Garść refleksji. I już

Dziś kilka prawd oczywistych i antystemowy wtręt, który z pewnością mieści się, niczym szyty na miarę, w kategorii „populizm”.

Prawda oczywista numer 1 czyli smutek butików

Bywa, że oczywistość dosięga nas zaskakująco w najbardziej oczywistych miejscach. Mnie dopadła kilka dni temu podczas rodzinnej włóczęgi po galerii handlowej. To nie były badania terenowe, a przecież poczułem w pewnym momencie, że jestem Inny wśród Obcych. Niby powinienem wpisywać się w tłum, z którym dla postronnego obserwatora stanowiłem jedność, tymczasem właśnie wcieliłem się w rolę obserwatora-uczestnika. Usiadłszy przy stoliku nieopodal jednego z licznych punktów gastronomii masowej, zacząłem przypatrywać się współplemieńcom. Mimochodem, z przyzwyczajenia, z góry, z dystansem, korzystając z doświadczeń własnych i zapożyczonych. Znałem ich nawyki, znałem ich język, nawet jeśli był to rosyjski.

Galeria handlowa to wędrówka. Stadna, indywidualna, w parach, w klanach, współpokoleniowa, lub generacyjnie jednolita. Ludzie przemieszczają się od jednego sklepiku do drugiego, po kolei, w poszukiwaniu konkretnego towaru – to ukierunkowane polowanie – albo przypadkowo, bez celu jakim powinien być ten czy inny, ale poszukiwany, pożądany produkt. W butikach, w jubilerach, w sportowych, w timobajlach i w plusach, orendżach, w komputerowych, w herbaciarniach, kawiarniach, w empikach i innych.

Zajmująca jest obserwacja tych pochodów, tych slalomów, tego snucia się i pędu. Przechodnie wydeptują ścieżki wśród innych ludzi, omijają sąsiadów, nie wchodzą sobie w drogę. Zachowują się jakby byli na obcym terytorium. I rzeczywiście, są. I ja też nie jestem u siebie. Mam dojmujące poczucie bycia w cudzym miejscu. Albo jeszcze dokładniej – w miejscu nie należącym do nikogo. Nie jest to nie-miejsce, choć Augé w galeriach handlowych widział ten nie-byt. Raczej właśnie miejsce niczyje. Paradoksalnie – nie porzucone, ale nie zamieszkałe. Zajęte – czasowo, cyklicznie, wydzierżawione. Dosłownie i w dowolnej metaforze. Ni to przestrzeń publiczna, ni antyprzestrzeń. Pełniąca rolę służebną wobec ludzi, a jakoś odczłowieczona. Pozbawiona ciepła, braterstwa. Wszyscy ci ludzie to nie wspólnota. To ciała obce, zręcznie się omijające. Czekają aż zwolni się stolik w fastfudzie, ławka, dostęp do schodów ruchomych. Pasaże w Riwierze, w Bałtyckiej, Madisonie, gdziekolwiek.

Prawda oczywista numer 2 czyli cykl roczny

Wiosna – sezon ogródkowy, obniżki na meble ogrodowe; Wielkanoc; lato – grill, wakacje – plaża, kąpielówki, sporty wodne, faktor numer 52; jesień – szkoła, posezonowa wyprzedaż szortów; zima – narty, sanki, łopaty do odśnieżania, opony, kurtki, czapki. Na Boże Narodzenie w listopadzie – kolędy, Mikołaje, dżingl bel, plastikowe bombki, zabawki od Disneya z Chin. Przechadzki, gonitwy, spacery, błędne koło, obłęd.

Prawda oczywista numer 3 czyli koniec człowieka intymnego

Lub może zwyczajnie, prywatnego. Ale do rzeczy. W trakcie opisanych wyżej obserwacji zdałem sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy, z której sprawę zdajemy sobie wszyscy choć nie jest to dla nas rzecz najważniejsza, spędzająca sen z powiek. I ja, i wszyscy ludzie zgromadzeni przypadkiem w obrębie galerii handlowej jesteśmy bezustannie podpatrywani, oglądani, oceniani – ten bezpieczny, ten stanowi zagrożenie. Frajer albo złodziej. W galerii śledzą nas kamery a właściwie ludzie z ochrony zatrudnieni do monitorowania terytorium. Poddajemy się temu, na ogół świadomie. Nie obserwujemy tego, że jesteśmy obserwowani. To słuszne i zbawienne jest przecież.

Obserwacja to proces trwały i oparty na strategii. Po części to strategia przetrwania, w znacznej mierze strategia zarządzania i kontroli. W każdym razie narzędzie władzy.

Krążąc po „galerii” – w tym przypadku Bałtyckiej, ale mogła to być dowolna „galeria” – obserwowałem punkty obserwacyjne. Jest ich niemało. Ogólne „galeryjne”, wewnętrzne „sklepowe”. Trudno znaleźć miejsce nie znajdujące się pod obserwacją. Jest ich trochę, ale ich funkcje w przemyśle „galeryjnym” są drugorzędne.

Kamery są też na parkingu „galerii”, na ulicy. Na kolejnej ulicy. Na ulicy głównej, na skrzyżowaniach.

W drodze do domu towarzyszą mi kamery. Wyobrażam sobie, że od galerii Bałtyckiej aż po Chełm czuwają nade mną ludzie ukryci przede mną. Ja nie mam gdzie się ukryć. Straciłem prywatność? Dwoistość. Jestem osobą publiczną i prywatną zarazem.

Czas na antysystemowy wtręt. Najpewniej też dość oczywisty.
Kamery, monitoring, czipy, kody, piny – to narzędzia systemu. System uznał, że w ten sposób może nas – obywateli – skutecznie kontrolować. A kontrola ma za cel zapewnienie sprawnego funkcjonowania systemu. System może wyłapywać jednostki lub grupy zagrażające jego funkcjonowaniu. Dzięki narzędziom to dość łatwe, choć i tak nie zawsze skuteczne. Ale system nie jest doskonały.

System uznał, że łatwiej, taniej, prościej jest zainstalować monitoring. System uznał, że socjalizacja całego gatunku nie jest możliwa. Socjalizacja na warunkach przyjętych przez system. System nie skupia się na nauczeniu nas uczciwości, lojalności, empatii, braterstwa itp. System jest zdania, że tego nie da się nauczyć wszystkich, zatem lepiej jest wszystkich kontrolować. (System natomiast skutecznie naucza zachowań konsumenckich.) Nieliczni groźni mają mniejsze szanse na kamuflaż kiedy system obserwuje nas od półki sklepowej aż po drzwi mieszkania. Taka jest cena edukacyjnej niewydolności systemu – system wie. Już mu niepotrzebni donosiciele. To moralne zwycięstwo systemu.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: