Urban power!

1
Powiedzieć, że miasto jest organizmem żywym i podlegającym nieustającym przemianom, to powiedzieć banał. Dziś jesteśmy świadkami nie tylko zmian zachodzących w strukturach miast; obserwujemy redefinicję wyznaczników miejskości. O ile bowiem w klasycznym i najbardziej prostym ujęciu, miasto jest zbiorem zwartych zabudowań, które pełnią ściśle określone funkcje i przez to stanowią o miejskim charakterze ośrodka, o tyle dziś niektóre z tych funkcji terytorialnie przypisane są do konkretnych części miasta. Inne zaś dominują w pozostałych dzielnicach. Na przykład przysłowiowa funkcja „sypialni”. Mam wrażenie, że jeśli idzie o Gdańsk i Gdynię, „sypialnie” dominują w przestrzeni. „Miasto” zaś, jakie znamy z dawnych definicji – z biurami, instytucjami kultury i administracji itp., zamyka się w kwartałach kilku głównych dzielnic.

A przecież powstające jak grzyby pod deszczu na terenach wiejskich, a równocześnie podmiejskich, osiedla, czy nawet pojedyncze ulice, zabudowane szeregowcami, bliźniakami, będące niczym innym jak replikami owych „sypialni”. Rzecz jasna, w wersji sielankowo-wiejskiej, „na bogato” (lub po prostu „nowobogacko”). Owe wsie użyczające gruntów miejskim uciekinierom, często wsiami są jedynie z dokumentów. A owi uciekinierzy równie dobrze mogliby mieszkać – zamiast w Rokitnicy czy Baninie, to dajmy na to, na „Moim Marzeniu”, „Kolorowym” itp. Czy mówienie, że coś jest miejskie, a co innego nie, zawsze ma sens?

2
Niedawno pewien mój kolega poszukując mieszkania do wynajęcia dla kogoś ze swoich znajomych, napisał w anonsie na FB, że szuka czegoś w konkretnej dzielnicy Gdańska, a nie na jakimś „południowym wygwizdowie” (słowa „wygwizdów” użyłem w zastępstwie oryginalnego, mniej eleganckiego, sformułowania). Ów kolega od dzieciństwa mieszka w „konkretnej dzielnicy”, czyli we Wrzeszczu. Dla niego południowe dzielnice miasta, to już właściwie nie miasto, nie Gdańsk.

Inny mój znajomy, podczas publicznego wystąpienia z dumą podkreślił, że jest „gdańszczaninem od trzech pokoleń, a to oznacza, że mieszka w centrum Gdańska, nie na >>południu<<, zna miasto i żyje jego problemami”. Jednym zdaniem, najprawdopodobniej ten znajomy uznał, że jest „prawdziwym gdańszczaninem”. Ci z południa to przybłędy żyjące na marginesie.

Być może się mylę, ale wraz z rozrostem miast i wylewaniem się ich do suburbiów, chyba jesteśmy świadkami narodzin nowej tożsamości: „urban power” – Miasto to my! Reszta spadać!

Reklamy

6 Responses to Urban power!

  1. H_Piotr says:

    Z drugiej strony, są też ludzie, którzy przyznają prawo do nazywania się warszawiakami mieszkańcom np. Wołomina (co w przełożeniu na realia gdańskie oznaczałoby, że nie widzieliby nic sztucznego w nazywaniu się gdańszczanami przez mieszkańców np. Pruszcza).

    • U nas to raczej mówi się o mieszkańcach „aglomeracji”, ewentualnie „metropolii” – takie mamy wielkoterytorialne zakusy. Pruszczan utożsamiających się z Gdańskiem i myślących o sobie jako o gdańszczanach pewnie trochę by się znalazło… A już na pewno jest wielu takich gdańszczan wśród mieszkańców podmiejskich wsi, dziś zamienionych na osiedla-sypialnie. Wszystko to kwestia migracji okołomiejskich z ostatnich lat.

    • Ems says:

      Takie zakusy to z reguły mają mieszkańcy Wołomina i okolic, gdzieżby tam „stoliczanin” przyznawał status warszawiaka komuś spoza dzielnic biorących udział w Powstaniu Warszawskim 😉
      Śmiesznie jest z Warszawą, bo wielu „saskokępian z dziada pradziada” (najbardziej zadufana w sobie dzielnica Warszawy) nie zdaje sobie sprawy, że przed pierwszą wojną to był taki lemingrad, jak dziś Białołęka (włączona do Warszawy kilka lat po drugiej wojnie (w tej samej transzy co Wilanów), po 60 latach wciąż z gospodarstwami rolnymi). I co prawda lepiej być ze wsi Warszawa, niż przyjezdnym ze wsi, ale… pełne to jest jakiejś ksenofobii, wyliczania od którego pokolenia jest się warszawiakiem, kto jest słoikiem, a kto nie.

      • Warszawskie słoiki słynne są na cały kraj, a tu w Gdańsku może nie ma takiego podziału, ale zaczyna się tworzyć jakaś taka aura jak wokół owych słoików. Tymczasem większość mieszkańców Gdańska to ludzie przyjezdni. Wiążę to z rozwojem „ruchów miejskich” – takie dzielenie na tych z miasta i tych z marginesu miasta. To może nawet nie „urban power” a „urban pride”.

  2. H_Piotr says:

    Darku: Mi chodziło o takich pruszczan z dziada pradziada, co to mienią się gdańszczanami. Nie gdańszczan, którzy przeprowadzili się do Pruszcza.

    Ems: Masz jakieś złe doświadczenia z saskokępianami? Pytam serio. A tak poza tym, to przed pierwszą wojną, to nawet nie była sypialnia, ale dosłownie pola i łąki.

    Nie wiem, po co żart o Powstaniu Warszawskim i wyjeżdżanie ludziom od „słoików”. Tym bardziej, że zapewne w Gdańsku też są ludzie, którzy są „słoikami” (czyli ludźmi nie pochodzącymi z Gdańska, którzy tu przyjechali na studia/do pracy, ale w ogóle się nie identyfikują z miastem, nie lubią go, w każdy weekend wracają do „siebie” i tam narzekają, jaki to Gdańsk jest zły). Zresztą słowo „słoik” zostało wymyślone przez „redachtorów” warszawskiego dodatku do Gaz. Wyb. i dlatego to słowo jest słynne na cały kraj. Jeszcze parę lat temu, słowo słoik oznaczało tylko szklane naczynie.

    A osoba, z którą rozmawiałem i właśnie tak powiedziała o wołominianach, to rodowity warszawiak.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: