Sopocki epizod – dzieje archiwum Radiowej Agencji Solidarność

Jednym z elementów działalności propagandowej i dokumentalistycznej prowadzonej przez działaczy opozycji w latach 80. była funkcjonująca od 1980 r. Agencja Radiowa Solidarność. [1]

RAS, jak nietrudno się domyślić, działała oficjalnie do chwili wprowadzenia stanu wojennego. 13 grudnia jej archiwa zostały ukryte, a opinia publiczna „odzyskała” je ponownie w roku 2005. Wtedy to, w Gdańsku ówczesny wicemarszałek województwa pomorskiego Bogdan Borusewicz, otrzymał wszystkie taśmy z nagraniami zarejestrowanymi przez RAS. Przekazała mu je Barbara Cholewa-Dakowicz, która w noc stanu wojennego ukryła archiwum, i dzięki której nie trafiło ono w ręce bezpieki.

Tak pani Barbara, wtedy mieszkanka Sopotu, wspomina wydarzenia związane z zabezpieczeniem taśm:

W nocy 13 grudnia przybiegł do domu Mietek [brat, Mieczysław Cholewa – przyp. aut.] [2] i powiedział mnie i mężowi żebyśmy schowali archiwa. Wziął czapkę i rękawiczki i wybiegł z domu. To było już po pierwszej wizycie tajniaków. Schowaliśmy wszystkie taśmy w czarnym worku na śmieci w piwnicy między węglem, licząc, że bezpieka tam nie zajrzy. Był noc, więc kiedy przerzucaliśmy węgiel szuflą cały dom huczał. Na szczęście sąsiedzi nie zorientowali się, co robimy. Kiedy tajniacy przyszli kilka godzin później, drugi raz, siedzieli w domu i nie chcieli wyjść. Już wcześniej pokazali nam nakaz aresztowania Mietka i być może liczyli, że on wróci do domu. Kiedy w końcu poszli, rano przyszedł do nas brat Bogdana Borusewicza, żeby uprzedzić co się dzieje. W radio usłyszeliśmy też wystąpienie Jaruzelskiego. Zaczęliśmy zastanawiać się, co zrobić z archiwum schowanym w piwnicy. Istniało ryzyko, że cały dom zostanie dokładnie przeszukany i znajdą te taśmy.

Znajoma mojej mamy, pani Maria Koszarska – dziś już nieżyjąca – zaoferowała się, że znajdzie miejsce na przechowanie taśmy. Umówiłyśmy się z nią – ja i mama – w Sopocie, w kościele pod wezwaniem św. Andrzeja Boboli. To była ostra zima, na ulicach było dużo śniegu, ale nie miałyśmy żadnych sanek, więc wszystkie taśmy zapakowałyśmy do wózka dziecięcego, w którym woziłam mojego młodszego syna Konrada. Na wierzchu położyłam lalkę ubraną w czapkę i szalik, przykryłam ją kocem i tak wyruszyłyśmy do kościoła. Dobrze, że nikt nie zaoferował nam pomocy w przenoszeniu wózka przez zaspy, bo żaden wózek z dzieckiem tyle nie ważył, co ten nasz i ktoś mógłby się połapać, że w środku jest coś zupełnie innego niż niemowlak. Przed świątynią moja mama kazała mi zaczekać, a sama weszła do środka. Kiedy stałam na ulicy obok przechodził uzbrojony patrol ZOMO. Pot lał się ze mnie ciurkiem, zaczęłam nerwowo bujać wózkiem jakbym miała tam prawdziwe dziecko. Na szczęście zomowcy przeszli spokojnie dalej. Czekałam więc dalej i w pewnym momencie mama wybiegła z kościoła przerażona –  w środku nie było pani Koszarskiej. Zbliżała się godzina milicyjna, a my stałyśmy na środku chodnika w pierwszym dniu stanu wojennego z wózkiem wypchanym nielegalnymi materiałami. Miałyśmy w Sopocie znajomą, mamę mojej przyjaciółki szkolnej, która zawsze opowiadała jak to w czasie wojny bohatersko stawiała czoła przeciwnościom losu. Niestety, kiedy otworzyła nam drzwi i powiedziałyśmy z czym przychodzimy, spytała czy nikt za nami nie szedł. Bała się. Jasne było, że u niej archiwum nie możemy schować.

Przyszła mi do głowy inna kryjówka. Na ulicy Pstrowskiego mieszkał kiedyś mój kolega z dzieciństwa Roman. Zajechałyśmy tam z naszym wózkiem, a w mieszkaniu wyprawiane były akurat czyjeś urodziny. Od podwórka było wejście do piwnicy, kolega męża pozwolił nam schować w niej wózek. Zresztą ten wózek nasz syn „odziedziczył” po jego córce. Parę dni później poszłam tam i spotkałam mamę tego znajomego, panią Rysię. Na mój widok krzyknęła „Baśka, ja cię zabiję!” Jak się okazało, wcale nie chodziło jej o nielegalne archiwum przechowywane pod jej dachem. W razie czego, zawsze mogła się wyłgać, że piwnica jest stale otwarta i ktoś je tam podrzucił. Pani Rysia, znała wózek, który należał do jej wnuczki i wiedziała, że teraz wożę w nim Konrada. „Mało zawału nie dostałam! Schodzę rano do piwnicy, bo chciałam węgla do pieca dorzucić, patrzę a tam znajomy wózek. Pierwsze co pomyślałam, to – Baśka dziecko zabiła i podrzuciła mi trupa.” Zabrałam stamtąd wózek, bo przecież nie mógł stać nie wiadomo jak długo w piwnicy. Okazuje się, że w takich chwilach człowiek nie myśli o różnych oczywistych sprawach.

Kolejny etap wędrówki wózka z taśmami „Solidarności” to schowek pod schodami w domu znajomego mojego taty. Przeleżały tam one trzy tygodnie aż ciotka mojego męża, która mieszkała w Gdyni na Falistej, zaoferowała, że przechowa je u siebie. Tak też się stało. O tym, gdzie są taśmy od tej pory wiedziała tylko ona i ja z mężem.

5 maja 1981 na imieniny mojej mamy Zofii, które obchodzone są 15 maja, przyjechał Jacek Fedorowicz ze znajomym radiowcem. Przez dwa tygodnie, siedzieli w mieszkaniu u cioci i kopiowali te taśmy. Potem cale to archiwum trafiło na pawlacz w przedpokoju mieszkania cioci i tak przeleżało kilkanaście kolejnych lat. Wreszcie ciocia poprosiła żeby je stamtąd zabrać, bo szykowała remont mieszkania. Przewieźliśmy wspólnie z mężem całe archiwum do Niemiec, ale trzymanie ich za granicą było bez sensu. Spytałam więc brata, komu je przekazać. Polecił Mirka Chojeckiego. W tym czasie nawiązałam jednak kontakt z Bogdanem Borusewiczem i ostatecznie to jemu przekazałam taśmy. On przekazał je dalej, do archiwum Polskiego Radia.

I taki to był epizod stanu wojennego. Z epizodów, postaw ludzkich, zbiegów zdarzeń i okoliczności tworzy się historia – Polski, miasta, regionu, dzieje rodzin i życiorysy poszczególnych uczestników wydarzeń. Historię oceniają przyszłe pokolenia, z życiorysów trzeba czasem rozliczyć się samodzielnie. Oby bilans był dodatni.

[1] http://www.wszechnica.solidarnosc.org.pl/?page_id=1751

[2] https://trzymiasta.wordpress.com/2013/12/17/sprawa-tw-rejtana/

Reklamy
%d blogerów lubi to: