Garść refleksji. I już

Dziś kilka prawd oczywistych i antystemowy wtręt, który z pewnością mieści się, niczym szyty na miarę, w kategorii „populizm”.

Prawda oczywista numer 1 czyli smutek butików

Bywa, że oczywistość dosięga nas zaskakująco w najbardziej oczywistych miejscach. Mnie dopadła kilka dni temu podczas rodzinnej włóczęgi po galerii handlowej. To nie były badania terenowe, a przecież poczułem w pewnym momencie, że jestem Inny wśród Obcych. Niby powinienem wpisywać się w tłum, z którym dla postronnego obserwatora stanowiłem jedność, tymczasem właśnie wcieliłem się w rolę obserwatora-uczestnika. Usiadłszy przy stoliku nieopodal jednego z licznych punktów gastronomii masowej, zacząłem przypatrywać się współplemieńcom. Mimochodem, z przyzwyczajenia, z góry, z dystansem, korzystając z doświadczeń własnych i zapożyczonych. Znałem ich nawyki, znałem ich język, nawet jeśli był to rosyjski.

Galeria handlowa to wędrówka. Stadna, indywidualna, w parach, w klanach, współpokoleniowa, lub generacyjnie jednolita. Ludzie przemieszczają się od jednego sklepiku do drugiego, po kolei, w poszukiwaniu konkretnego towaru – to ukierunkowane polowanie – albo przypadkowo, bez celu jakim powinien być ten czy inny, ale poszukiwany, pożądany produkt. W butikach, w jubilerach, w sportowych, w timobajlach i w plusach, orendżach, w komputerowych, w herbaciarniach, kawiarniach, w empikach i innych.

Zajmująca jest obserwacja tych pochodów, tych slalomów, tego snucia się i pędu. Przechodnie wydeptują ścieżki wśród innych ludzi, omijają sąsiadów, nie wchodzą sobie w drogę. Zachowują się jakby byli na obcym terytorium. I rzeczywiście, są. I ja też nie jestem u siebie. Mam dojmujące poczucie bycia w cudzym miejscu. Albo jeszcze dokładniej – w miejscu nie należącym do nikogo. Nie jest to nie-miejsce, choć Augé w galeriach handlowych widział ten nie-byt. Raczej właśnie miejsce niczyje. Paradoksalnie – nie porzucone, ale nie zamieszkałe. Zajęte – czasowo, cyklicznie, wydzierżawione. Dosłownie i w dowolnej metaforze. Ni to przestrzeń publiczna, ni antyprzestrzeń. Pełniąca rolę służebną wobec ludzi, a jakoś odczłowieczona. Pozbawiona ciepła, braterstwa. Wszyscy ci ludzie to nie wspólnota. To ciała obce, zręcznie się omijające. Czekają aż zwolni się stolik w fastfudzie, ławka, dostęp do schodów ruchomych. Pasaże w Riwierze, w Bałtyckiej, Madisonie, gdziekolwiek.

Prawda oczywista numer 2 czyli cykl roczny

Wiosna – sezon ogródkowy, obniżki na meble ogrodowe; Wielkanoc; lato – grill, wakacje – plaża, kąpielówki, sporty wodne, faktor numer 52; jesień – szkoła, posezonowa wyprzedaż szortów; zima – narty, sanki, łopaty do odśnieżania, opony, kurtki, czapki. Na Boże Narodzenie w listopadzie – kolędy, Mikołaje, dżingl bel, plastikowe bombki, zabawki od Disneya z Chin. Przechadzki, gonitwy, spacery, błędne koło, obłęd.

Prawda oczywista numer 3 czyli koniec człowieka intymnego

Lub może zwyczajnie, prywatnego. Ale do rzeczy. W trakcie opisanych wyżej obserwacji zdałem sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy, z której sprawę zdajemy sobie wszyscy choć nie jest to dla nas rzecz najważniejsza, spędzająca sen z powiek. I ja, i wszyscy ludzie zgromadzeni przypadkiem w obrębie galerii handlowej jesteśmy bezustannie podpatrywani, oglądani, oceniani – ten bezpieczny, ten stanowi zagrożenie. Frajer albo złodziej. W galerii śledzą nas kamery a właściwie ludzie z ochrony zatrudnieni do monitorowania terytorium. Poddajemy się temu, na ogół świadomie. Nie obserwujemy tego, że jesteśmy obserwowani. To słuszne i zbawienne jest przecież.

Obserwacja to proces trwały i oparty na strategii. Po części to strategia przetrwania, w znacznej mierze strategia zarządzania i kontroli. W każdym razie narzędzie władzy.

Krążąc po „galerii” – w tym przypadku Bałtyckiej, ale mogła to być dowolna „galeria” – obserwowałem punkty obserwacyjne. Jest ich niemało. Ogólne „galeryjne”, wewnętrzne „sklepowe”. Trudno znaleźć miejsce nie znajdujące się pod obserwacją. Jest ich trochę, ale ich funkcje w przemyśle „galeryjnym” są drugorzędne.

Kamery są też na parkingu „galerii”, na ulicy. Na kolejnej ulicy. Na ulicy głównej, na skrzyżowaniach.

W drodze do domu towarzyszą mi kamery. Wyobrażam sobie, że od galerii Bałtyckiej aż po Chełm czuwają nade mną ludzie ukryci przede mną. Ja nie mam gdzie się ukryć. Straciłem prywatność? Dwoistość. Jestem osobą publiczną i prywatną zarazem.

Czas na antysystemowy wtręt. Najpewniej też dość oczywisty.
Kamery, monitoring, czipy, kody, piny – to narzędzia systemu. System uznał, że w ten sposób może nas – obywateli – skutecznie kontrolować. A kontrola ma za cel zapewnienie sprawnego funkcjonowania systemu. System może wyłapywać jednostki lub grupy zagrażające jego funkcjonowaniu. Dzięki narzędziom to dość łatwe, choć i tak nie zawsze skuteczne. Ale system nie jest doskonały.

System uznał, że łatwiej, taniej, prościej jest zainstalować monitoring. System uznał, że socjalizacja całego gatunku nie jest możliwa. Socjalizacja na warunkach przyjętych przez system. System nie skupia się na nauczeniu nas uczciwości, lojalności, empatii, braterstwa itp. System jest zdania, że tego nie da się nauczyć wszystkich, zatem lepiej jest wszystkich kontrolować. (System natomiast skutecznie naucza zachowań konsumenckich.) Nieliczni groźni mają mniejsze szanse na kamuflaż kiedy system obserwuje nas od półki sklepowej aż po drzwi mieszkania. Taka jest cena edukacyjnej niewydolności systemu – system wie. Już mu niepotrzebni donosiciele. To moralne zwycięstwo systemu.

 

Reklamy

Opowiadanie na czas przeprowadzki – II

Minęło sześć tygodni od przeprowadzki na Chełm, a ja zwlekam z napisaniem tego tekstu, bo obserwacje jakimi się podzielę nie napawają mnie szczególnym optymizmem…

Po pierwsze – większą część życia spędziłem w mieście. Niestety, tylko kilka miesięcy w wielkopłytowym bloku na peerelowskim osiedlu i było to w czasach bezrefleksyjnie rozrywkowych. Po drugie – Mój dom rodzinny, wprawdzie w stu procentach miejski, to była poniemiecka oldskulowa kamienica, w której mieszka się zupełnie inaczej niż w tzw. bloku. Pierwsze lata w Gdańsku też spędziłem w starym budynku w centrum miasta.

Po trzecie – efekt jest taki, że teraz kiedy mieszkam w bloku, wprawdzie powstałym w pierwszych latach „poprzełomowych”, na dużym (ba, gigantycznym!) osiedlu, nie mogę się przyzwyczaić ani do stylu życia, ani do otoczenia, ani do wynajmowanego mieszkania.

Mieszkanie standardowe trzypokojowe, za to z elementami „alterantywopodobnymi”. Drzwi się nie domykają, bo są wypaczone. Jak się domkną, to trzeba niezłą siłę przyłożyć żeby je otworzyć. Klamki wypadają, albo nie odskakują, bo ktoś nie zamontował sprężyn. W kuchni wywietrznik bez możliwości regulacji mocy dopływu strumieni powietrza – zimą trzeba go było zakleić niezawodną srebrną taśmą, bo było lodowato. Sama kuchnia wyposażona w podstawowe meble z płyty wiórowej. Itp. itd. Dla człowieka mieszkającego dotąd w jako-takich uwspółcześnionych warunkach i realiach, nienawykłego do życia w bloku – dramat.

Sam budynek, może być. O dziwo, sąsiadów nie słyszymy wcale. Nie znamy ich też za bardzo, mimo że budynek ma tylko cztery kondygnacje.

A co przed budynkiem? Trawniki, place zabaw i zbyt ciasne parkingi. Samochody zaparkowane gdzie się da. Jeśli nie ma już miejsca na parkingu przed blokiem to na jezdni, na chodnikach, na skrzyżowaniu. czasem trzeba złożyć lusterko żeby nie utrudniać życia sobie i sąsiadom. No a trawniki? Są, owszem. A na nich pełno psich odchodów. Jesteśmy jedyną rodziną, która sprząta psie kupy po swoim czworonogu nie tylko z chodnika, jeśli się przydarzy, ale i z trawników. W efekcie trawniki są po prostu obs…

Przez ostatnich kilkanaście lat mieszkałem na podmiejskim osiedlu z lat 90. Nasz budynek miał trzy piętra i powstał w 2000 roku. To też inna jakość. Miejsc parkingowych nie brakowało. Nieopodal było pole, z którego korzystały psy. Cisza, spokój, z dala od wielkomiejskiego zgiełku.

No i się człowiek odzwyczaił. Myślałem, że jestem miastowy z krwi i kości, w stu procentach. A tymczasem… na Chełmie wymiękam. Zdałem sobie sprawę z tego, że przez ostatnie lata ja tylko używałem miasta do różnych celów. Nie byłem „wtopiony” w to miasto. (Nie oszukujmy się, tak już zostanie, bo za jakiś czas znowu zamieszkam pod miastem. Mimo wszystko zawsze będę „obcym”.) Używałem sklepów, knajp, instytucji, obiektów kultury, przestrzeni pasażowych, biur, parkingów, przystanków i tego wszystkiego, co jest naprawdę publiczne w przestrzeni publicznej. Nawet będąc pracownikiem instytucji ulokowanych w mieście, byłem nadal użytkownikiem.

Czy będąc jedynie użytkownikiem, mogę mówić o utożsamianiu się z miastem jako „moim” miejscem? Myślę, że w pewnym stopniu i w pewnym znaczeniu, tak. Choć będzie to miało inny wymiar niż w przypadku stałych mieszkańców Chełmu, Żabianki czy Oruni itd. Z drugiej strony, moja rola jest podobna do roli „długotrwałego” obserwatora, który poznał już miejsce, społeczność, jej język, jej historię, wszedł w relacje z nią i stara się dociec, czego jeszcze nie wie, a powinien. I dowiaduje się co i rusz czegoś nowego. Także o sobie samym.

Jedno jest pewne – nadal badam i węszę, a co wywęszę, tym się z Wami podzielę.

Tożsamość tymczasowa i nowa tożsamość

paniKobieta na zdjęciu to Jadwiga Morawska, z domu Dominiczak. Jest córką najmłodszego w przedwojennej Polsce wójta, Edmunda Dominiczaka. Od 1977 roku mieszka w Sopocie, dokąd przeniosła się z Gdańska, w którym jej rodzina żyła od 1949. Wcześniej było wygnanie i kilka trudnych wojennych lat na Polesiu w Dąbrowie i Niemojkach, po tym jak Niemcy wysiedlili Dominiczaków z ich rodzinnego domu w Kościerzynie.

Pani Jadwiga opowiedziała mi historię swojego życia, a między innymi wspominała pierwsze chwile spędzone w Gdańsku, do którego trafiła z rodzicami i rodzeństwem w grudniu 1949 roku.

– Bardzo wielu przyjaciół mojego ojca wróciło szybciej niż my do Kościerzyny – mówi pani Jadwiga. – Trzeba było podpisać kartę Eingedeutschte [trzecia kategoria Volkslisty; osoby autochtoniczne, uznawane za częściowo spolonizowane – Ślązacy, Kaszubi, Mazurzy i Polacy niemieckiego pochodzenia lub pozostający w związkach małżeńskich z Niemcami] i już można było wracać z wygnania do domu. Myśmy zostali do samego końca wojny, bo mój tatuś, patriota nie chciał prosić o łaskę i zdradzać Ojczyzny. Podróż powrotna była długa, ciężka i odbyliśmy ją w świńskich wagonach. Zastaliśmy nasz dom po powrocie w tragicznym stanie. Wszystko było rozwalone, bez okien. Zamieszkaliśmy więc najpierw w pobliżu dworca. Potem u przyjaciółki mojej mamy, a na końcu wróciliśmy na Hallera, czyli do dawnego, odremontowanego domu. Tatuś pracował i był znany w okolicy, poza tym był dobrym księgowym i dostał propozycję pracy w Gdańsku w zakładach chemicznych. Zamieszkaliśmy przy ulicy Grunwaldzkiej 46. Ojciec dostał mieszkanie służbowe.

Moja rozmówczyni naukę w szkole średniej kontynuowała w Topolówce. Z jej wspomnień wyłania się obraz trudnych stalinowskich czasów, w których nawet licealiści narażeni byli na represje za najdrobniejsze nieposłuszeństwa wobec władzy ludowej. Pani Jadwiga opowiada o trudnym roku 1968, kiedy idąc z synem po ulicy dostała się pod milicyjne pałki, mówi o roku 1970 i innych ważnych momentach w jej życiu i życiu miasta. Ale w 1977 roku, po 27 latach, kończy się jej gdańska historia i aż chciałoby się zapytać, o z jej gdańska tożsamością. Owa tożsamość została zachowana, ale dziś już raczej jako wspomnienie pewnego zamkniętego etapu w życiu. Była zatem ledwie etapem. Miała cechy trwałe, ale okazała się tymczasowa. Dzieje rodziny Dominiczaków od 1949 roku, to dzieje „nowych gdańszczan”, którzy nie mieli gdańskiej przeszłości, wspomnień, punktów odniesienia. Wszystko musieli stworzyć od nowa, a niektórzy z nich – jak pani Jadwiga – zamknąć w pewnym momencie życia.

Przychodzą mi na myśl inne opowieści, zasłyszane od Benedykta Wietrzykowskiego, prezesa Stowarzyszenia Gdynian Wysiedlonych. Pan Benedykt opowiadał mi o tragediach całych rodzin, heroicznej walce o przetrwanie z dala od domów, powrotach do rodzinnego miasta. Bo Gdynia, w przeciwieństwie Gdańska, była dla powojennych mieszkańców najczęściej domem w pierwszym lub drugim nawet pokoleniu. Oni odczuwali związek ze swoim miastem. Nowi Gdańszczanie, o czym pisze Stefan Chwin w eseju „Mity i prawdy gdańskiej pamięci”, nie czuli żadnych związków ani z miastem, ani z jego dawnymi mieszkańcami, którzy przecież w znacznej części byli znienawidzonymi Niemcami, a których właśnie udało się wypędzić z ziem „nierozerwalnie związanych z Polską” jak chciała ówczesna propaganda. I tak, o ile gdynianie, mieli własna lokalną przeszłość, o tyle gdańszczanie przywieźli nad Motławę tysiące osobistych, indywidualnych historii, związanych wprawdzie koszmarem wojny, ale wywodzących się z różnych miejsc, różnych małych ojczyzn. Dopiero na tym gruncie miała się pobudować tożsamość gdańszczan.

Co ciekawe, obie te społeczności, (a przy tym nie należy zapominać o mieszkańcach Sopotu, którzy często byli w podobnej do gdańszczan sytuacji choć w mieście pozostała grupka przedwojennych Polaków), zaczynały odrębne życie na bazie dwóch odrębnych legend jakie konstruowały peerelowskie władze na użytek propagandy i rewizji niewygodnej historii.

W latach 50. Coś zaczęło się zmieniać – pojawiający się coraz częściej zwrot „trójmiasto” stanowił element łączący Gdańsk, Sopot i Gdynię. Nawet jeśli w umowny, nieskonsolidowany organizm, to przynajmniej w organizm rdzennie polski i na polskim gruncie wyrosły, do którego mogli odwoływać się mieszkańcy trzech miast, dotąd żyjący odrębnie. Ale odrębność pozostała, bo – jak wspomniałem – nowe legendy dwóch miast były różne, różne były doświadczenia ich mieszkańców i odmienna rodziła się tożsamość w Gdańsku i Gdyni. Mam wrażenie, że o gdańskiej tożsamości (wychodzącej poza granice wyznaczone przez PRL) zaczęto mówić bardzo późno, gdzieś w okolicach „Weisera Dawidka”, bo „Blaszany bębenek” początkowo takiej siły przebicia w świadomości gdańszczan chyba nie miał. Tożsamość gdyńska była tyleż romantyczna, co peerelowska. Najpierw był port i sukcesy gospodarcze – legenda polskiej (PRL) potęgi morskiej. „Miasto z morza”, jego początki i inny odcień romantyzmu, zafunkcjonowało w świadomości mieszkańców znacznie później u progu nowego stulecia.

Dziś oba te nurty tożsamości są bardzo intensywnie eksploatowanie przez wielbicieli lokalności i historii. Mam wrażenie, że „do wyczerpania zapasów” albo nasycenia przestrzeni i umysłów. Czy za kilka, kilkanaście lat mieszkańcy Gdańska, Sopotu i Gdyni będą budować swoje własne mity i własne tożsamości miejsc w oparciu o nowe punkty wyjścia/zwrotne? Co w takim razie będzie nowym tworzywem? A może lokalne społeczności coraz bardziej obywatelskie działające na rzecz określonych grup i miejsc i świadome swojej roli i potencjału? Paradoksalnie to właśnie one mogą z czasem doprowadzić (wymusić) do powstania spójnej logistycznie i przyjaznej ludziom aglomeracji, choć do Trójmiasta przez duże „T” wciąż będzie daleko.

Włóczęgi miejskie

IMGP5143Studenci dobrych uczelni uczęszczający na wykłady z antropologii miasta mogą zapoznać się między innymi z takimi zagadnieniami jak kulturowe strategie poznawania miasta czy sensoryczne pejzaże, dla których bazę stanowi antropologia zmysłów. To oczywiście tylko drobny wycinek motywów podejmowanych przez wykładowców, ale za to szczególnie interesujący w kontekście relacji mieszkaniec – miasto.

Te relacje zachodzą zawsze i w każdym mieście. Nie inaczej jest w Gdańsku. Od kilkunastu lat można zaobserwować nasilenie zainteresowania gdańszczan swoim miastem, jego architekturą, historią, przestrzenią publiczną, czy nawet poszczególnymi ulicami i dzielnicami.

Owo zainteresowanie wzmogło się dzięki literaturze. Zaczęło się bez wątpienia od „Blaszanego bębenka” Güntera Grassa. Potem byli Paweł Huelle („Weiser Dawidek”) i Stefan Chwin („Hanneman”). Ich wspomnienia wspomnienia i opisy czasów wojny i pierwszych lat powojennych, stanowiły inspirację, swoisty czynnik zapalny i były użyteczne dla tych, którzy odkryli Gdańsk na nowo, odkryli swoje miasto dla siebie, razem z jego historią i artefaktami architektonicznymi i tymi rozumianymi w sposób tradycyjny. Co ciekawe, mam wrażenie, że niebagatelny nurt „opisywania Gdańska” przez autorów skupiających się na tworzeniu książek historycznych w pełnym tego słowa znaczeniu, etnograficznych czy tylko popularyzujących gdańską historię jak Andrzej Januszajtis albo Jerzy Samp i Edmund Szczesiak, nie wywarł takiego wpływu na samoświadomość historyczną i tożsamościową gdańszczan jak przykłady z literatury „komercyjnej”. Kto wie, może właśnie ten komercyjny element – troska wydawcy o nagłośnienie publikacji i dobrą sprzedaż – miał tu pewne znaczenie?

Tak czy inaczej, rozpoznawanie terenu za sprawą i za pomocą literatury jest znaczącym przykładem kulturowej strategii poznawania miasta. Jeśli chodzi o kino ów dorobek jest znacznie uboższy i nawet adaptacje niektórych dzieł wymienionych wyżej autorów tej luki nie wypełniają. Poza „Wolnym miastem”, „Do widzenia, do jutra”, „Człowiekiem z żelaza”, trudno wymienić wybitne filmy przybliżające gdańszczanom ich własne miasto. Mimo że filmów w gdańskich plenerach trochę nakręcono.

Za „gdańska literaturą” poszło zainteresowanie 20-leciem międzywojennym oraz życiem w Wolnym Mieście. Szerszy kontekst historii miasta odkryli przed gdańszczanami (w mojej opinii) dwaj autorzy – historycy, piszący książki z definicji historyczne, choć niekoniecznie w sztywnym naukowym sztychu. To Peter Olivier Loew i Piotr Perkowski. Chwała im za to.

Zainteresowanie historią Gdańska przełożyło się na kolejną strategię kulturowego poznawania – miejską włóczęgę. Stąd tak wiele spacerów po konkretnych kwartałach Gdańska, ulicach, fragmentach dzielnic. I nie są to typowe konwencjonalne „spacery z przewodnikiem”, bo choć przewodnicy i przewodniczki biorą w nich udział, to nie oprowadzają po mieście turystów z Niemiec czy z Wrocławia, ale swoich sąsiadów, znajomych, ewentualnie miłośników miasta zrzeszonych na tych samych co i oni forach internetowych. Takie spacery organizują m.in. iBedeker, Partnerstwo dla Biskupiej Górki i inne zrzeszenia.

Historia Gdańska naznaczona jest symbolizmem. Niektóre miejsca w mieście są symbolami nie tylko dla mieszkańców, ale można by rzec, dla całego świata. Myślę oczywiście o Stoczni Gdańskiej. Bez środowiska twórców i animatorów kultury Kolebka zniknęłaby z naszych prywatnych map mentalnych jeszcze szybciej niż znika teraz z rzeczywistej przestrzeni miasta. Kolonia Artystów i wywodzący się z niej twórcy jak Iwona Zając czy Michał Szlaga, wciąż utrzymują Stocznię w naszej zbiorowej świadomości. Ale są i tacy, którzy po Stoczni „po prostu” się włóczą. Subiektywna Linia Autobusowa, Projekt Metropolitanka – to włóczędzy i ich goście. Opowieści o Stoczni. Najczęściej subiektywne, bywa że przekalkowane z powszechnie funkcjonujących mitów. Ale zawsze warto powłóczyć się po Stoczni, bo inaczej niż przez osobiste „własnoręczne” dotknięcie się jej nie pozna.

Można oczywiście poznawać przez pryzmat sztuki. Wydawałoby się, nic prostszego i bardziej klasycznego. Ale jeśli można przejść szlakiem murali ozdabiających blokowisko na Zaspie i to w dodatku z licencjonowanym przewodnikiem, który o tych muralach wie wszystko, sprawa nie jest już taka banalna i przy okazji doskonale wpisuje się w kulturowe włóczęgostwo i odkrywanie miasta na nowo. Podobną rolę, moim zdaniem, pełnią doroczne spacery z artystami podczas festiwalu FETA. To czas, kiedy niektóre ulice odkrywamy na nowo.

Na gdańskim gruncie wyrosły organizacje skupiające społeczników zaangażowanych w swoje małe ojczyzny – dzielnice, ulice, podwórka. Znają historię swoich miejsc, walczą na różne sposoby o jak najlepsze zagospodarowanie przestrzeni miasta, uczynienie jej użyteczną i funkcjonalną. Myślę, że egzotyka odkryć okalającej ich przestrzeni i historii miesza się dla nich z codziennością i jej wykuwaniem. Przestrzeń publiczna z prywatną. Heterotopie i palimpsesty.

To wszystko jest równocześnie tworzeniem sensorycznych pejzaży. Miasto można zobaczyć, dotknąć. Mniej zwracamy uwagę na to, co słyszymy, a już chyba całkiem niewiele na to, czego możemy posmakować. Wyprawy gastronomiczne, jeśli ktoś organizuje to raczej w trybie indywidualnym i nie opowiada o tym w internecie, poza krótkimi wzmiankami na kulinarnych blogach. Uważam, że ten nurt zmysłowej wędrówki po mieście wart jest nagłośnienia i upowszechnienia.

Podsumowując wrócę do punktu wyjścia, nie da się nie zauważyć, że gdańszczanie coraz chętniej, z większym zaangażowaniem, interesują się swoim miastem. Chcą kształtować własną przestrzeń, chcą poznawać historię, chcą mieć wpływ na miejską politykę.

Dzieje się tak, bo to ma znaczenie dla ich tożsamości. Zaś poczucie tożsamości pozwala odpowiedzieć na kilka najbardziej podstawowych pytań jakie ludzie sobie stawiają – Kim jestem i co tu robię? Dlaczego i w jakim celu? Poznanie odpowiedzi czyni życie łatwiejszym.

%d blogerów lubi to: