Mija rok…

8 maja 2013 to oficjalna data powstania Bloga Trzech Miast. Mamy zatem (już za chwilę) rocznicę i przy okazji 50. post zamieszczony na tej stronie. Idealny moment by podsumować dotychczasowe osiągnięcia i porażki (tych drugich było rzecz jasna zdecydowanie mniej). Zacznę od tego, czym miał być w założeniu niniejszy blog. Na fejsbukowym profilu bloga napisałem, iż jest to:

blog opisujący życie mieszkańców trzech miast, przenikanie się poszczególnych – lokalnych – światów. to co łączy i to co dzieli. terytoria wspólne i odrębne małe ojczyzny, tożsamość i świadomość miejsc. codzienność, współczesność, historia. Antropologia.”

No właśnie – antropologia. Tzw. nauki społeczne są w głównym nurcie moich zainteresowań i przez ich pryzmat patrzę na świat. Także na trzy miasta. Śmiem twierdzić, że drugiego takiego bloga ani Gdańsk, ani Sopot i Gdynia nie mają. Miejskie blogi dzielą się bowiem na kilka grup: polityczne (dot. lokalnej polityki i na ogół kontestujące urzędującą władzę), sentymentalne (wspomnienia, zdjęcia, cytaty z dawno minionych gazet itp.), historyczne (gdzie co stało i jak długo, oraz kim był ten i ów oraz czego dokonał), inwestycyjne (tu burzą, a tam budują. to dobrze a nawet źle), rewolucyjne (piszą je aktywiści miejscy, których ideą jest zmiana otoczenia, przestrzeni, jakości życia), fotoblogi (wiadomo o co chodzi). Bloga łączącego elementy antropologii, historii, socjologii i socjalu jakoś brak. Zatem jest Blog Trzech Miast pewnym ewenementem, a wziął się ze zniechęcenia do nieustannego i nachalnego miksowania, homogenizowania i przekłamywania przez lokalne media, rzeczywistości w jakiej żyjemy. Bo moim prywatnym zdaniem nie żyjemy w Trójmieście, a co najwyżej w tzw. trójmieście. Dlaczego tak uważam? Polecam lekturę zakładki „trójmiejskie idee fixe”.

Czy udało mi się zachować sztywną linię programową. Nie, oczywiście! To niemożliwe, jeśli blog nie ma być nudną propagandówką. Tym bardziej, że życie wymusza elastyczność i reakcję na zmienne. Dlatego znajdziecie tu rozmowy z ludźmi – najróżniejszymi; od gdańskich stoczniowców, przez aktywistów miejskich, po przedstawicieli lokalnych władz. A także opisy spotkań ze „zwykłymi” mieszkańcami opisującymi swoje „zwykłe” życia. Dlatego też, w ostatnich czasach BTM pełnił funkcję – w pewnym sensie – trybuny interwencyjnej. Z niejakim sukcesem.
Ale skoro o sukcesach i najciekawszych wydarzeniach „z życia bloga”… Podsumujmy – co
między innymi mi się udało?

1. Ustaliłem, że po raz pierwszy w lokalne prasie użyto słowa „trójmiasto” w roku 1950. Jak dotąd nikt tego ustalenia nie zaktualizował.
https://trzymiasta.wordpress.com/2013/05/21/trojmiasto-tylko-z-malej-literki/

2. Przeprowadziłem dwuodcinkowy wywiad z byłymi stoczniowcami gdańskiej Stoczni. Myślę, że interesujący.
https://trzymiasta.wordpress.com/2013/05/29/czlowiek-z-muralu-a-nawet-kilku/
https://trzymiasta.wordpress.com/2013/06/02/czlowiek-z-muralu-a-nawet-kilku-ludzi-cz-ii/

3. Rozmawiałem z wiceprezydentem Gdyni Michałem Guciem.
https://trzymiasta.wordpress.com/2013/09/29/gdynia-budzet-obywatelski/
https://trzymiasta.wordpress.com/2013/11/09/gdynia-jest-jedyna/

4. Opisałem sprawę TW „Rejtana”.
https://trzymiasta.wordpress.com/2013/12/17/sprawa-tw-rejtana/

5. Stworzyłem Galerię Recyklingu Przestrzeni.
https://trzymiasta.wordpress.com/galeria-recykling-przestrzeni/

6. „Posprzątałem” Bramy Klamana. Wespół z lokalnym wydaniem GW.
https://trzymiasta.wordpress.com/2014/03/04/bramy-klamana-czyli-gowno-prawda/
https://trzymiasta.wordpress.com/2014/03/18/posprzataja-bramy-klamana/

7. Chyba jako jedyny zainteresowałem się losami gdańskiej pisarki miejskiej na tyle skutecznie, by dowiedzieć się, że cała ta akcja to li tylko prestiżowa ściema.
https://trzymiasta.wordpress.com/2014/04/29/pisarka-gdanska-na-emigracji/

To oczywiście tylko wyjątki z rocznej działalności. Ale jako bloger bez zaplecza mam się czym pochwalić. I skoro są urodziny, to się chwalę. Pochwalę się i tym, że BTM odwiedzili Czytelnicy z 33 krajów na 5 kontynentach. Wśród nich byli mieszkańcy lub rezydenci m. in. Afganistanu, Singapuru, Brazylii, Peru, RPA, Japonii i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Najpewniej w ten czy inny sposób związani z Gdanskiem, Sopotem lub Gdynią.

Był jednak „okres błędów i wypaczeń”. Kilka spraw mi nie wyszło. Nie wyszło mi przede wszystkim stworzenie interaktywnej społeczności Czytelników skupionych wokół BTM. Może za mało się starałem. Założenie profilu na fejsbuku poprawiło sytuację, ale na przykład nie zdołałem Was mili moi nakłonić do szerszego udziału w ankiecie dotyczącej tożsamości mieszkańców trzech miast. (https://trzymiasta.wordpress.com/2013/09/03/trzy-miasta-rozne-spojrzenia/Szkoda, bo była to dla mnie jedna z nielicznych możliwości głębszej interakcji z Wami, a na przeprowadzenie szczegółowych badań terenowych nie mogę sobie pozwolić z przyczyn rozmaitych.
Ubolewam też, że na blogu króluje Gdańsk (zwłaszcza ostatnio), zdecydowanie mniej tu Gdyni, a stanowczo skandalicznie mało Sopotu. Obiecuję poprawę.

Gdybyście mieli jakiekolwiek uwagi, zażalenia, reklamacje dotyczące moich poczynań, zapraszam do dzielenia się nimi w komentarzach, na profilu fejsbukowym, albo mailowo: innewidoki@gmail.com.

Dziękuję za miniony rok, życzę Wam miłej lektury, a sobie zapału, wytrwałości i dobrych pomysłów. 

Reklamy

WTF?

IMGP8521

Sea Towers, Infobox, Riviera, Waterfront – to lingwistyczny pejzaż Gdyni jaką dziś mamy i jaką mieć będziemy niebawem. O ile kilka atrakcji z tego i tak pewnie niekompletnego zestawu, które koniecznie trzeba w „mieście z morza” zobaczyć, już mamy, o tyle kolejna – ów waterfront – powstanie niebawem.

– Dzięki zmianie nazwy będziemy mogli spopularyzować i utrwalić w świadomości mieszkańców i turystów odwiedzających Skwer Kościuszki markę nowego projektu – mówi Roger Andersson, dyrektor zarządzający SwedeCenter, inwestora projektu Gdynia Waterfront.

To cytat z portalu Trojmiasto.pl, który informuje, że istniejące dotąd Gemini (też po słowiańsku, a jakże!) zamieni się w Centrum Kultury i Rozrywki Gdynia Waterfront. Po co? No właśnie po to, żeby „popularyzować i utrwalać”. Co z tego, że nie o popularyzowanie i utrwalanie marki Gdynia chodzi, a o jakiś waterfront. Ważne, że w mieście się dzieje, są nowe inwestycje, jest „progress”.

Cóż, że Gdynia to miasto na wskroś polskie, polskość stanowi trwały element jego mitu założycielskiego. Wszak równocześnie jest oknem na świat. Dziś nieco przymkniętym, to prawda, ale jednak! A to zobowiązuje. Ma być światowo, no to jest. Towers, box ewentualnie water.

Pisałem jakiś czas temu o niemożności odnalezienia przez Gdynię (władze miasta konkretnie) symbolu, emblematu albo, jak już ma być z angielska, brandu. Tym razem mamy do czynienia z oddaniem pola inwestorom, którzy robią co chcą i jak chcą zaśmiecając to korzennie wszak polskie miasto boksami, frontami itp. itd. I którzy sobie utrwalają i popularyzują swoje brandy, loga, marki itp. Dlaczego waterfront a nie nabrzeże na przykład, albo coś innego, morskiego w charakterze, ale po polsku? A po co, skoro nie o Gdynię chodzi, tylko o to, by w Gdyni, na Gdyni, jej mieszkańcach i jej gościach zarabiać.

Że inwestor i Gdynia naginają ustawę o języku polskim z 1999 roku, mniejsza o to. Wszak miasto samodzielnie też ją naginało choćby przy okazji Infoboksu. (Tak, w języku polskim pisanym wszelkie iksy w odmienianych nazwach zamienimy na „ks”).

Na ust korale cisną się pytania, czy owe anglicyzmy w przestrzeni miejskiej to konieczność dziejowa, czy signum temporis (a co sobie będę żałował!), czy po prostu urzędniczy tumiwisizm? Ciekaw jestem ewentualnej odpowiedzi i pocieszam się tym, że słowa Gdynia nijak nie da się wymienić na jakieś angielskie zgrabne słówko.

Przeszłość i przyszłość

Nie ma już budowniczych Gdyni choć żyją wciąż ostatni spośród tych, którzy pamiętają jak miasto powstawało. Dawnych mieszkańców Wolnego Miasta Gdańska została garstka, niedawno odszedł ostatni obrońca Westerplatte. Żyją jeszcze synowie i córki obrońców Poczty Polskiej, choć ostatnia pracownica placówki zmarła w ubiegłym roku. Wciąż możemy liczyć na świadectwo pamięci uczestników wydarzeń z Grudnia ’70 i Sierpnia ’80. Dzisiejsze pokolenie czterdziestolatków jest bodaj ostatnim, które pamięta wydarzenia stanu wojennego, a nieco młodsi mają w pamięci obrazy pracującej pełną parą Stoczni Gdańskiej. Który ze współczesnych bywalców Grand Hotelu bywał w Kasino Hotel?

Pamięć komunikatywna, jaką ją określił Jan Assmann, miesza się z pamięcią kulturową. Pamięć naocznych świadków wypierana jest przez interpretacje dokumentów i relacji sporządzane przez historyków. Czy któraś z tych form pamięci jest lepsza, pełniejsza? Ta komunikatywna (będąca łącznikiem między „dziś” a „wczoraj”) wynikająca z relacji naocznych świadków i uczestników wydarzeń wydaje się być pełniejsza, prawdziwsza. Cóż, czy tak jest w istocie, skoro nawet świadkowie i uczestnicy mogą spierać się przebieg wydarzeń, podawać ich odmienne oceny i fałszować (świadomie lub nie) ich przekaz? (Że często robią to historycy, to oczywistość.) Nie odpowiem na to pytanie, dylemat jest „odwieczny” i nierozstrzygalny. Obie formy pamięci towarzyszą ludziom od zawsze i będzie tak po wsze czasy. To jedyny pewnik.

Nieprzypadkowo wymieniłem wyżej kilka znaczących wydarzeń w dziejach trzech miast. To swoiste punkty zwrotne, a przynajmniej tak je dzisiaj oceniamy. Dla współczesnych tamtym czasom ludzi, były one nierzadko tylko zwykłą codziennością.

Wymieniłem je, bo nie mniej ciekawe jest – i równie nieuchwytna jest odpowiedź na to pytanie – czy i co będzie uznane za punkt zwrotny naszego „dziś” przez następne pokolenia. O ile my nieustająco obracamy się wokół Wolnego Miasta, początków Gdyni czy Wydarzeń Grudnia itd., o tyle trudno chyba nam wyobrazić sobie punkt zwrotny jaki wywiodą z dnia dzisiejszego nasi następcy. Powstanie Nowej Wałowej? Zabudowa terenów po Dalmorze? A coś bardziej spektakularnego? No właśnie – „koniec historii”! Wziąłem ten wyświechtany zwrot wymyślony przez Fukuyamę w nawias, bo nie wytrzymał próby czasu. I mimo że sądzimy, iż utknęliśmy w martwym punkcie, historia nigdy się nie kończy póki trwa świat a razem z nim ludzkość. Coś więc się pewnie wydarzy, coś nas czeka w przyszłości. Stan zawieszenia nie trwa długo. Pisałem już o tym kiedyś – nowy mit miasta wykluwa się gdzieś, tuż tuż.
Co nam przyniesie przyszłość – nie wie nikt. Ten banał nie jest już taki banalny, zyskuje na znaczeniu w świetle tego, co napisałem wyżej.

Udanego roku 2014 życzę nam wszystkim.

Terytoria popfutbolu

Wśród Czytelników niniejszego bloga są z pewnością także kibice Arki Gdynia i Lechii Gdańsk. I właśnie przede wszystkim do nich skierowany jest ten tekst.

Nawet jeśli ktoś jest kibicem umiarkowanym, nieszalikowym i niekibolskim, z pewnością znajdzie tu kilka interesujących zdań. Tak się bowiem składa, że w globalnej światowej wiosce kibice piłkarscy (i innych gier zespołowych) należą do grup nad wyraz przywiązanych do wartości i tradycji lokalnych, do terytoriów obejmujących zasięgiem strefę wpływów i popularności poszczególnych klubów.

W. J. Burszta w „Kotwicach pewności” [wyd. Iskry, 2013] ryzykuje nawet stwierdzenie, że są oni ostatnią ostoją lokalnego patriotyzmu. To bardzo ciekawe zważywszy, że w tzw. trójmieście tak łatwo ulegamy magii wspólnoty terytorialnej i niezbyt wyrazistej legendzie tożsamościowej. W przypadku Lechistów i Arkowców wszelkie wspólne elementy ulegają zatarciu, a zaostrza się podział na dwa wrogie obozy wywodzące się z dwóch różnych miast.

Nie będę naiwnie pytał z czego to wynika, bo wynika pewnie z faktu, że mamy w trzech miastach dwie najważniejsze drużyny piłkarskie. Gdyby trzeci klub, dajmy na to z Sopotu, rozpoczął rozgrywki ligowe w jakiejś konkurencyjnej tabeli (pomijam zatem B-klasę), znaleźliby się lokalni patrioci gotowi umrzeć za sopocką drużynę. A tak, sopocianie z np. Potoku Kamionka, kibicują jednej z dwóch wiodących drużyn. Liczy się siła, także tradycji.

Nie zamierzam też przekonywać, że istnienie braci kibicowskich dwóch drużyn to ostateczny dowód na nieistnienie trójmiasta. W końcu nie raz i nie dwa jakieś miasto miewa po dwie konkurencyjne drużyny piłkarskie, dwa wrogie obozy kibicowskie i nikt z tego powodu miasta nie dzieli administracyjnie na dwie jednostki.

Ciekawe natomiast jest to, że środowiska kibicowskie swoim dążeniem do wyodrębnienia terytoriów i tradycji stoją w opozycji do przedstawicieli świata – no dobrze, wartościujmy – kultury wysokiej albo alternatywnej. Kibice są w tym wypadku w kręgu kultury popularnej. Twórcy i odbiorcy kultury niszowej, czy też niemasowej, to raczej nie są zagorzali szalikowcy. Nie zamierzam zresztą rozliczać nikogo z tego, czy chodzi na mecze swojej drużyny, czy też nie ma ulubionego klubu piłkarskiego. To byłoby głupie i niemożliwe do przeprowadzenia. Zakładam, że wśród plastyków albo jazzmanów mogą znaleźć się fani Lechii albo Arki. Czynię raczej założenia w skali ogólnej i chyba mam jednak rację twierdząc, że oba środowiska raczej się nie przenikają.

Zatem – kibice są z Gdańska lub z Gdyni. Przy czym chętniej angażują się w życie swojego środowiska niż w życie lokalnych społeczności (są rzecz jasna szlachetne wyjątki od tej reguły). Aktywni twórczo raczej swoje miejsce widzą w trójmieście, lub nawet „Trójmieście”. To teza oparta na obserwacjach własnych.

Co wynika z tych obserwacji (jeśli pominiemy oczywiście całe konteksty, z których opisane podziały się wywodzą)? Świadomość istnienia tożsamościowego rozdźwięku między dwoma światami – kultury wysokiej i popularnej. Tym razem nie tylko w warstwie twórczej czy ideowej. Czy którykolwiek z tych światów można uznać za lepszy, bardziej wartościowy? Z punktu widzenia nauk społecznych rozumianych klasycznie – nie! Jakość życia postrzegana przez pryzmat zaangażowanych w oba modele jednostek jest przecież porównywalna, może być równie satysfakcjonująca. I niech tak zostanie.

Warto jednak pamiętać, że model kibicowski jest we współczesnym świecie zagrożony. Drużyny nie są już głównym elementem konsolidującym daną grupę. Gracze nie wywodzą się z sąsiednich podwórek, tylko przyjeżdżają na kontrakt z Afryki albo Azji, trenerzy zmieniają się co sezon lub dwa, a ulubieni piłkarze podlegają prawom transferów. Zostają zatem inne atrybuty: barwy, herb, tradycja historyczna, lokalizacja i odwieczni wrogowie. Klub z realnego bytu przekształca się w ideę. A czasem wręcz traci wsparcie lokalnych patriotów.

Że tak być może przykładem jest choćby sytuacja z mojego rodzinnego miasta na południu Polski, w którym od lat działały dwa wrogie kluby – Górnik i Zagłębie. Kibice obu drużyn nienawidzili się szczerze. A dziś? Urynkowienie piłki nożnej spowodowało zagładę Górnika w jego pierwotnej formule i dewastację stadionu. W to miejsce powstał twór połączony, czyli Górnik-Zagłębie rozgrywający mecze na stadionie Zagłębia. Jak odnaleźli się w nowych czasach starzy kibice – nie mam pojęcia.

Z lokalnego podwórka nie od rzeczy będzie przypomnieć mało roztropną propozycję, by Arka Gdynia rozgrywała swoje mecze na PGE Arena w Gdańsku.

Podsumowując, można zaryzykować twierdzenie, że środowiska kibicowskie – choć z pewnymi wyjątkami przejawiają małą aktywność na rzecz społeczności lokalnych (dzielnice, ulice, podwórka, organizacje pozarządowe) – utożsamiają się z tym, co lokalne, miejscowe, swojskie w sferze symboliki i „pamięci miejsca”, mniej w sferze działania. Nazwijmy to patriotyzmem popfutbolowym – element „pop” wynika z masowej popularności ale i z „interesownego zainteresowania” futbolem mediów masowych i biznesu.

Środowiska artystyczne, twórcze, są otwarte, nie przestrzegają granic, a wręcz świadomie je odrzucają. To naturalny wynik ich działań oraz efekt potrzeby poszerzania terytoriów autoprezentacji i poszukiwania tworzywa i inspiracji. Sztuka, nawet uznana za niszową lub skierowana do zamkniętego kręgu odbiorców, nie może funkcjonować w enklawach. Z jej natury wynika potrzeba poszukiwania, wymiany, inspiracji tym, co nowe i obce. To także nie jedyny model obowiązujący, bo zdarza się, że idzie w parze z działaniami lokalnymi i na rzecz wspólnot lokalnych.

Na koniec, niejako w obronie kibiców powiem, że zarówno wśród kibiców Arki jak i Lechii są ludzie zaangażowani w działalność społeczną. Stowarzyszenie Kibiców Arki Gdynia organizuje od lat akcje charytatywne, za co zostało wyróżnione przez Gdyńskie Centrum Organizacji Pozarządowych. Nie inaczej jest w przypadku „Lwów Północy” – Stowarzyszenia Kibiców Lechii Gdańsk. Gdańscy kibice działają ponadto w Fundacji „Obudź Nadzieję” wspierającej dzieci z rodzin ubogich i domów dziecka. Są to jednak poboczne nurty aktywności kibicowskiej, mało funkcjonujące w świadomości publicznej. A szkoda.

Tożsamość tymczasowa i nowa tożsamość

paniKobieta na zdjęciu to Jadwiga Morawska, z domu Dominiczak. Jest córką najmłodszego w przedwojennej Polsce wójta, Edmunda Dominiczaka. Od 1977 roku mieszka w Sopocie, dokąd przeniosła się z Gdańska, w którym jej rodzina żyła od 1949. Wcześniej było wygnanie i kilka trudnych wojennych lat na Polesiu w Dąbrowie i Niemojkach, po tym jak Niemcy wysiedlili Dominiczaków z ich rodzinnego domu w Kościerzynie.

Pani Jadwiga opowiedziała mi historię swojego życia, a między innymi wspominała pierwsze chwile spędzone w Gdańsku, do którego trafiła z rodzicami i rodzeństwem w grudniu 1949 roku.

– Bardzo wielu przyjaciół mojego ojca wróciło szybciej niż my do Kościerzyny – mówi pani Jadwiga. – Trzeba było podpisać kartę Eingedeutschte [trzecia kategoria Volkslisty; osoby autochtoniczne, uznawane za częściowo spolonizowane – Ślązacy, Kaszubi, Mazurzy i Polacy niemieckiego pochodzenia lub pozostający w związkach małżeńskich z Niemcami] i już można było wracać z wygnania do domu. Myśmy zostali do samego końca wojny, bo mój tatuś, patriota nie chciał prosić o łaskę i zdradzać Ojczyzny. Podróż powrotna była długa, ciężka i odbyliśmy ją w świńskich wagonach. Zastaliśmy nasz dom po powrocie w tragicznym stanie. Wszystko było rozwalone, bez okien. Zamieszkaliśmy więc najpierw w pobliżu dworca. Potem u przyjaciółki mojej mamy, a na końcu wróciliśmy na Hallera, czyli do dawnego, odremontowanego domu. Tatuś pracował i był znany w okolicy, poza tym był dobrym księgowym i dostał propozycję pracy w Gdańsku w zakładach chemicznych. Zamieszkaliśmy przy ulicy Grunwaldzkiej 46. Ojciec dostał mieszkanie służbowe.

Moja rozmówczyni naukę w szkole średniej kontynuowała w Topolówce. Z jej wspomnień wyłania się obraz trudnych stalinowskich czasów, w których nawet licealiści narażeni byli na represje za najdrobniejsze nieposłuszeństwa wobec władzy ludowej. Pani Jadwiga opowiada o trudnym roku 1968, kiedy idąc z synem po ulicy dostała się pod milicyjne pałki, mówi o roku 1970 i innych ważnych momentach w jej życiu i życiu miasta. Ale w 1977 roku, po 27 latach, kończy się jej gdańska historia i aż chciałoby się zapytać, o z jej gdańska tożsamością. Owa tożsamość została zachowana, ale dziś już raczej jako wspomnienie pewnego zamkniętego etapu w życiu. Była zatem ledwie etapem. Miała cechy trwałe, ale okazała się tymczasowa. Dzieje rodziny Dominiczaków od 1949 roku, to dzieje „nowych gdańszczan”, którzy nie mieli gdańskiej przeszłości, wspomnień, punktów odniesienia. Wszystko musieli stworzyć od nowa, a niektórzy z nich – jak pani Jadwiga – zamknąć w pewnym momencie życia.

Przychodzą mi na myśl inne opowieści, zasłyszane od Benedykta Wietrzykowskiego, prezesa Stowarzyszenia Gdynian Wysiedlonych. Pan Benedykt opowiadał mi o tragediach całych rodzin, heroicznej walce o przetrwanie z dala od domów, powrotach do rodzinnego miasta. Bo Gdynia, w przeciwieństwie Gdańska, była dla powojennych mieszkańców najczęściej domem w pierwszym lub drugim nawet pokoleniu. Oni odczuwali związek ze swoim miastem. Nowi Gdańszczanie, o czym pisze Stefan Chwin w eseju „Mity i prawdy gdańskiej pamięci”, nie czuli żadnych związków ani z miastem, ani z jego dawnymi mieszkańcami, którzy przecież w znacznej części byli znienawidzonymi Niemcami, a których właśnie udało się wypędzić z ziem „nierozerwalnie związanych z Polską” jak chciała ówczesna propaganda. I tak, o ile gdynianie, mieli własna lokalną przeszłość, o tyle gdańszczanie przywieźli nad Motławę tysiące osobistych, indywidualnych historii, związanych wprawdzie koszmarem wojny, ale wywodzących się z różnych miejsc, różnych małych ojczyzn. Dopiero na tym gruncie miała się pobudować tożsamość gdańszczan.

Co ciekawe, obie te społeczności, (a przy tym nie należy zapominać o mieszkańcach Sopotu, którzy często byli w podobnej do gdańszczan sytuacji choć w mieście pozostała grupka przedwojennych Polaków), zaczynały odrębne życie na bazie dwóch odrębnych legend jakie konstruowały peerelowskie władze na użytek propagandy i rewizji niewygodnej historii.

W latach 50. Coś zaczęło się zmieniać – pojawiający się coraz częściej zwrot „trójmiasto” stanowił element łączący Gdańsk, Sopot i Gdynię. Nawet jeśli w umowny, nieskonsolidowany organizm, to przynajmniej w organizm rdzennie polski i na polskim gruncie wyrosły, do którego mogli odwoływać się mieszkańcy trzech miast, dotąd żyjący odrębnie. Ale odrębność pozostała, bo – jak wspomniałem – nowe legendy dwóch miast były różne, różne były doświadczenia ich mieszkańców i odmienna rodziła się tożsamość w Gdańsku i Gdyni. Mam wrażenie, że o gdańskiej tożsamości (wychodzącej poza granice wyznaczone przez PRL) zaczęto mówić bardzo późno, gdzieś w okolicach „Weisera Dawidka”, bo „Blaszany bębenek” początkowo takiej siły przebicia w świadomości gdańszczan chyba nie miał. Tożsamość gdyńska była tyleż romantyczna, co peerelowska. Najpierw był port i sukcesy gospodarcze – legenda polskiej (PRL) potęgi morskiej. „Miasto z morza”, jego początki i inny odcień romantyzmu, zafunkcjonowało w świadomości mieszkańców znacznie później u progu nowego stulecia.

Dziś oba te nurty tożsamości są bardzo intensywnie eksploatowanie przez wielbicieli lokalności i historii. Mam wrażenie, że „do wyczerpania zapasów” albo nasycenia przestrzeni i umysłów. Czy za kilka, kilkanaście lat mieszkańcy Gdańska, Sopotu i Gdyni będą budować swoje własne mity i własne tożsamości miejsc w oparciu o nowe punkty wyjścia/zwrotne? Co w takim razie będzie nowym tworzywem? A może lokalne społeczności coraz bardziej obywatelskie działające na rzecz określonych grup i miejsc i świadome swojej roli i potencjału? Paradoksalnie to właśnie one mogą z czasem doprowadzić (wymusić) do powstania spójnej logistycznie i przyjaznej ludziom aglomeracji, choć do Trójmiasta przez duże „T” wciąż będzie daleko.

%d blogerów lubi to: