Po panelu piszę

IMG_20141023_114250Uczestniczyłem w jednym z paneli dyskusyjnych podczas konferencji SmartMetropolia 2014 w Gdańsku. Panel dotyczył wspólnotowości i więzi lokalnych, a moja prezentacja nosiła tytuł „Trzy tożsamości czy tożsamość trzech miast?”

Miałem okazję znaleźć się w gronie naukowców, socjologów, specjalistów od zagadnień tożsamości lokalnej. Udział w tym spotkaniu był pouczający. Niestety, to czego mi zabrakło, to czas na dyskusję. Ledwie kilka pytań zadanych z sali i pośpiech przy udzielaniu odpowiedzi. Sporo niedopowiedzeń, ledwie muśniętych wątków. Cóż, trudno.

Mam jednak możliwość poszerzenia swoich odpowiedzi na uwagi dwóch współuczestników panelu. Pan profesor Cezary Obracht-Prondzyński z Uniwersytetu Gdańskiego w odniesieniu do mojego wystąpienia stwierdził, że podział na „nowoczesną Gdynię” i „historyczny Gdańsk” uważa za niewłaściwy, błędny i stereotypowy. Rzeczywiście, to stereotyp i rozpoczynając swoje wystąpienie zaznaczyłem, że do stereotypów będę się odnosił i wśród nich poruszał. Szkoda, że profesor nie podał swojego punktu widzenia na relacje między Gdańskiem a Gdynią, ale rozumiem, że nie było na to czasu. Nie mam jednak pewności co do słuszności twierdzenia, że pojęcie „Trójmiasta” rozlewa się dalece na obrzeża metropolii. Być może tak.

Nie wiem też na pewno – w przeciwieństwie do pana profesora – czy wszyscy mieszkańcy Wejherowa odwiedzając inne regiony kraju, na pytanie o to, skąd przyjechali mówią, że z „Trójmiasta”. Ciekawe byłoby zbadanie tego, jak do przynależności „trójmiejskiej” przyznają się sami zainteresowani – mieszkańcy Gdańska, Sopotu i Gdyni. Z tego, że pojęcie „Trójmiasto” w ogóle funkcjonuje w potocznym obiegu, nie wynika jeszcze jakaś trójmiejska tożsamość. Co miałoby być jej wyznacznikiem, łącznikiem? Odpowiedź, że wspólne podróże SKM-ką, nie zadowala mnie zupełnie. Ja powstałej po II wojnie połączonej szczególnymi więziami społeczności mieszkańców trzech miast jakoś nie dostrzegam. To znaczy, nie dostrzegam siły tych więzi. A przypomnę (o czym pisałem już kiedyś przy innej okazji), że jakieś dziesięć lat temu Paweł Huelle powiedział w rozmowie ze mną, iż Gdańsk tonie we własnej mitologii. To historyczne uogólnienie jest moim zdaniem aktualne do dziś. W haśle „Gdańsk miastem wolności i solidarności” wciąż mocniej pobrzmiewa nuta historii, niż muzyka przyszłości. Poza tym, nie widzę niczego złego w tak opozycyjnym pojęciowo rozdzielaniu Gdańska i Gdyni. Zamiast się obruszać, lepiej byłoby na tych opozycjach budować kapitał.

Całkiem intrygującą rzecz powiedział pan profesor Tomasz Szlendak z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu odnosząc się do moich uwag o niepewnej, zaburzonej, tworzącej się od nowa, tożsamości mieszkańców Sopotu. Profesor uznał bowiem mniej więcej, że skoro Sopot jest coraz bardziej miastem napływowego establishmentu, turystów, okazjonalnych imprezowiczów, to oni właśnie określają nową tożsamość tego miasta i mają do tego pełne prawo?

Czyli skoro oni – w gruncie rzeczy obcy, bo nie stąd i nie związani emocjonalnie na trwałe z Sopotem – mówią, że jest to miasto „rozrywkowe” i nic ponadto, to należy przyjąć to do wiadomości. Tożsamość miasta określona nie przez sopocian, a przez jego konsumentów. Czyżby sopocianie nie mieli nic do powiedzenia? Są definicje, które takie miasto jak Sopot pozwalają umieścić w szufladce „nie-miejsca”, więc nie powinienem się specjalnie dziwić. Jestem mimo to zdziwiony. Tożsamość lokalna zdefiniowana nie przez autorefleksję, ale w stylu „jak cię widzą, tak cię piszą”… Tożsamość personalna zawsze jest sumą kilku składowych, między innymi tego, jak postrzegają nas inni. Z tożsamością miejsc jest w pewnym sensie podobnie, ale pozostawianie całego pola nie-miejscowym? Hmmm…

Reklamy

Lewa, prawa, nasza

Czy aktywista miejski to z definicji lewak?
Wśród moich znajomych aktywnie działających na rzecz ich lokalnych społeczności, czy też szerzej rzecz ujmując, wśród moich znajomych aktywistów miejskich, „miejskich partyzantów”, działaczy obywatelskich itp. itd., większość stanowią ludzie o lewicowych lub lewicujących poglądach. A przynajmniej „niepraktykujący”. W grupach obywatelskich w Gdańsku, Sopocie, Gdyni to właśnie działaczki i działacze (wyjątkowo zachowuję ten politporawny podział na płcie tak eksponowany w dobie równouprawnienia z grzeczności i jako ukłon w stronę owych znajomych) związani ze środowiskami a to „Krytyki Politycznej”, a to Partii Zielonych lub Partii Kobiet, ewentualnie organizacji pozarządowych działających w sferze równościowej, stanowią bazę. Nie oznacza to, że wśród aktywistów brak ludzi sytuujących się światopoglądowo i społecznie mniej lub bardziej na prawo. Są, tyle że w śladowej liczbie.
Obserwuję od dawna ten statystyczny dysonans i zastanawiam się, skąd się bierze. No bo tylko postępowością „nowej lewicy” i wstecznością konserwy wytłumaczyć się tego nie da. W Gdańsku naliczyłem czterech zainteresowanych działaniami na rzecz miasta, czy swojej dzielnicy, o prawicowych poglądach. Jeśli jest ich więcej, to chyba siedzą w piwnicach zamiast działać. A być może po prostu siedzą w kościołach.
No właśnie, czy człowiek prawicy – a konkretnie tradycji i wiary – skazany jest na uczestniczenie w życiu społecznym jedynie na poziomie parafii, grupy wyznaniowej, wspólnoty ewangelizacyjnej? W wielu parafiach i świątyniach obserwowałem licznych młodych i starszych, którzy z oddaniem i zaangażowaniem, ba! pasją prawdziwą i gorącą, uczestniczyli w spotkaniach, liturgiach i innych okazjach do zamanifestowania przynależności do Kk. I spełniali się tam pewnie znakomicie. Z drugiej strony, jakże mocno brakuje tych młodych i zaangażowanych poza murami świątyń, wśród mieszkańców dzielnic. Ich jedyna aktywność ogranicza się do parafialnych festynów i ulicznych ewangelizacji. Kiedy przychodzi czas na działanie dla dobra wspólnego, ponad światopoglądowymi podziałami, nagle zaczyna ich brakować. Tak, jakby życie wiązało się li tylko z życiem parafii. Nie byłoby źle, gdyby swoje społecznikowskie talenty zechcieli wykorzystać na „świecki” sposób, włączając się działania grup obywatelskich. Wtedy i same grupy musiałyby uwzględniać szersze spektrum światopoglądowe, co chyba by im nie zaszkodziło. Nie sądzę, by stanowiło to problem, bo ci nieliczni „prawicowi”, którzy już działają, problemów większych nie mają. Po prostu ruchy miejskie zajmują się potrzebami mieszkańców, obywateli miast, nie działają w obszarze „wielkiej polityki”. Byłby to przy okazji dobry test na pluralizm, oddolność i niezależność ruchów miejskich.
Może być też i tak, że skoro brakuje wśród aktywistów ruchów miejskich ludzi o bardziej konserwatywnych poglądach, zabraknie ich w przyszłych samorządach, kiedy nawet kluby PiS czy innej partyjnej usankcjonowanej prawnie prawicy, nie będą w stanie samodzielnie wpływać na losy miast. A wtedy, jeśli np. gdańscy radni zechcą uchwalić zapis o dofinansowaniu przez miasto zabiegów in vitro – sorry, taką mamy  radę miasta, panie i panowie z parafii. Nieobecnością nie dacie sobie szansy na udział w debacie. A życie, nawet to wieczne, zaczyna się tu – w waszej dzielnicy, w waszym mieście.

Sąsiedzi 2.1

Najpewniej ktoś spośród Czytelników ma lat nieco więcej niż 30. Jeśli tak, to pamięta, iż w latach swego dziecięctwa lub wczesnej młodości obserwował rodziców, sąsiadów i znajomych z okolicznych kamienic lub bloków, gromadzących się wspólnie przy byle okazjach, rozmawiających ze sobą, organizujących sobie wspólnie czas wolny ale i podział sąsiedzkich obowiązków oraz sąsiedzką samopomoc. Ja sięgam pamięcią do lat 70. i 80. Moi rodzice spotykali się ze znajomymi z sąsiedztwa, dzieciaki z podwórka bawiły się razem, w ogródkach na tyłach poniemieckich domów ludzie zbierali się przy flaszce, albo siadywali razem na ławeczkach pod oknami obserwując i komentując codzienność. Wszystko to spontanicznie, zwyczajowo i pozainstytucjonalnie. Państwo demokracji ludowej rozrywkę instytucjonalną zapewniało swoją drogą. Na szczęście nie wypełniało nią całego wolnego czasu klasy robotniczo-chłopskiej i koniecznej, acz niewielkiej liczebnie warstwy inteligenckiej.

Owa spontaniczna sąsiedzkość zaczęła zamierać wraz z pojawieniem się wielkiej płyty i wielkich blokowisk, czyli jeszcze w rozkwicie PRL-u. Ale nie zamarła całkowicie, a tam, gdzie ją kultywowano trwała w formie niezmiennej aż do „Przełomu”. A po owym przełomie, w latach 90. nastała era wideoodtwarzaczy, komputerów. Na dodatek powstawały coraz liczniej nowe osiedla. Z czasem osiedla rozlały się wokół miast, niektóre z nich ogrodzono. Mieszkańcy skupili się na kultywowaniu życia wewnętrznego w ramach swoich rodzin, w obrębie swoich ścian i płotów. Ludzie nie tylko nie mieli czasu, ale i stracili wolę kontaktu z najbliższym otoczeniem, z sąsiadami. To oczywiście twierdzenie uogólniające, ale oddaje charakter współżycia sąsiedzkiego w pierwszych latach XXI wieku. Nowa, średnia klasa, zajęła się pracą, wychowaniem dzieci (niania, szkoła, zajęcia pozalekcyjne, wakacje, przyszłość, kariera), spędzaniem nielicznych wolnych chwil razem, w przydomowym ogródku, albo poza domem, grillowaniem z kolegami z pracy itp. itd. Słowo „sąsiad” straciło na dotychczasowym znaczeniu, zyskało nowe – wróg, konkurent, obcy. I stan taki trwa do dziś.

Coś się jednak zmienia. Współcześni sąsiedzi dostrzegli absurd i nienaturalność takiego stanu rzeczy… Głównie za sprawą aktywistów miejskich, socjologów, wolontariuszy i innej maści „inżynierów dusz”.

W Gdańsku, w ramach projektu „Dom Sąsiedzki” funkcjonuje od paru lat kilka takich właśnie „domów”. Co to za coś? Na stronie prezydenta RP czytamy m.in.:

Powstanie „Domów Sąsiedzkich” zostało zainicjowane przez organizacje pozarządowe, współdziałające z gdańskim samorządem. „Domy Sąsiedzkie” mają charakter apolityczny oraz areligijny, otwarte są na różnorodne, prorodzinne i międzygeneracyjne inicjatywy społeczne, aktywności kulturalne i artystyczne. O uczestnictwie w działaniach Domu Sąsiedzkiego decydują zainteresowania i motywacje. W sąsiedzką aktywność włączane są całe rodziny, które współpracując z instytucjami pomocowymi, edukacyjnymi i samorządem, integrują wspólnoty dzielnic Gdańska.

  • Gościnna Przystań – Dom Sąsiedzki, Gdańska Fundacja Innowacji Społecznej: świetlica środowiskowa dla dzieci (6–14 lat), Klubik Młodych dla młodzieży (13–17 lat), Klub Malucha, kafejka internetowa, kącik prasowo-czytelniczy, warsztaty komputerowe dla dzieci, młodzieży i seniorów, spotkania grup samopomocowych, grup zainteresowań, Pogotowie Korepetycyjne dla dzieci i młodzieży, dyżury radnych miasta i osiedla, organizacja akcji promujących pozytywny wizerunek dzielnicy, w której działa Dom Sąsiedzki.

  • Biblioteka Społeczna Domem Sąsiedzkim na Stogach, Stowarzyszenie Przyjazne Pomorze: prowadzenie i utrzymanie w Domu Sąsiedzkim całorocznej biblioteki/czytelni/świetlicy czynnej co najmniej 27 godz. tygodniowo, zajęcia muzyczne, nauka gry na danym instrumencie połączona z nauką śpiewu, cykliczne warsztaty plastyczne, zajęcia i turnieje szachowe, bezpłatne porady prawne, debaty obywatelskie.

  • Dom Sąsiedzki w Nowym Porcie, Stowarzyszenie Nowy Port Sztuki: edukacja kulturalna, działania artystyczne, warsztaty, zajęcia rozwojowe, kluby spotkań, spotkania tematyczne, doradztwo prawne, spotkania z radnymi miasta i osiedla.

  • Dom Zarazy w Oliwie Domem Sąsiedzkim, Stowarzyszenie Stara Oliwa: Dom Sąsiedzki oferuje spotkania z artystami i intelektualistami, jak również możliwość artystycznej samorealizacji bywalcom Domu; zachęcanie mieszkańców do współredagowania wydawanego przez Stowarzyszenie „Kuriera Oliwskiego”, bookcrossing.

  • Dom Sąsiedzki za Murami, Fundacja Inicjatyw Społeczno-Kulturalnych FORUM: powołanie Rady Domu Sąsiedzkiego – opracowanie harmonogramów użytkowania, prowadzenie punktu pomocowo-informacyjnego (prawnik i animator), warsztaty wolontariatu, łączenie pokoleń poprzez kulturę plastyczną, warsztaty twórcze, organizacja imprez i wydarzeń kulturalnych opracowanych przez Radę Domu Sąsiedzkiego i Partnerstwo Lokalne (Dni Sąsiedztwa, Sąsiedzkie Kolędowanie, spotkania z ciekawymi ludźmi), spotkania towarzysko-okolicznościowe, wernisaże, w tym edukacji ekologicznej: „Wodny Gdańsk”.

  • Dom Sąsiedzki na Ujeścisku, Stowarzyszenie Inicjatyw Lokalnych im. św. Ojca Pio: prowadzenie kawiarenki dla mam i opiekunek z dziećmi (integracja naj-młodszych, czytanie bajek, zabawy z dziećmi, dyskoteka dla malucha, nauka śpiewu, nauka tańca, poznawanie zwierząt); Klub Pań Aktywnych, w tym warsztaty tematyczne dla kobiet; koła zainteresowań (koło brydżowe, filmowe, turystyczne); spotkania z ciekawymi ludźmi świata sportu, nauki, kultury polityki; animacja aktywności mieszkańców do współorganizacji imprez integrujących społeczność lokalną (Piknik Świętojański, Festyn Rodzinny).

Tak oto dzisiejsi gdańszczanie realizują ideę sąsiedzkości zbliżoną do jej pierwotnych form: bycia razem, wspólnych zajęć, rozrywki, pomocy itp. Realizują, dodajmy, za pomocą instytucji, urzędu miasta, pod patronatem władz państwowych i pod czujnym okiem mierniczych wyliczających środki, metody i ich skuteczność. Oczywiscie sąsiedzkośc ta jest na miarę czasów, stąd warsztaty rozwojowe, centrum edukacji ekologicznej, warsztaty tematyczne dla kobiet, debaty obywatelskie, bookcrosing itd.

Nie inaczej jest w Sopocie. Tam wprawdzie nie powstały „domy sąsiedzkie”, ale przed rokiem przeprowadzono akcję „Poznaj swojego sąsiada, czyli zasady tworzenia komitetów sąsiedzkich”.

Tak swój pomysł uzasadniali na łamach gazet organizatorzy:

– Na spotkanie zapraszamy mieszkańców Sopotu ale przy tej okazji chcemy zwrócić uwagę nas wszystkich na osoby niesamodzielne, starsze, samotne, potrzebujące wsparcia, które być może mieszkają w naszym sąsiedztwie – mówi Anna Jarosz – dyrektor Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Sopocie. Zajrzyjmy czasem do sąsiada, na przykład starszej pani, która mieszka sama. Być może potrzebuje pomocy w codziennym funkcjonowaniu albo innego wsparcia, o które wstydzi się poprosić. Jeśli widzimy osobę potrzebującą lub zaniedbaną warto zgłosić taki sygnał do Ośrodka Pomocy Społecznej – dodaje Anna Jarosz. Pracownik socjalny odwiedzi taką osobę i będzie mógł jej zaproponować różne formy pomocy w zależności od indywidualnych potrzeb.

Jednym słowem sopocianie potraktowali ideę sąsiedztwa, jako czynnik ratujący życie. W rozmaitym tego sformułowania aspekcie. Całkiem słusznie.

Nie słyszałem o sąsiedzkich przedsięwzięciach w Gdyni, ale może były takie. Pewne jest natomiast, że i w Gdyni, i w Sopocie, i w Gdańsku, miejscy aktywiści lub po prostu radni dzielnic, starają się aktywizować lokalne wspólnoty, budować w nich poczucie jedności.

I tak oto, od czasów kiedy sąsiadki nie odstępowały się niemal na krok, przez erę ucieczki od sąsiedztwa, wracamy z wolna do punktu, w którym znów będzie można bez skrupułów zastukać do sąsiada żeby pożyczyć szklankę cukru (mimo że Biedronka jest tak blisko). Szkoda może tylko, że powrót do (mimo wszystko) normalności musi być sterowany przez rozmaite organizacje, instytucje, a jego przeprowadzaniu nadaje się rangę wyjątkowych akcji, niebanalnych przedsięwzięć i medialnych wydarzeń. Tak jakby człowiek z człowiekiem nie mógł się dogadać bez pośredników.

Mija rok…

8 maja 2013 to oficjalna data powstania Bloga Trzech Miast. Mamy zatem (już za chwilę) rocznicę i przy okazji 50. post zamieszczony na tej stronie. Idealny moment by podsumować dotychczasowe osiągnięcia i porażki (tych drugich było rzecz jasna zdecydowanie mniej). Zacznę od tego, czym miał być w założeniu niniejszy blog. Na fejsbukowym profilu bloga napisałem, iż jest to:

blog opisujący życie mieszkańców trzech miast, przenikanie się poszczególnych – lokalnych – światów. to co łączy i to co dzieli. terytoria wspólne i odrębne małe ojczyzny, tożsamość i świadomość miejsc. codzienność, współczesność, historia. Antropologia.”

No właśnie – antropologia. Tzw. nauki społeczne są w głównym nurcie moich zainteresowań i przez ich pryzmat patrzę na świat. Także na trzy miasta. Śmiem twierdzić, że drugiego takiego bloga ani Gdańsk, ani Sopot i Gdynia nie mają. Miejskie blogi dzielą się bowiem na kilka grup: polityczne (dot. lokalnej polityki i na ogół kontestujące urzędującą władzę), sentymentalne (wspomnienia, zdjęcia, cytaty z dawno minionych gazet itp.), historyczne (gdzie co stało i jak długo, oraz kim był ten i ów oraz czego dokonał), inwestycyjne (tu burzą, a tam budują. to dobrze a nawet źle), rewolucyjne (piszą je aktywiści miejscy, których ideą jest zmiana otoczenia, przestrzeni, jakości życia), fotoblogi (wiadomo o co chodzi). Bloga łączącego elementy antropologii, historii, socjologii i socjalu jakoś brak. Zatem jest Blog Trzech Miast pewnym ewenementem, a wziął się ze zniechęcenia do nieustannego i nachalnego miksowania, homogenizowania i przekłamywania przez lokalne media, rzeczywistości w jakiej żyjemy. Bo moim prywatnym zdaniem nie żyjemy w Trójmieście, a co najwyżej w tzw. trójmieście. Dlaczego tak uważam? Polecam lekturę zakładki „trójmiejskie idee fixe”.

Czy udało mi się zachować sztywną linię programową. Nie, oczywiście! To niemożliwe, jeśli blog nie ma być nudną propagandówką. Tym bardziej, że życie wymusza elastyczność i reakcję na zmienne. Dlatego znajdziecie tu rozmowy z ludźmi – najróżniejszymi; od gdańskich stoczniowców, przez aktywistów miejskich, po przedstawicieli lokalnych władz. A także opisy spotkań ze „zwykłymi” mieszkańcami opisującymi swoje „zwykłe” życia. Dlatego też, w ostatnich czasach BTM pełnił funkcję – w pewnym sensie – trybuny interwencyjnej. Z niejakim sukcesem.
Ale skoro o sukcesach i najciekawszych wydarzeniach „z życia bloga”… Podsumujmy – co
między innymi mi się udało?

1. Ustaliłem, że po raz pierwszy w lokalne prasie użyto słowa „trójmiasto” w roku 1950. Jak dotąd nikt tego ustalenia nie zaktualizował.
https://trzymiasta.wordpress.com/2013/05/21/trojmiasto-tylko-z-malej-literki/

2. Przeprowadziłem dwuodcinkowy wywiad z byłymi stoczniowcami gdańskiej Stoczni. Myślę, że interesujący.
https://trzymiasta.wordpress.com/2013/05/29/czlowiek-z-muralu-a-nawet-kilku/
https://trzymiasta.wordpress.com/2013/06/02/czlowiek-z-muralu-a-nawet-kilku-ludzi-cz-ii/

3. Rozmawiałem z wiceprezydentem Gdyni Michałem Guciem.
https://trzymiasta.wordpress.com/2013/09/29/gdynia-budzet-obywatelski/
https://trzymiasta.wordpress.com/2013/11/09/gdynia-jest-jedyna/

4. Opisałem sprawę TW „Rejtana”.
https://trzymiasta.wordpress.com/2013/12/17/sprawa-tw-rejtana/

5. Stworzyłem Galerię Recyklingu Przestrzeni.
https://trzymiasta.wordpress.com/galeria-recykling-przestrzeni/

6. „Posprzątałem” Bramy Klamana. Wespół z lokalnym wydaniem GW.
https://trzymiasta.wordpress.com/2014/03/04/bramy-klamana-czyli-gowno-prawda/
https://trzymiasta.wordpress.com/2014/03/18/posprzataja-bramy-klamana/

7. Chyba jako jedyny zainteresowałem się losami gdańskiej pisarki miejskiej na tyle skutecznie, by dowiedzieć się, że cała ta akcja to li tylko prestiżowa ściema.
https://trzymiasta.wordpress.com/2014/04/29/pisarka-gdanska-na-emigracji/

To oczywiście tylko wyjątki z rocznej działalności. Ale jako bloger bez zaplecza mam się czym pochwalić. I skoro są urodziny, to się chwalę. Pochwalę się i tym, że BTM odwiedzili Czytelnicy z 33 krajów na 5 kontynentach. Wśród nich byli mieszkańcy lub rezydenci m. in. Afganistanu, Singapuru, Brazylii, Peru, RPA, Japonii i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Najpewniej w ten czy inny sposób związani z Gdanskiem, Sopotem lub Gdynią.

Był jednak „okres błędów i wypaczeń”. Kilka spraw mi nie wyszło. Nie wyszło mi przede wszystkim stworzenie interaktywnej społeczności Czytelników skupionych wokół BTM. Może za mało się starałem. Założenie profilu na fejsbuku poprawiło sytuację, ale na przykład nie zdołałem Was mili moi nakłonić do szerszego udziału w ankiecie dotyczącej tożsamości mieszkańców trzech miast. (https://trzymiasta.wordpress.com/2013/09/03/trzy-miasta-rozne-spojrzenia/Szkoda, bo była to dla mnie jedna z nielicznych możliwości głębszej interakcji z Wami, a na przeprowadzenie szczegółowych badań terenowych nie mogę sobie pozwolić z przyczyn rozmaitych.
Ubolewam też, że na blogu króluje Gdańsk (zwłaszcza ostatnio), zdecydowanie mniej tu Gdyni, a stanowczo skandalicznie mało Sopotu. Obiecuję poprawę.

Gdybyście mieli jakiekolwiek uwagi, zażalenia, reklamacje dotyczące moich poczynań, zapraszam do dzielenia się nimi w komentarzach, na profilu fejsbukowym, albo mailowo: innewidoki@gmail.com.

Dziękuję za miniony rok, życzę Wam miłej lektury, a sobie zapału, wytrwałości i dobrych pomysłów. 

Sopocki epizod – dzieje archiwum Radiowej Agencji Solidarność

Jednym z elementów działalności propagandowej i dokumentalistycznej prowadzonej przez działaczy opozycji w latach 80. była funkcjonująca od 1980 r. Agencja Radiowa Solidarność. [1]

RAS, jak nietrudno się domyślić, działała oficjalnie do chwili wprowadzenia stanu wojennego. 13 grudnia jej archiwa zostały ukryte, a opinia publiczna „odzyskała” je ponownie w roku 2005. Wtedy to, w Gdańsku ówczesny wicemarszałek województwa pomorskiego Bogdan Borusewicz, otrzymał wszystkie taśmy z nagraniami zarejestrowanymi przez RAS. Przekazała mu je Barbara Cholewa-Dakowicz, która w noc stanu wojennego ukryła archiwum, i dzięki której nie trafiło ono w ręce bezpieki.

Tak pani Barbara, wtedy mieszkanka Sopotu, wspomina wydarzenia związane z zabezpieczeniem taśm:

W nocy 13 grudnia przybiegł do domu Mietek [brat, Mieczysław Cholewa – przyp. aut.] [2] i powiedział mnie i mężowi żebyśmy schowali archiwa. Wziął czapkę i rękawiczki i wybiegł z domu. To było już po pierwszej wizycie tajniaków. Schowaliśmy wszystkie taśmy w czarnym worku na śmieci w piwnicy między węglem, licząc, że bezpieka tam nie zajrzy. Był noc, więc kiedy przerzucaliśmy węgiel szuflą cały dom huczał. Na szczęście sąsiedzi nie zorientowali się, co robimy. Kiedy tajniacy przyszli kilka godzin później, drugi raz, siedzieli w domu i nie chcieli wyjść. Już wcześniej pokazali nam nakaz aresztowania Mietka i być może liczyli, że on wróci do domu. Kiedy w końcu poszli, rano przyszedł do nas brat Bogdana Borusewicza, żeby uprzedzić co się dzieje. W radio usłyszeliśmy też wystąpienie Jaruzelskiego. Zaczęliśmy zastanawiać się, co zrobić z archiwum schowanym w piwnicy. Istniało ryzyko, że cały dom zostanie dokładnie przeszukany i znajdą te taśmy.

Znajoma mojej mamy, pani Maria Koszarska – dziś już nieżyjąca – zaoferowała się, że znajdzie miejsce na przechowanie taśmy. Umówiłyśmy się z nią – ja i mama – w Sopocie, w kościele pod wezwaniem św. Andrzeja Boboli. To była ostra zima, na ulicach było dużo śniegu, ale nie miałyśmy żadnych sanek, więc wszystkie taśmy zapakowałyśmy do wózka dziecięcego, w którym woziłam mojego młodszego syna Konrada. Na wierzchu położyłam lalkę ubraną w czapkę i szalik, przykryłam ją kocem i tak wyruszyłyśmy do kościoła. Dobrze, że nikt nie zaoferował nam pomocy w przenoszeniu wózka przez zaspy, bo żaden wózek z dzieckiem tyle nie ważył, co ten nasz i ktoś mógłby się połapać, że w środku jest coś zupełnie innego niż niemowlak. Przed świątynią moja mama kazała mi zaczekać, a sama weszła do środka. Kiedy stałam na ulicy obok przechodził uzbrojony patrol ZOMO. Pot lał się ze mnie ciurkiem, zaczęłam nerwowo bujać wózkiem jakbym miała tam prawdziwe dziecko. Na szczęście zomowcy przeszli spokojnie dalej. Czekałam więc dalej i w pewnym momencie mama wybiegła z kościoła przerażona –  w środku nie było pani Koszarskiej. Zbliżała się godzina milicyjna, a my stałyśmy na środku chodnika w pierwszym dniu stanu wojennego z wózkiem wypchanym nielegalnymi materiałami. Miałyśmy w Sopocie znajomą, mamę mojej przyjaciółki szkolnej, która zawsze opowiadała jak to w czasie wojny bohatersko stawiała czoła przeciwnościom losu. Niestety, kiedy otworzyła nam drzwi i powiedziałyśmy z czym przychodzimy, spytała czy nikt za nami nie szedł. Bała się. Jasne było, że u niej archiwum nie możemy schować.

Przyszła mi do głowy inna kryjówka. Na ulicy Pstrowskiego mieszkał kiedyś mój kolega z dzieciństwa Roman. Zajechałyśmy tam z naszym wózkiem, a w mieszkaniu wyprawiane były akurat czyjeś urodziny. Od podwórka było wejście do piwnicy, kolega męża pozwolił nam schować w niej wózek. Zresztą ten wózek nasz syn „odziedziczył” po jego córce. Parę dni później poszłam tam i spotkałam mamę tego znajomego, panią Rysię. Na mój widok krzyknęła „Baśka, ja cię zabiję!” Jak się okazało, wcale nie chodziło jej o nielegalne archiwum przechowywane pod jej dachem. W razie czego, zawsze mogła się wyłgać, że piwnica jest stale otwarta i ktoś je tam podrzucił. Pani Rysia, znała wózek, który należał do jej wnuczki i wiedziała, że teraz wożę w nim Konrada. „Mało zawału nie dostałam! Schodzę rano do piwnicy, bo chciałam węgla do pieca dorzucić, patrzę a tam znajomy wózek. Pierwsze co pomyślałam, to – Baśka dziecko zabiła i podrzuciła mi trupa.” Zabrałam stamtąd wózek, bo przecież nie mógł stać nie wiadomo jak długo w piwnicy. Okazuje się, że w takich chwilach człowiek nie myśli o różnych oczywistych sprawach.

Kolejny etap wędrówki wózka z taśmami „Solidarności” to schowek pod schodami w domu znajomego mojego taty. Przeleżały tam one trzy tygodnie aż ciotka mojego męża, która mieszkała w Gdyni na Falistej, zaoferowała, że przechowa je u siebie. Tak też się stało. O tym, gdzie są taśmy od tej pory wiedziała tylko ona i ja z mężem.

5 maja 1981 na imieniny mojej mamy Zofii, które obchodzone są 15 maja, przyjechał Jacek Fedorowicz ze znajomym radiowcem. Przez dwa tygodnie, siedzieli w mieszkaniu u cioci i kopiowali te taśmy. Potem cale to archiwum trafiło na pawlacz w przedpokoju mieszkania cioci i tak przeleżało kilkanaście kolejnych lat. Wreszcie ciocia poprosiła żeby je stamtąd zabrać, bo szykowała remont mieszkania. Przewieźliśmy wspólnie z mężem całe archiwum do Niemiec, ale trzymanie ich za granicą było bez sensu. Spytałam więc brata, komu je przekazać. Polecił Mirka Chojeckiego. W tym czasie nawiązałam jednak kontakt z Bogdanem Borusewiczem i ostatecznie to jemu przekazałam taśmy. On przekazał je dalej, do archiwum Polskiego Radia.

I taki to był epizod stanu wojennego. Z epizodów, postaw ludzkich, zbiegów zdarzeń i okoliczności tworzy się historia – Polski, miasta, regionu, dzieje rodzin i życiorysy poszczególnych uczestników wydarzeń. Historię oceniają przyszłe pokolenia, z życiorysów trzeba czasem rozliczyć się samodzielnie. Oby bilans był dodatni.

[1] http://www.wszechnica.solidarnosc.org.pl/?page_id=1751

[2] https://trzymiasta.wordpress.com/2013/12/17/sprawa-tw-rejtana/

%d blogerów lubi to: