Opowiadanie na czas przeprowadzki – II

Minęło sześć tygodni od przeprowadzki na Chełm, a ja zwlekam z napisaniem tego tekstu, bo obserwacje jakimi się podzielę nie napawają mnie szczególnym optymizmem…

Po pierwsze – większą część życia spędziłem w mieście. Niestety, tylko kilka miesięcy w wielkopłytowym bloku na peerelowskim osiedlu i było to w czasach bezrefleksyjnie rozrywkowych. Po drugie – Mój dom rodzinny, wprawdzie w stu procentach miejski, to była poniemiecka oldskulowa kamienica, w której mieszka się zupełnie inaczej niż w tzw. bloku. Pierwsze lata w Gdańsku też spędziłem w starym budynku w centrum miasta.

Po trzecie – efekt jest taki, że teraz kiedy mieszkam w bloku, wprawdzie powstałym w pierwszych latach „poprzełomowych”, na dużym (ba, gigantycznym!) osiedlu, nie mogę się przyzwyczaić ani do stylu życia, ani do otoczenia, ani do wynajmowanego mieszkania.

Mieszkanie standardowe trzypokojowe, za to z elementami „alterantywopodobnymi”. Drzwi się nie domykają, bo są wypaczone. Jak się domkną, to trzeba niezłą siłę przyłożyć żeby je otworzyć. Klamki wypadają, albo nie odskakują, bo ktoś nie zamontował sprężyn. W kuchni wywietrznik bez możliwości regulacji mocy dopływu strumieni powietrza – zimą trzeba go było zakleić niezawodną srebrną taśmą, bo było lodowato. Sama kuchnia wyposażona w podstawowe meble z płyty wiórowej. Itp. itd. Dla człowieka mieszkającego dotąd w jako-takich uwspółcześnionych warunkach i realiach, nienawykłego do życia w bloku – dramat.

Sam budynek, może być. O dziwo, sąsiadów nie słyszymy wcale. Nie znamy ich też za bardzo, mimo że budynek ma tylko cztery kondygnacje.

A co przed budynkiem? Trawniki, place zabaw i zbyt ciasne parkingi. Samochody zaparkowane gdzie się da. Jeśli nie ma już miejsca na parkingu przed blokiem to na jezdni, na chodnikach, na skrzyżowaniu. czasem trzeba złożyć lusterko żeby nie utrudniać życia sobie i sąsiadom. No a trawniki? Są, owszem. A na nich pełno psich odchodów. Jesteśmy jedyną rodziną, która sprząta psie kupy po swoim czworonogu nie tylko z chodnika, jeśli się przydarzy, ale i z trawników. W efekcie trawniki są po prostu obs…

Przez ostatnich kilkanaście lat mieszkałem na podmiejskim osiedlu z lat 90. Nasz budynek miał trzy piętra i powstał w 2000 roku. To też inna jakość. Miejsc parkingowych nie brakowało. Nieopodal było pole, z którego korzystały psy. Cisza, spokój, z dala od wielkomiejskiego zgiełku.

No i się człowiek odzwyczaił. Myślałem, że jestem miastowy z krwi i kości, w stu procentach. A tymczasem… na Chełmie wymiękam. Zdałem sobie sprawę z tego, że przez ostatnie lata ja tylko używałem miasta do różnych celów. Nie byłem „wtopiony” w to miasto. (Nie oszukujmy się, tak już zostanie, bo za jakiś czas znowu zamieszkam pod miastem. Mimo wszystko zawsze będę „obcym”.) Używałem sklepów, knajp, instytucji, obiektów kultury, przestrzeni pasażowych, biur, parkingów, przystanków i tego wszystkiego, co jest naprawdę publiczne w przestrzeni publicznej. Nawet będąc pracownikiem instytucji ulokowanych w mieście, byłem nadal użytkownikiem.

Czy będąc jedynie użytkownikiem, mogę mówić o utożsamianiu się z miastem jako „moim” miejscem? Myślę, że w pewnym stopniu i w pewnym znaczeniu, tak. Choć będzie to miało inny wymiar niż w przypadku stałych mieszkańców Chełmu, Żabianki czy Oruni itd. Z drugiej strony, moja rola jest podobna do roli „długotrwałego” obserwatora, który poznał już miejsce, społeczność, jej język, jej historię, wszedł w relacje z nią i stara się dociec, czego jeszcze nie wie, a powinien. I dowiaduje się co i rusz czegoś nowego. Także o sobie samym.

Jedno jest pewne – nadal badam i węszę, a co wywęszę, tym się z Wami podzielę.

Reklamy

Opowiadanie na czas przeprowadzki – I

Untitled

Pozwoliłem sobie sparafrazować tytuł zapożyczony od Pawła Huellego na potrzeby minicyklu, który niniejszym uruchamiam na Blogu Trzech Miast. Cykl ów – najpewniej kilka tekstów rozrzuconych nieregularnie po kalendarzu – to pewne novum dla mnie, choć bywały tu już teksty dwuodcinkowe. Teraz odcinków będzie pewnie więcej i będą poprzetykane być może tekstami zupełnie z serią niezwiązanymi. Chcę tu opisać – ni mniej, ni więcej – wrażenia z własnej przeprowadzki. Szczęśliwie wszystko jest antropologią, zatem Czytelnik wybaczy mi, mam nadzieję, tę odrobinę autorefleksji i prywaty.

Przeprowadzam się z opłotków Gdańska (wieś Kowale) do samego miasta(!) Dokładnie na Chełm. Nie jest to przeprowadzka na stałe, a tymczasowa. No i właśnie z tego powodu dziś kilka uwag/przemyśleń natury ogólnej.

Niby miasto ten Chełm, niby Gdańsk z cegły i pustaka. Niby ludzie z Gdańska i w Gdańsku, z Gdańskiem związani… ale czy ta dzielnica to jeszcze miasto, czy może już osiedle? Różnica jest spora i przed laty pisał o niej wspomniany wyżej Paweł Huelle (nie żebym był jakimś zagorzałym fanem, ale owszem, lubię):

„Zakład Osiedli Robotniczych jako inwestor nie odbudowywał (…) dzielnicy Głównego Miasta jako przyszłego, ruchliwego centrum wielkiego polis, ale jako Główne Osiedle. Różnica między „miastem” a „osiedlem” jest tymczasem fundamentalna. Miasto to zmienność, handel, koncentracja, rozrywka, gęstość, nieoczekiwane zdarzenia, osiedle natomiast to „substancja mieszkaniowa” oraz dodane do niej „funkcje zaopatrzeniowe i usługowe”, których ilość i jakość dekretowano na podstawie urzędniczej normy. Cechą miasta jest nieustanne napięcie, osiedla mieszkaniowego – spokój i senność.” („30 dni”, styczeń 1999)

Pisarz wypomina budowniczym powojennego Gdańska, że w tak zwanym centrum urządzili sypialnię zamiast tętniącego życiem miasta z prawdziwego zdarzenia. Co by nie powiedzieć, coś w tym jest, choć z czasem tempo życia w owej „sypialni” przyspieszyło i jeśli ktoś myśli dziś o Gdańsku to właśnie o owej osi rozpoczynającej się gdzieś w okolicach ul. Okopowej, a ciągnącej się przez Wrzeszcz, aż do parku w Oliwie. A Chełm? Przecież to osiedle w pełnym tego słowa znaczeniu. To nawet nie dzielnica, a właśnie osiedle. Jakby strefa odrębna od miasta, ze swoimi quasi podwórkami, parkingami, których jest za mało, wielkim bratem w postaci administrującej całością Spółdzielni i wreszcie blokami (różnej wysokości i długości, ale zawsze kojarzącymi się z osiedlem a nie z miastem).

Czym jest więc dzisiaj miasto? Czy, jak chce Huelle, koncentracją i gęstością (ludzi, sklepów, urzędów, pojazdów itp. itd.)? Czy może po prostu skupiskiem mieszkańców  funkcjonujących na co dzień w granicach administracyjnych miasta (z tendencjami do poszerzania się tu i ówdzie), których styl życia jest odmienny od stylu życia lokatorów podmiejskich domków, szeregowców czy wręcz wsi?

Czy mieszkańcy Chełmu mieszkają w mieście czy w terenie miastopodobnym? Jakby sprawy nie ugryźć, dzisiaj miasto to coś więcej niż zauważa Paweł Huelle. To także mapy mentalne, uczuciowe, sentymentalne oraz praktyczne/codzienne związki z owym „centrum”, o którym myślimy kiedy mówimy „Gdańsk”. O ile Chełm nie jest kwintesencją Gdańska (bo zakładamy, że dla świata zewnętrznego jest nią ul. Długa, Neptun, Motława itp.), o tyle jego mieszkańcy są gdańszczanami m. in. dlatego, że dla nich to miasto jest czymś więcej niż zestawem pocztówkowych atrakcji. Żyją w swoim odrębnym od centrum świecie, odciętym od niego drogami dojazdowymi, korkami, blokowiskami, a jednak stanowią część tej samej całości, na którą składają się mieszkańcy Zaspy, Przymorza, Żabianki na równi z lokatorami Brzeźna, Wrzeszcza i Oliwy o Dolnym Mieście nie wspominając.
Miasta rosną, rozprzestrzeniają się. Pisałem kiedyś nawet, że dziś nie buduje się dzielnic tylko osiedla, często odcięte od siebie, niewiele mające wspólnego z centrum. I podtrzymuję to zdanie. Jednak są pewne obszary miast, które choć nie leżą w ścisłym centrum, wrosły w nie na tyle mocno – zarówno w strukturę, jak i w mentalność mieszkańców – że oddzielić się ich od miasta nie da. Chełm do takich obszarów należy.

%d blogerów lubi to: