fiatem na Wiślną, tam była elektrownia obok stoczni. No i tam byli państwo Gwiazdowie, Joanna i Andrzej i oni wskazali mnie do delegacji do komitetu strajkowego międzyzakładowego. Codziennie zjawiałem się w Stoczni, z magnetofonem szpulowym. Taśmy zabierałem do domu, rano zawoziłem taśmy do Gdyni, do elektrociepłowni, zabierałem czyste i z powrotem do Gdańska. Zauważyłem ciekawą różnice między strajkiem w Stoczni Gdańskiej a strajkiem w stoczni im. Komuny Paryskiej, czyli w obecnej stoczni Gdynia. Otóż Stocznia Gdańska była bardzo otwarta, to było coś kapitalnego. Z kolei stocznia w Gdyni była zamknięta. Zrozumiałem dlaczego tak jest. Kaszubi są bardzo ostrożni, ponieśli największe straty w roku 70. i tam był przywódcą Andrzej Kołodziej. On wiedział, że jak wypuści raz Kaszubów, to oni już nie wrócą. Bo był ogromny strach wśród nich. Z ostrożności trzymał ludzi zamkniętych. Rodziny mogły odwiedzać, ale na zewnątrz wychodzili tylko przywódcy. A w Gdańsku stocznia była otwarta. Kto był zmęczony, mógł iść.

W trakcie strajku tez były wzloty i upadki. Zaczęły się łamać więzi w pierwszej „Solidarności”. Zaczęły się nieporozumienia pomiędzy poszczególnymi zakładami pracy. Nie zapomnę tego momentu, kiedy Wałęsa był zupełnie przygnębiony i poszliśmy razem gdzieś na wydział K-2, usiedliśmy i zaczęliśmy biadolić, że strach jest, że rzucą desant, że nas rozwalą. Trzeba sobie zdać sprawę z tego, że z jednej strony była wielka euforia, grupowe emocje, ale pojedynczo każdy z nas zdawał sobie sprawę z tego, co mogłoby się stać, gdyby władza rzuciła wojsko.

Nie zapomnę tego, jak przyjechał jakiś z POP, zaczął przekonywać robotników, płomienną mową ich zagrzewał do działania. A na koniec wywalił takie zdanie: „Towarzyszu Gierek, przybywajcie!”. I ludzie w pierwszym odruchu zaczęli klaskać, ale zaraz potem tłum się zreflektował i zaczął buczeć. I wielu z nas, podbiegło do mikrofonu i tłumaczyliśmy się z tego. Ja powiedziałem, że nie mamy się czego wstydzić, daliśmy się pięknej mowie uwieść, ale ten pan chciał nas oszukać. Delikwenta wyrzucono ze strajku. Ale był też jakiś facet z tez z POP, zdaje się z jakiegoś zakładu z Pruszcza Gdańskiego i tak go ta atmosfera urzekła, uwiodła, że on w pewnym momencie, na oczach załogi, nie bacząc na popiersie Lenina stojące w kącie, wskoczył na krzesełko i z ręka na krzyżu wiszącym nad stołem prezydialnym, przysięgał, że on jest tylko z robotnikami.

Przed strajkiem nie pracowałem na Wiślnej. Po pobiciu trafiłem do zakładu-córki na Pucką do elektrociepłowni nr 3. W okresie dochodzenia do zdrowia nie pracowałem fizycznie, ale byłem sekretarką przy kierowniku nawęglania. Ale z pracownikami gadałem. A po pobiciu, jak doszedłem do wniosku, że to ni mi zrobili, to postanowiłem, że będę się buntował. Jak się da. Mimo uwiązania.

Od pierwszego dnia strajku zacząłem rejestrować dźwięki, ale w końcu zacząłem ze sobą przywozić duży szpulowy magnetofon. Rejestrowałem dźwięk, wieczorem wracałem, rano do zakładu tam to zostawiałem i brałem nową taśmę i do stoczni i tak w kółko. I w trakcie tego strajku zgłosił się mój ojciec jako jeden z pierwszych inteligentów.

Po zakończeniu strajku, po euforii, władze miasta przydzieliły nam siedzibę w klubie „Ster”. Ja zacząłem tam jeździć. Zimą przed obchodami grudnia została stworzona wystawa fotograficzna „Grudzień 70.” Do mnie koleżanka przysłała strajkowicza z Unimoru, Ryśka Czajkowskiego. Spytał czy nie mógłbym dźwiękiem opatrzyć tę wystawę. I po świętach Borusewicz zaproponował przez Joannę Wojciechowicz, żeby Mietka ściągnąć żeby ktoś obsługiwał dźwięk. Ja z Czajkowskim doszliśmy do wniosku, że trzeba zrobić coś więcej. Zaczęliśmy tworzyć jakiś dział informacji radiowej ale poprzez kasety. Joanna miała pod sobą – dział transparentów, wrzutek to była Kasia Dobrowolska, Zygmunt Błażyk dopasował sobie rzutkich chłopaków i oni pisali na murach, a my zaczęliśmy nagrywać i w końcu zaczęliśmy budować studio. Sami tę ściankę w siedzibie „Solidarności” budowaliśmy. Studio nagraniowe było robione z kibla. Do tego brali wełnę mineralną i pokrowce na materace zaklejaliśmy i kładliśmy na ściany. W stoczni w stolarni zrobiliśmy podwójną szybę do studia. Niewiele czasu to posłużyło, ale posłużyło.

Po strajku był „Człowiek z Żelaza”…

To było tak. Zwrócił się do MKZ pan Wajda. Spotkanie miało miejsce – film na wariackich papierach – na dole w hotelu Heweliusz. Ze mną siadł ktoś z kierownictwa filmu a Bogdan z Wajdą. Ja opowiedziałem scenę jak rozdawałem ulotki w kolejce. Przed kolaudacją filmu ktoś przyjechał i miał na kartce wypisane, że cenzura puści film, ale jak wytną fragmenty ballady o Janku Wiśniewskim. Ma być pozbawiona zwrotki o Kociołku, którą śpiewała Janda. Spytałem, czy w takim razie w scenie z niesionym chłopakiem, czy będzie podkład dźwiękowy strzelaniny autentyczny i podsłuch SB i wojska. I powiedziałem, że zgodzę się żeby było wycięte jako autor, ale żeby sceny poszły z podkładem. Bo balladę można nagrać i kolportować. A podkładu się nie da puszczać samodzielnie. A tu bardziej film będzie barwny i autentyczny.

Kiedy Borusewicz się dowiedział, że jest pan TW?

Mnie to pierwszy raz powiedziała w stanie wojennym Róża Borusewicz (siostra Bogdana), kiedy ją wtedy spotkałem. I wtedy ona powiedziała „Wiesz, że Bogdan cię podejrzewa?”. Ja na to powiedziałem „”Róża, ja na to nic nie powiem poza tym, że czyny o człowieku będą mówić. To co robię”. Nigdy nie zbliżałem się do ludzi z podziemia zbliżyć wiedząc, że mogę im nieszczęście na głowę sprowadzić. Działałem na łonie kultury niezależnej i to z powodzeniem. Występowałem z Tolkiem Filipkowskim, z młodzieżą z Topolówki, kopiowałem felietony Fedorowicza, gazetkę dźwiękowej, obsługiwałem koncerty Radka Sikory, Tosi Krzysztoń. Wciągnąłem do współpracy Tomka Olszewskiego, obecnego redaktora radia Gdańsk.

A po 1989 rozmawialiście o tamtych czasach?

Nie. Oburzyło też mnie to, że on powiedział, że ręki nie poda. Nie zgodzę się, bo kilka lat temu spotkałem się z nim przy okazji jakiegoś koncertu w Operze Leśnej. On przyjechał z Urzędu Marszałkowskiego i się normalnie przywitał. Był 3 lata temu na pogrzebie mojej mamy, również kondolencje złożył i rękę podał.

Ale pierwsze podejrzenia mogły być spowodowane tym, co przeczytałem w jakimś pisemku niezależnym. Tam autor wysnuł teorię, że kapitan Adam Hodysz został pozyskany przez podziemie. Wtedy pomyślałem, „no dobrze, ale co on wniósł w wianie?” Może nazwiska?

Pierwszy zarzut to ta piżama Aliny, drugi, że jak kiedyś wyskoczył z kotła od Mariusza Muskata i uciekł po lince od prania bielizny i wpadł tu do nas do domu późnym wieczorem i opatrzyliśmy mu ręce, to potem jak poszedł od nas i ja z nim poszedłem dwa kroki w stronę hotelu Viktor i on stamtąd niby dzwonił do Muskata. I jego zarzutem było to, że na drugi dzień bezpieka wiedziała, że to on dzwonił. No gdybym był TW, to prowadzący by takiej rzeczy nie robił, bo by dekonspirował. A po drugie, w tamtym czasie każdy hotel mógł być podsłuchany. Poza tym jak ktoś chciał znaleźć, kto skąd dzwonił, to wystarczyło, że jak Bogdan dzwonił, to ubek po drugiej stronie podsłuchu, po tym jak on się odezwał, nie odłożył słuchawki, z innego aparatu zadzwonił do telekomunikacji i tam mu powiedzieli, z jakiej linii była rozmowa.

Trzeci zarzut dotyczył schowka na materiały. Mój szwagier kiedyś zrobił zamknięcie na kłódkę pod werandą, tam jest taki schowek. Bogdan mówi, ze kiedyś przyniósł jakieś materiały, pytał się gdzie to schować. Wskazałem mu tę budę. Teraz ja go pytam, czy to było zamknięte, on nie pamięta. Na pewno nie było, bo mu otwierałem i pokazywałem, jakby było zamknięte to bym w życiu nie otworzył. A na drugi dzień materiały zniknęły. To taki zarzut? Ja wyniosłem, do Bezpieki zaniosłem?

Nie udowodnimy sobie racji. Ale moim zdaniem nie ma większych pretensji. Ja sam wiedząc o tym, że byłem uwiązany, gdzieś tam kiedyś, nigdy nie pakowałem się w gremia decyzyjne. Byłem zwykłym kolporterem.

Kiedyś dostałem od Bogdana takie zlecenie, jak Wałęsa mieszkał jeszcze na Wrzosach – zawieźć paczkę do Lecha. No to pojechałem z duszą na ramieniu to był 78 albo 79. nie znałem dokładnego adresu i chciałem zapytać gdzie Lech Wałęsa mieszka. Chodził jakiś facet, podchodzę do niego i w pewnym momencie włos mi się zjeżył, bo zrozumiałem, że to jest tajniak. Ale już nie mogłem się wycofać, bo by to było podejrzane. Zapytałem więc go o godzinę. Paczka do Wałęsy nie trafiła, przywiozłem ja z powrotem. Tak więc do mieszkania Wałęsów na Wrzosach nigdy nie dotarłem. Od Bogdana wiem, że byłem jednym z 17 kolporterów w Trójmieście. Myślałem, że było nas więcej.

A „Ballada o Janku Wiśniewskim”?

Potem był I Przegląd Piosenki Prawdziwej. „Ballada” to był przypadek. Mając 16 lat nauczyłem się grać na gitarze. Był taki nurt, który uwielbiam – Dyllan, Baez. I ballada o Janku Wiśniewskim pasowała mi do tego. W okresie solidarnościowym „Postulat 22” Michała Kasprzyka, „Boże nasz”. Bo i tę balladę siostra mi zabrała, bo wyjechała z całym archiwum. Później, po moim ujawnieniu to ona się zapętliła i twierdzi, że ja chciałem to wydobyć, żeby to sprzedać. A ja nie miałem żadnego doświadczenia radiowego. Pełna amatorszczyzna. Owszem umiałem sprzęt podłączyć, obsłużyć mikser, przerobić. Po zakazanych piosenkach ktoś załatwił nam kopiarkę do kaset. 8 kaset na 15 minut. A to był najprawdopodobniej dar papieża dla ośrodka dla niewidomych w Laskach.

W samą porę udało się schować archiwum. Co z nim teraz – nie wiem. Wierzyłem, że siostra to przekaże. (Niedługo potem Barbara Cholewa-Dakowicz przekazała archiwum Bogdanowi Borusewiczowi – przyp. aut.)

Cofnijmy się w czasie. Do stanu wojennego.

Konrad Majuszczyk, sąsiad (już nie żyje), tydzień przed stanem ogłosił próbny alarm. Sytuacja iskrzyła. Czułem to, bo w okresie kiedy pacyfikowali Wyższą Szkołę Pożarnictwa, byłem w Warszawie. Nie wytrzymałem i z ciekawości poszedłem tam. To było na Żolibożu. Wyglądało to nieciekawie. Wracając poszedłem do mieszkania Kuroniów. Nie było Jacka, ale był jego ojciec. On mocno schorowany, stareńki mnie pocieszał. Ja mu mówię, że to mi przypomina grudzień 70. roku. Niech pan się nie martwi, niech pan się nie boi.

Potem miałem lecieć do Paryża po sprzęt dla naszej Radiowej Agencji „Solidarność”. To jakieś związki zawodowe nam załatwiały stamtąd. Mieliśmy dostać magnetofon szpulowy i coś jeszcze. Z kasy związku pobrałem 70 tysięcy, a średnia pensja była wtedy 7 tysięcy. To było na podróż, nie na sprzęt. Miałem lecieć samolotem. 14 grudnia, w poniedziałek, miałem przyjść na Okopowa po paszport. A 12 było posiedzenie Krajówki. I około siedemnastej zacząłem się zbierać i raptem Zygmunt Błażek, który prowadził nasłuch fal milicyjnych na przestrojonym Radmorze EWA, mówi – Chodź Mieciu, jest coś ciekawego. I z tych komunikatów było wyraźnie widać, że milicja koncentruje siły, ściąga do bazy wozy i wszystkie patrole. I jeden ciekawy tekst poleciał: „Obstawcie od strony Pruszcza, bo jedzie kaszubski dzban, który się nie tłucze” Najpierw nie wiedziałem o co chodzi. Ale później zrozumiałem. Otóż dzbanek kaszubski to siwak. No a Siwak był członkiem Biura Politycznego i tak go szyfrowali. Potem ktoś rzucił „słuchajcie teleks wysiadł!” Były tam trzy teleksy i wszystkie po kolei przestały działać. No i tak upłynął czas do jakiejś 23. W tamtym czasie mieliśmy nadajniki CB, Tukany. Zaczęliśmy alarmować, że coś się dzieje nie tak. W stoczni odebrała Joanna Wojciechowicz, ale nie mogła do nas dotrzeć. Koledzy mówią – Mieciu ty idź, ty masz syna. Bogdan urodził się 10 listopada. No to poszedłem, chociaż się bałem. Tylko, że poszedłem najpierw do mieszkania, które wynajmował ojciec. Tam zastałem mamę, która ojca odwiedziła. Powiedziałem im, co się dzieje. Powiedzieli jedź spokojnie do domu. Zacząłem podejrzewać, że dzieje się coś bardzo złego. Poszedłem Aleją Grunwaldzką. Tam spotkałem siostrę Andrzeja Gwiazdy, Anię. Ona wracała z Warszawy. Podzieliłem się z nią tym, co wiedziałem i wsiadłem do autobusu nocnego. Zszedłem z ulicy Niepodległości w Sopocie na dół, w okolice swojego domu, czyli na ówczesna ulicę Wincentego Pstrowskiego.

Ale najpierw poszedłem do hotelu, gdzie znajoma recepcjonistka mogła mi pomóc. Spytałem, czy ma wolny pokój w razie czego. Powiedziała, że tak. Wtedy na ulicy leżał świeży śnieg. Przed domem nie było widać śladów butów, więc pomyślałem, że jest bezpiecznie i nikt z milicji czy bezpieki na mnie w środku nie czeka. Najpierw wszedłem do piwnicy i otworzyłem okienka ewakuacyjne. Pod drzwiami mieszkania chwilę postałem. Posłuchałem. Usłyszałem tylko znajome głosy rodziny, wiec wszedłem. Powiedzieli mi, że już po mnie byli. „Mieli nakaz internowania do Barczewa”. [Rodzina, która otworzyła drzwi bezpiece zapamiętała to inaczej. Nie było nakazu internowania i wywózki, ale „standardowy” nakaz aresztowania – przyp. aut.] No to ja mówię, że spierniczam. Kasę miałem, bo przecież do Paryża się wybierałem. Kazałem rodzinie schować archiwum nagrań.

Pobiegłem na dworzec. Tam cisza, pustki. Jechał jakiś pociąg do Kołobrzegu. A w środku pełno wojaków pijanych. Wsiadłem. Byłem w stresie. Okazało się, że do Lęborka nie było żadnej kontroli, a ja biletu nie miałem. W Lęborku robiło się już jasno, a na ulicach pełno wojska i pojazdów.

Idę sobie, a tu patrzę – budyneczek. Na nim napis „Solidarność”. Lampa się świeci. Wchodzę. Idę po schodkach na pięterko. Włażę – krata. Przyglądam się, a ta krata jest zdjęta z zawiasów. To znaczy, że tu byli. Nagle słyszę z dołu ktoś nadchodzi. Patrzę, a tu wchodzi drugi taki gość jak ja wystraszony. Dziele się z nim wiadomościami. I pojechałem autobusem do Nowej Wsi malborskiej. Tam mam taką przyszywana daleka rodzinę. Dotarłem tam o 6 rano. Mówię, że cos się złego dzieje i dopiero od nich się dowiedziałem, że jest stan wojenny. Gospodarz znajomych ze wsi zaprosił, jakąś gorzałę wypiliśmy, odśpiewaliśmy „Jeszcze Polska nie zginęła” i tyle. Wytrzymałem tam trzy dni, bo zdałem sobie sprawę że nie nadaję się do wiejskiego życia. A byłem daleko od domu, łączności z rodzina nie mam. Patrole na dworcu były, ale można było spokojnie się przedostać na peron. Z duszą na ramieniu wsiadłem do pociągu. Do Wejherowa. Tam przesiadka. Jakieś gazy się ścielą, jakaś bieganina. Po prostu zadyma. W Sopocie poszedłem do hotelu Victor. Potem poszedłem najpierw do sąsiadki w innym bloku. I słusznie, bo w domu za 20 minut już byli. I kocioł. Ktoś obserwował okolicę i mnie wydał po prostu. A rodzina się wyparła. U tej sąsiadki przesiedziałem u tej pani do końca roku mniej więcej. W końcu spotkałem się z żoną u córki koleżanki żony z pracy. Smutny to był Sylwester. Potem nocował mnie ojciec dawnego dyrektora radia „Głos znad Wilii”. Nie pamiętam jak się nazywał ten pan, ale jego syn to był Wawrzek Tarakiewicz. No i tam spędziłem jakiś czas. A ich dom przy ul. Olsztyńskiej był niedaleko domu mojego kolegi na ul. Zielnej. Z tym kolegą chodziłem do technikum. Odwiedziłem go pewnego dnia, choć się bałem. A on mi mówi „Mieciu nie piernicz, zamieszkasz u mnie.” I od tego momentu, aż do momentu ujawnienia, siedziałem u Zdzicha. Strasznie to przeżywałem. Codziennie słuchałem Deutsche Welle, wolnej Europy. Ukrywanie takie bezsensowne, oczekiwanie, że coś się stanie, psychicznie wykańczało. Kiedyś przyszedł do niego kolega, stolarz z „Batorego” aja byłem w ukryciu, w zamknięciu, stan wojenny uniemożliwił mi wyjazd i zobaczenie kawałka świata zachodniego. Popiliśmy, on już poszedł, a ja dostałem takiego odjazdu, że już muszę iść do domu, bo już mam dosyć, że to koniec i w ogóle. Ale żona mnie czasem odwiedzała i teściowa. Źle nie miałem, dobre warunki. Ale ja już chciałem do domu. I w tym momencie moja mama przytargała ojca, który strasznie się bał i mnie uspokoili, że za parę dni będą wiedzieli, co mam robić. Drugi raz powiedzieli, że był u żony Protasewicz zastrzegając, że „pani nie wie gdzie on jest. Ale jak zadzwoni i ja odbiorę i powiem, że może przyjść, to niech przyjdzie. Ale jak powiem ze może przyjść ale tamta sprawa a nieaktualna, to niech nie przychodzi.” I rodzice powiedzieli – Wybór należy do ciebie. Wynikało z tego, że następuje zaostrzenie szukania ludzi. Chcieli nas wyeliminować. Rodzice powiedzieli, „jeśli postanowisz zostać, to kontaktu nie będzie bo to zbyt niebezpieczne”. I podjąłem ryzyko. Miałem już dość siedzenia w ukryciu. To był początek kwietnia i ujawniłem się 4 kwietnia. Na Okopowiej mnie przyjęli, był Protasewicz, i jacyś inni. Zrobili mi herbatę i spytali „czy będzie pan przestrzegał zasad konstytucji?” To trwało z 10 minut. W emocjach poszedłem do parafii księdza Henryka Jankowskiego. Tam był taki komitet pomocy i wróciłem do domu. I od tego momentu zupełnie inne życie. Byłem bezrobotny, bo miałem porzucenie pracy. I w końcu mnie kolega prywaciarz zatrudnił na czarno i plakatowałem dla BART-u. I 3 lata przed 87 rokiem pracowałem w hotelu „Victor”. Tam byłem zwykłym cieciem. Matka mi to załatwiła, bo to już wtedy był hotel pielęgniarski.

Jakieś wspomnienia z okresu pomieszkiwania u Zdzicha?

On znał gliniarzy na Witominie. Dzieci tych milicjantów chodziły do szkoły z jego dziećmi. Oni nie jeździli na patrole ale złapali kierowców co kradli wina, bo tam niedaleko wytwórnia była, czy jakiś magazyn. Oni przychodzili czasem do Zdzicha z tymi winami. Pewnego razu wpadli do niego. „Zdzichu nastawiaj aparaturę, masz jabole, za 3 godziny wracamy!” Ja byłem na I piętrze. Kiedy wrócili, zaczęli biesiadę ze Zdzichem Rutkowskim. Popijali ostro. Bimber też był ostry. Gliniarze posnęli pijani. Zdzichu przyszedł do mnie i spytał, „czy chcesz giwerę?” „Nie, ale daj mi raportówkę.” Tam była lista z ludźmi poszukiwanymi. Mieli ich ścignąć jakby ich spotkali, ale im nie chciało się łapać, ja też byłem na tej liście.

I tutaj przerwę cytat z moich rozmów z Mieczysławem Cholewą. Sposobność do ich przybliżenia to jedno, a drugie to możliwość napisania czegoś, czego nie dopisali do tej historii ani dziennikarze, ani dzisiejszy marszałek Senatu.

Otóż kiedy Bogdan Borusewicz (z którym w 2005 r. także rozmawiałem o sprawie Cholewy, i który twardo obstawał, że Cholewa to TW „Rejtan” oraz oskarżał go o przekazywanie donosów na siebie i Alinę Pieńkowską) został senatorem, ustanowił zwyczaj, zgodnie z którym w każdy pierwszy czwartek miesiąca spotykał się z lokalnymi dziennikarzami w swoim gdańskim biurze senatorskim na śniadaniu. Ja także byłem wśród zapraszanych na te śniadania. To była dobra okazja do rozmów z parlamentarzystą i poznania warszawskich nowinek. Podczas jednego ze spotkań Borusewicz zwrócił się do Barbary Szczepuły i mnie mówiąc: – A ten Cholewa to jednak nie był „Rejtan”. Sprawdziłem jeszcze raz dokumenty i okazało się, że to był mój sąsiad z bloku. Zresztą już nie żyje.

I to wszystko. Ot, uwaga lekko rzucona podczas niezobowiązującej rozmowy. Wierzyłem, że albo Borusewicz wyda jakieś oświadczenie, albo dziennikarka wypuści te informację w świat i nada jej rangę informacji ogólnie dostępnej. Dlatego sam jej nie opublikowałem – żaden mój tekst dotyczący Cholewy w mediach się przedtem nie ukazał, więc uznałem, że to ona jest gospodynią tego newsa.. Niestety, nic takiego się nie stało, publikacji weryfikującej niemal wszystko, co do tej pory o Cholewie napisano, nie było. Piszę „niemal”, bo choć Cholewa „Rejtanem” nie był, to jednak z SB faktycznie współpracował. Być może dlatego Borusewicz uznał, że Cholewie errata  do jego życiorysu się nie należy. Czy tą współpracą wyrządził komuś krzywdę – nie wiem. On sam wierzy, że nie. I tym mocniej chciał Borusewiczowi dowieść, że na niego nie donosił.

Dziś sprawa TW „Rejtana” jest zapomniana”, tak jak zapomniany jest Mieczysław Cholewa. Pozwoliłem sobie dopisać ostatni – jak dotąd – rozdział tej historii.

Reklamy

One Response to Sprawa TW Rejtana

  1. Pingback: Mija rok… | blog trzech miast

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: