Gdynia – budżet obywatelski

Untitled

Uwaga! Uwaga! Po raz pierwszy (o ile mi wiadomo) w naszej lokalnej, niekomercyjnej blogosferze rozmowa z przedstawicielem oficjalnych władz samorządowych. Z wiceprezydentem Gdyni, Michałem Guciem, rozmawiam o budżecie obywatelskim w tym mieście.

Dariusz Olejniczak: Proponuję zacząć naszą rozmowę od tego, o czym ostatnio głośno w mediach. Gdynia, jako trzecie z miast aglomeracji, będzie miała budżet obywatelski. Dlaczego wersja zaproponowana przez władze miasta jest mniej odważna od tej z jaką wystąpili opozycyjni radni PiS?

Michał Guć: Aby odpowiedź na to pytanie była pełna, proponuję lekturę artykułu Marty Sieciarek [linki do tekstów na dole; przyp. aut.], która na łamach portalu Respublika.pl. pisze o „mieliznach” budżetu obywatelskiego. Dziś mamy do czynienia ze zmasowanym naciskiem medialnym by wprowadzić taki budżet w mieście. Dla dziennikarzy nie ważne jak, ważne by był. Nie jest podejmowana dyskusja o to jaki jest cel, co chcemy osiągnąć i jakie są konsekwencje takiego budżetu. W takiej „logice”, faktycznie można tylko licytować się, kto da mieszkańcom więcej, a najlepszy będzie taki samorząd, który podzieli cały swój budżet pomiędzy mieszkańców. Jak ktoś ma dzieci w szkole, to będzie chciał przeznaczyć fundusze na szkołę, a jak ktoś inny ma samochód, zagłosuje za inwestycjami drogowymi. Tymczasem pani Sieciarek pokazuje, że samo wprowadzenie budżetu obywatelskiego nie oddaje możliwości podejmowania decyzji w ręce obywateli, ale w ręce pewnych elit, grup ludzi, którzy są lepiej zorientowani, sprawniejsi, lepiej się organizują, poruszaja w problematyce miejskiej. Uważam mówienie o tym, że jeśli któryś samorząd przeznaczy więcej pieniędzy na ten rodzaj budżetu, to jest lepszym samorządem od innych, za nieporozumienie.

Z drugiej strony są pola, na których chcemy by to właśnie jednostki bliższe mieszkańcom mogły podejmować decyzje. Podam przykład. Wspólnie z radnymi miasta przygotowaliśmy trzy lata temu projekt, który sprawił, że teraz 9 milionów złotych rocznie przeznaczanych jest na inwestycje drogowe, a ich planowanie zostało przekazane w kompetencje rad dzielnic. Uznaliśmy, że tak będzie lepiej, bo to rady dzielnicy są bliżej mieszkańców. To radni dzielnicowi powinni w ramach dialogu z ludźmi decydować, która ulica wymaga najpilniejszej modernizacji. Wcześniej radni miasta jeździli, dokonywali podziałów na ogół mówili na przykład: „skoro tu, na Chyloni robimy jedną ulicę, to gdzie indziej też trzeba zrobić jakąś ulicę”. Oddaliśmy to radom dzielnic w ramach eksperymentu i za rok – po upływie kadencji – ocenimy jego efekty.

Taka pierwsza gdyńska wersja budżetu obywatelskiego?

Według mnie sytuacja, kiedy oddajemy kompetencje prezydenta, rady gminy do rad dzielnic i kładziemy nacisk na konsultacje, to też jest budżet obywatelski, ale tworzony nie na zasadzie „kto zbierze więcej zwolenników, tego projekt wygra”. Doświadczenia innych samorządów pokazują, że w niektórych miastach w wyniku wprowadzenia powszechnego głosowania na inwestycje, okazywało się że skate-park urastał do rangi najważniejszej inwestycji. Po prostu młodzież skrzykiwała się na portalach społecznościowych i byłą w stanie najskuteczniej forsować swój projekt. Nie mam nic przeciwko skate-parkom i aktywności młodych ludzi, ale w budżecie obywatelskim chodzi o zachowanie pewnej równowagi pomiędzy potrzebami różnych grup mieszkańców. Dlatego nasz projekt budżetu obywatelskiego zakłada, że będzie on osadzony na szczeblu rad dzielnic. To one przeprowadzą spotkania i dyskusje. Mieszkańcy będą mogli porozmawiać i zdecydować, która inwestycja jest najważniejsza dla lokalnej społeczności. Ludzie sami zdecydują też czy zasadne jest łączenie kilku projektów odnoszących się do tego samej inwestycji, albo czy nie należałoby ograniczyć zbyt rozbudowanych projektów do mniejszych form, w których będą one możliwe do realizacji.

No dobrze, ale wróćmy do powściągliwości władz i rozrzutności opozycji…

Bez względu na to, jaką kwotę oddamy radom dzielnic, to opozycja zadeklaruje więcej. Oni robią to, bo wiedzą, że ich pomysły i tak nie mają szans być przyjęte, ale liczą na popularność „dobrego wujka”. My z kolei wszelkie projekty musimy analizować, gdyż wiemy że będziemy rozliczani z tego, co zrobimy dla ludzi. Dlatego nasze propozycje są realistyczne.

Jak obliczacie realizm tej czy innej inwestycji albo zasady działania budżetu obywatelskiego?

Próbujemy przewidzieć konsekwencje każdego rozwiązania. Uczymy się też na doświadczeniach innych – zarówno dobrych, jak i złych. Nie chcemy na przykład powtórzyć błędów Sopotu, gdzie projekty w ramach budżetu obywatelskiego zostały wybrane przez mieszkańców, a teraz ci sami mieszkańcy są sfrustrowani, gdyż nic się nie dzieje. Dając możliwość głosowania na wszelkie rodzaje przedsięwzięć, nikt nie uświadomił Sopocianom, że przygotowywanie poważniejszych inwestycji trwa latami. Mieszkańcy nie wiedzą, że postawienie kilku latarni to droga najeżona czasochłonnymi formalnościami do pokonania. Zaczyna się od decyzji o lokalizacji inwestycji celu publicznego, potem jest projekt techniczny, uzgodnienia projektowe w rozmaitych instytucjach, pozwolenie na budowę, przetarg na wykonawcę, ewentualne procedury odwoławcze. Dopiero potem realna realizacja przedsięwzięcia, po niej odbiory techniczne, czasem jeszcze pozwolenie na użytkowanie. Z najprostszej inwestycji robi się zadanie na ponad połowę kadencji samorządu. W tym czasie ludzie zdążą zapomnieć, na co głosowali albo są sfrustrowani, nie widząc efektu swojej obywatelskiej aktywności. Szukamy więc w Gdyni na początek takich rodzajów przedsięwzięć, przy których ludzie będą mieli poczucie, że to co wybrali, jest realizowane i pojawia się w przestrzeni dzielnicy. Jest akcja i jest szybka reakcja. Wtedy budżet obywatelski ma sens. Przedsięwzięcia rozwleczone na lata tylko ludzi zniechęcą.

A co do tych przedsięwzięć, ich zakres w Gdyni będzie ograniczony. Festyn dzielnicowy nie zmieści się w ramach budżetu obywatelskiego?

Nie. Ale mamy na to przeznaczone niemałe fundusze w budżetach, którymi dysponują rady dzielnic. To dwa miliony na takie cele w skali roku. Są też konkursy dzielnicowe, w których można ubiegać się o środki na takie cele, w ramach „Gdyni po godzinach” czy „Kultury w dzielnicy”. Nie przekażemy też do budżetu obywatelskiego kwestii dróg, bo to właśnie przykład inwestycji ciągnących się w czasie. Ponadto przekazując sprawę dróg do budżetu obywatelskiego, pozbawilibyśmy rady dzielnic najważniejszych kompetencji. Właściwie moglibyśmy je rozwiązać. Nie po to budowaliśmy środowiska ludzi zaangażowanych w pracę na rzecz swoich małych społeczności, żeby to teraz tłamsić nierozważnymi działaniami.

No ale drogi to inwestycje długotrwałe. Ani samorząd miasta, ani rady dzielnic nie obawiają się o kłopoty przy ich realizacji w takim trybie?

Mamy w Gdyni ten komfort, że możemy planować w dłuższej perspektywie. Nie musimy się spieszyć w obawie, że jeśli teraz czegoś nie zrobimy, to w przyszłym roku może nam już to nie być dane. Raczej możemy zakładać, że obecnie podjęte przedsięwzięcia będą kontynuowane.

Porównując budżety obywatelskie w Sopocie i Gdańsku i ten gdyński projekt, można powiedzieć, że Gdynia chce iść własną drogą kształtując budżet obywatelski. Czy wasz pomysł na taki budżet można porównać do funkcjonującego już gdzieś w jakimś polskim mieście?

Miałem możliwość dyskusji o budżecie obywatelskim z samorządowcami z Dąbrowy Górniczej. Mam wrażenie, że ich przemyślenia są zbliżone do naszych. Nie podejmują w ramach budżetu obywatelskiego wielkich ogólnomiejskich inwestycji, przeprowadzają głosowania w mniejszych jednostkach terytorialnych. Uznają, że „koszula bliższa ciału”.

A w Gdańsku mieszkańcy będą głosować w okręgach wyborczych…

Politycznie jest to może uzasadnione, ale naszym zdaniem mieszkańca Gdyni-Dąbrowy mało interesuje, co zostało zrobione w Małym Kacku, a to przecież ten sam okręg wyborczy. Jakie ma znaczenie dla mieszkańca Witomina, że na Leszczynkach powstanie plac zabaw? Z drugiej strony doświadczenia konkursów dla rad dzielnic pokazują, że warto przewidzieć możliwość realizowania projektów międzydzielnicowych. Niedawno kilka rad dzielnic uznało, że warto stworzyć w lesie szlak do marszów „nordic walking”.  Kiedyś były w gdyńskich lasach takie ścieżki zdrowia z drabinkami do ćwiczeń i innymi prostymi przyrządami. Teraz z inicjatywy rad dzielnic odtwarzamy takie szlaki, które są wspólnym przedsięwzięciem kilku dzielnic. Dlatego w projekcie uchwały o budżecie obywatelskim przewidzieliśmy również daliśmy im więc taką możliwość. Jeśli zatem mieszkańcy Pogórza, Oksywia i Obłuża uznają, że chcą mieć wspólny teren rekreacyjny, bo w okolicy brakuje takiego miejsca, mogą się porozumieć i zaproponować taka inwestycję w miejscu najbardziej optymalnym dla mieszkańców dla tych trzech dzielnic. Wystarczy, że uzyskają akceptację mieszkańców swoich dzielnic.

A co z podziałem na projekty małe, dzielnicowe i duże, ogólnomiejskie jak na przykład szpital? Gdynia nie wprowadzi takiej dwutorowości?

Przy całej szacunku dla głosu mieszkańców – teza, że demokrację przedstawicielską trzeba zlikwidować jest mylna. To myślenie w kategoriach: „po co nam jakaś rada, jakiś prezydent – podzielmy miliardowy budżet Gdyni na 250 tysięcy mieszkańców, wyślijmy każdemu czek na 4 tysiące złotych i niech sobie ludzie rozporządzają tymi pieniędzmi”. Niestety, nie da się tak zarządzać miastem. Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której mamy pulę ogólnomiejską i mieszkańcy decydują – zbudujcie nam szpital. W Gdyni są dwa szpitale, ich sytuacja finansowa nie jest dobra, ale musielibyśmy zbudować kolejny. I co dalej? Skąd kontrakt z NFZ, skoro dziś pieniędzy nie starcza dla istniejących dwóch. Za jakiś czas taki szpital straszyłby popadając w ruinę.

Ale są różne metody głosowania nad ważnością i przydatnością inwestycji, punktowa skala ocen na przykład. Ludzie chyba wiedzą czego im najbardziej potrzeba…

Ale proszę pamiętać, że czym innym jest zagłosowanie na jeden projekt, który wydaje się nam interesujący, a czym innym próba spojrzenia na miasto jako całość, system w którym konsekwencje podjętych decyzji nie zawsze są oczywiste. Nie oczekujmy że każdy mieszkaniec nabędzie kompetencji menadżerskich i będzie podejmował decyzje uwzględniając od razu wszystkie uwarunkowania. Tego trzeba się uczyć. Dlatego chcemy by mieszkańcy zaczynali od spojrzenia na potrzeby z perspektywy swoich dzielnic, a nie od razu całego miasta. Będą mieli określony zakres projektów i będą zastanawiać się, co zrobić żeby jakość życia w ich najbliższym otoczeniu była lepsza. Nie wykluczam, że w którymś momencie rady dzielnic uznają, że nie będą zajmować się już inwestycjami ulicznymi i postanowią przekazać te kompetencje ogółowi mieszkańców. Dziś mieszkańcy co prawda uczestniczą w dyskusji, ale to rady dzielnic podejmują ostateczne decyzje co do dróg. Może za kilka lat wspólnie dojdziemy do tego, że można to zmienić.

Niebawem druga, dotycząca innych zagadnień, część rozmowy z wiceprezydentem Gdyni. Rozmawialiśmy m. in. o morskim charakterze miasta i jego potencjale sprawczym w aglomeracji. A teraz zachęcam jeszcze do poczytania tekstów, do których linki podaję niżej:

tekst Marty Siciarek

opinia Macieja Sandeckiego

i jeszcze jeden tekst Sandeckiego

konsultacje społeczne

Reklamy

Sopot potrzebuje zmian

Niedawno „Rzeczpospolita” opublikowała ranking samorządów. Jego opracowanie przytacza pokrótce portal trójmiasto.pl, kładąc nacisk na dobre  miejsce w tym zestawieniu naszych trzech miast. Niestety, opieram się na tekście lokalnego portalu, bo ogólnopolska redakcja każe sobie za pobranie pełnej wersji rankingu zapłacić. A takiej polityki informacyjnej w internecie Blog Trzech Miast nie popiera.

Z tego co pisze trójmiasto.pl i co można usłyszeć na filmie promującym zestawienie wynika, iż pierwsze miejsce w rankingu miast na prawach powiatu zajął Sopot, a Gdańsk był na drugiej pozycji. To bardzo ciekawe. W ustalaniu kryteriów brano pod uwagę m.in. zarządzanie miejskimi finansami w latach 2009-2012, pod uwagę brano także nakłady na gospodarkę mieszkaniową, średnią punktów z testu szóstoklasistów i gimnazjalistów, stopę bezrobocia, liczbę zarejestrowanych podmiotów gospodarczych oraz wysokość wydatków poniesionych na promocję.

Skoro Sopot wypadł tak dobrze, to warto poświęcić mu nieco uwagi. O rozmowę o mieście poprosiłem sopocianina, politologa dr Marcina Gerwina, współzałożyciela Sopockiej Inicjatywy Rozwojowej i propagatora wprowadzania w polskich miastach budżetu obywatelskiego. Rozmawialiśmy zanim jeszcze wyniki rankingu były znane. Trudno je podważać, ale dobrze jest zestawić efekt przedsięwzięcia gazety z miejską codziennością widzianą z perspektywy mieszkańców. Jako że jednym z wyróżników Sopotu jest fakt, że był on pierwszym polskim miastem, w którym wprowadzono budżet obywatelski, zaczynamy od tego właśnie od budżetu obywatelskiego.

———————–

m gerwin

Dr Marcin Gerwin

Dariusz Olejniczak: Sopot był pierwszym miastem, w którym mieszkańcy bez pośredników – radnych, urzędników – mogli zadecydować na co wydadzą część miejskich pieniędzy…
Marcin Gerwin: Tak. Przy czym dziś mamy w Sopocie do czynienia raczej z konsultacjami społecznymi niż z budżetem obywatelskim. Obecne procedury nie spełniają  kryteriów budżetu obywatelskiego z prawdziwego zdarzenia. Z drugiej strony Rada Miasta zrobiła wielką rzecz decydując się na wprowadzenie tego systemu, bo było to przedsięwzięcie pionierskie w skali kraju. Nikt wcześniej tego nie robił nie znaczy to jednak, że nasz system jest idealny czy nawet dobry.

D.O.: Dlaczego?

M.G.: Nie określono precyzyjnie kwoty, o wydaniu której mogą zadecydować mieszkańcy – przyjęte zostało, że są to „nie mniej niż 4 miliony zł” zamiast po prostu „4 miliony zł”. Pozostawia to prezydentowi pewną swobodę w ustalaniu wyniku głosowania, gdyż jeżeli spodobają mu się projekty wybrane przez mieszkańców, to może dać na nie więcej pieniędzy, a jeżeli mu się nie spodobają, wówczas ich nie przeznaczy. Z naszej perspektywy to nie powinno tak działać, decyzja o wyborze projektów powinna należeć do mieszkańców. Ponadto jakość spotkań z mieszkańcami pozostawia wiele do życzenia. Problemem jest to, że prowadzone są przez urzędników i radnych, gdyż sprawia to wrażenie, że mieszkańcy spotykają się z „władzą” w roli petentów, a nie o to chodzi. Powinny to być spotkania, na których mieszkańcy rozmawiają o sprawach swojej społeczności.

D.O.: Ale w ogóle ktoś chce z mieszkańcami rozmawiać, to chyba dobrze?

M.G.: Owszem, ale jakość tych spotkań jest kluczowa. Ważne jest także, czy coś z nich wynika. W niektórych sprawach zresztą tej chęci do dyskusji z mieszkańcami brakuje, jak w sprawie ustalania metody opłat za odpady. Przed przyjęciem pierwszej wersji – metody powierzchniowej – odbyło się tylko jedno spotkanie informacyjne dla mieszkańców, tuż przed sesją, na którym powiadomiono mieszkańców o rozwiązaniach, które wkrótce mają zostać przyjęte.

D.O.: Budżet obywatelski nie zaistniał w mieście z dobrej woli magistratu, prawda?

M.G.: Tak, pomysł wyszedł od nas. Jeszcze w poprzedniej kadencji szukaliśmy możliwości wprowadzenia go i korzystając z okazji zbliżających się wyborów spotkaliśmy się ze wszystkimi pięcioma kandydatów na prezydenta Sopotu. Okazało się, że czterech z nich było za budżetem obywatelskich. Niestety, wygrał ten piąty. Uruchomiliśmy więc plan B. Zwróciliśmy się do radnych, którzy w przed wyborami deklarowali poparcie dla budżetu obywatelskiego. I udało się. Radni przyjęli rezolucję, w której poparli wprowadzenie budżetu obywatelskiego, a potem powołana została komisja, która miała opracować jego zasady. Miało on wyglądać inaczej niż obecnie, chcieliśmy, na przykład, aby odbywały się Fora Mieszkańców. Prezydent włożył jednak kij w szprychy i wystartował z budżetem obywatelskim w swojej wersji.

D.O.: Po przyszłorocznych wyborach chcecie udoskonalić system?

M.G.: Tak. Na dziś wygląda na to, że trzeba będzie poczekać na wybory, gdyż szanse na współpracę z prezydentem i większością w radzie są raczej niewielkie.

D.O.: Na początku tego roku ukazała się „Diagnoza Społeczna i gospodarcza” dla Sopotu. Z lektury tego opracowania można odnieść wrażenie, że miasto przeżywa ogromny kryzys demograficzny, plagą na przykład jest emigracja z kurortu do innych ośrodków, choćby miast sąsiedzkich. Skoro jest tak źle, to co będzie z tym miastem za dekadę lub dwie?

M.G.: Wiele zależy od wyniku następnych wyborów. Byłoby świetnie, gdyby udało się zmienić skład rady Miasta. Potrzebujemy także zmiany na stanowisku prezydenta. Przede wszystkim od tego zależy, czy Sopot obierze bardziej obywatelski kurs. W ostatnich latach postawiono na wielkie inwestycje – na budowę Ergo Areny, remont przystani jachtowej i Opery Leśnej. Czy są to jednak priorytety z punktu widzenia mieszkańców? Zmarnowaliśmy wiele okazji, mogliśmy przeznaczyć pieniądze na poprawę jakości życia w Sopocie, na projekty ekologiczne. Przydałaby się poprawa jakości powietrza, bo choć Sopot ma formalnie status uzdrowiska, to w wielu mieszkaniach wciąż zimą pali się w piecach na węgiel.

D.O.: Kurort pełen życia…

M.G.: Sopot jest w ogóle pięknym miastem i ma ogromny potencjał. A wracając do pytania o nieodległą przyszłość – 10 lat w skali miasta to stosunkowo niewiele. Zasadniczo nie powinniśmy się martwić, gdyż bezrobocie w Sopocie należy do najniższych w kraju, hotele będą nadal funkcjonować, a turyści nadal będą przyjeżdżać. Żeby miasto podupadło musiałby się zdarzyć nie lada kryzys. Poza tym Sopot ma bardzo wypromowaną markę. Kiedy kilka lat temu remontowana była Opera Leśna i molo, dla turystów symbole miasta, a ludzie i tak tu przyjeżdżali.

D.O.: Sopot turystyką stoi. Branża się rozwija, czy możliwy jest jakiś regres, albo przynajmniej nasycenie rynku?

M.G.: W mojej ocenie  budowanie kolejnych hoteli w Sopocie jest zbędne. Więcej gości w Sopocie to większy tłok na Monciaku i na plaży, a każdy kolejny hotel to także wzrost lokalnej konkurencji. Nie wydaje mi się to potrzebne. Oprócz tego nowe hotele to także strata terenów, na których mogłyby powstać inwestycje społecznie użyteczne.

D.O.: Jeśli nie nowe hotele, to co?

M.G.: Według mojej wiedzy, sopocianie oczekują poprawy opieki zdrowotnej. Oddział opieki geriatrycznej, powstający w górnym Sopocie, to dobry pomysł. Podobnie dom seniora. Warto wspierać budowę mieszkań komunalnych, choć z mojej perspektywy te budynki powinny spełniać standardy ekologiczne. Zwłaszcza, że to są inwestycje gminne i takie standardy można łatwo wprowadzić. A poza tym, standardem powinno stać się projektowanie partycypacyjne z udziałem mieszkańców, zarówno w przypadku przestrzeni publicznej, na przykład parków, jak i przy nowych budynkach, które finansowane są z budżetu miasta.

D.O.: Jak rozumiem, mieszkańcy na te sfery wpływu nie mają?

M.G.: Przykładem braku wpływu jest choćby to, co stało się na placu Przyjaciół Sopotu. Jest to porażka nie tylko jeśli chodzi o zagospodarowanie przestrzeni, ale również przestrzeganie zasad demokratycznych. Nie odbyło się ani jedno spotkanie publiczne z mieszkańcami na ten temat. A przecież chodziło o plac w samym centrum Sopotu, na dole Monciaka. Spotkania komisji rady w godzinach pracy nie liczę. Teraz próbuje się ratować sytuację stawiając betonowe donice z roślinami.

D.O.: To rzeczywiście kiepski obraz budowy społeczeństwa obywatelskiego w mieście.

M.G.: Sopot ma szanse na budowanie społeczeństwa obywatelskiego, ale wciąż brakuje mieszkańcom okazji do tego, by się spotykać i rozmawiać o sprawach miasta. Wielu mieszkańcom zależy na zachowaniu uroku miasta i kiedy pojawia się konkretny temat, aktywizują się.

D.O.: A jeśli pewnego dnia przyjezdnych czy tak zwanych rezydentów będzie więcej niż rodowitych sopocian?

M.G.: Osoby, które mają tu drugie lub trzecie mieszkanie, nie będą miały wpływu na funkcjonowanie miasta, gdyż nie mają tu prawa wyborczego. Mamy tu inny problem – syndrom czarnych okien w listopadzie. To znaczna liczba pustych mieszkań, które zostały kupione np. jako lokata kapitału, a w których nikt faktycznie nie mieszka. Jest to konsekwencja prowadzonej do tej pory latach polityki. To nie wzięło się znikąd. Jeżeli budżet miasta jest domykany dzięki sprzedaży nieruchomości za maksymalnie wysoką cenę, to sama cena gruntu i prestiżowy wizerunek miasta sprawiają, że ceny mieszkań są wysokie. A przecież można tą przestrzeń zagospodarować w inny sposób, niekoniecznie sprzedając. Można zakładać parki, budować place zabaw… Ta szybka i niepotrzebna sprzedaż gruntów to jest właśnie przejaw neoliberalnej polityki, którą warto zmienić.

 ————————-

więcej informacji:
Sopocka Inicjatywa Rozwojowa
O budżecie obywatelskim
Dawny Sopot

%d blogerów lubi to: