Tożsamość tymczasowa i nowa tożsamość

paniKobieta na zdjęciu to Jadwiga Morawska, z domu Dominiczak. Jest córką najmłodszego w przedwojennej Polsce wójta, Edmunda Dominiczaka. Od 1977 roku mieszka w Sopocie, dokąd przeniosła się z Gdańska, w którym jej rodzina żyła od 1949. Wcześniej było wygnanie i kilka trudnych wojennych lat na Polesiu w Dąbrowie i Niemojkach, po tym jak Niemcy wysiedlili Dominiczaków z ich rodzinnego domu w Kościerzynie.

Pani Jadwiga opowiedziała mi historię swojego życia, a między innymi wspominała pierwsze chwile spędzone w Gdańsku, do którego trafiła z rodzicami i rodzeństwem w grudniu 1949 roku.

– Bardzo wielu przyjaciół mojego ojca wróciło szybciej niż my do Kościerzyny – mówi pani Jadwiga. – Trzeba było podpisać kartę Eingedeutschte [trzecia kategoria Volkslisty; osoby autochtoniczne, uznawane za częściowo spolonizowane – Ślązacy, Kaszubi, Mazurzy i Polacy niemieckiego pochodzenia lub pozostający w związkach małżeńskich z Niemcami] i już można było wracać z wygnania do domu. Myśmy zostali do samego końca wojny, bo mój tatuś, patriota nie chciał prosić o łaskę i zdradzać Ojczyzny. Podróż powrotna była długa, ciężka i odbyliśmy ją w świńskich wagonach. Zastaliśmy nasz dom po powrocie w tragicznym stanie. Wszystko było rozwalone, bez okien. Zamieszkaliśmy więc najpierw w pobliżu dworca. Potem u przyjaciółki mojej mamy, a na końcu wróciliśmy na Hallera, czyli do dawnego, odremontowanego domu. Tatuś pracował i był znany w okolicy, poza tym był dobrym księgowym i dostał propozycję pracy w Gdańsku w zakładach chemicznych. Zamieszkaliśmy przy ulicy Grunwaldzkiej 46. Ojciec dostał mieszkanie służbowe.

Moja rozmówczyni naukę w szkole średniej kontynuowała w Topolówce. Z jej wspomnień wyłania się obraz trudnych stalinowskich czasów, w których nawet licealiści narażeni byli na represje za najdrobniejsze nieposłuszeństwa wobec władzy ludowej. Pani Jadwiga opowiada o trudnym roku 1968, kiedy idąc z synem po ulicy dostała się pod milicyjne pałki, mówi o roku 1970 i innych ważnych momentach w jej życiu i życiu miasta. Ale w 1977 roku, po 27 latach, kończy się jej gdańska historia i aż chciałoby się zapytać, o z jej gdańska tożsamością. Owa tożsamość została zachowana, ale dziś już raczej jako wspomnienie pewnego zamkniętego etapu w życiu. Była zatem ledwie etapem. Miała cechy trwałe, ale okazała się tymczasowa. Dzieje rodziny Dominiczaków od 1949 roku, to dzieje „nowych gdańszczan”, którzy nie mieli gdańskiej przeszłości, wspomnień, punktów odniesienia. Wszystko musieli stworzyć od nowa, a niektórzy z nich – jak pani Jadwiga – zamknąć w pewnym momencie życia.

Przychodzą mi na myśl inne opowieści, zasłyszane od Benedykta Wietrzykowskiego, prezesa Stowarzyszenia Gdynian Wysiedlonych. Pan Benedykt opowiadał mi o tragediach całych rodzin, heroicznej walce o przetrwanie z dala od domów, powrotach do rodzinnego miasta. Bo Gdynia, w przeciwieństwie Gdańska, była dla powojennych mieszkańców najczęściej domem w pierwszym lub drugim nawet pokoleniu. Oni odczuwali związek ze swoim miastem. Nowi Gdańszczanie, o czym pisze Stefan Chwin w eseju „Mity i prawdy gdańskiej pamięci”, nie czuli żadnych związków ani z miastem, ani z jego dawnymi mieszkańcami, którzy przecież w znacznej części byli znienawidzonymi Niemcami, a których właśnie udało się wypędzić z ziem „nierozerwalnie związanych z Polską” jak chciała ówczesna propaganda. I tak, o ile gdynianie, mieli własna lokalną przeszłość, o tyle gdańszczanie przywieźli nad Motławę tysiące osobistych, indywidualnych historii, związanych wprawdzie koszmarem wojny, ale wywodzących się z różnych miejsc, różnych małych ojczyzn. Dopiero na tym gruncie miała się pobudować tożsamość gdańszczan.

Co ciekawe, obie te społeczności, (a przy tym nie należy zapominać o mieszkańcach Sopotu, którzy często byli w podobnej do gdańszczan sytuacji choć w mieście pozostała grupka przedwojennych Polaków), zaczynały odrębne życie na bazie dwóch odrębnych legend jakie konstruowały peerelowskie władze na użytek propagandy i rewizji niewygodnej historii.

W latach 50. Coś zaczęło się zmieniać – pojawiający się coraz częściej zwrot „trójmiasto” stanowił element łączący Gdańsk, Sopot i Gdynię. Nawet jeśli w umowny, nieskonsolidowany organizm, to przynajmniej w organizm rdzennie polski i na polskim gruncie wyrosły, do którego mogli odwoływać się mieszkańcy trzech miast, dotąd żyjący odrębnie. Ale odrębność pozostała, bo – jak wspomniałem – nowe legendy dwóch miast były różne, różne były doświadczenia ich mieszkańców i odmienna rodziła się tożsamość w Gdańsku i Gdyni. Mam wrażenie, że o gdańskiej tożsamości (wychodzącej poza granice wyznaczone przez PRL) zaczęto mówić bardzo późno, gdzieś w okolicach „Weisera Dawidka”, bo „Blaszany bębenek” początkowo takiej siły przebicia w świadomości gdańszczan chyba nie miał. Tożsamość gdyńska była tyleż romantyczna, co peerelowska. Najpierw był port i sukcesy gospodarcze – legenda polskiej (PRL) potęgi morskiej. „Miasto z morza”, jego początki i inny odcień romantyzmu, zafunkcjonowało w świadomości mieszkańców znacznie później u progu nowego stulecia.

Dziś oba te nurty tożsamości są bardzo intensywnie eksploatowanie przez wielbicieli lokalności i historii. Mam wrażenie, że „do wyczerpania zapasów” albo nasycenia przestrzeni i umysłów. Czy za kilka, kilkanaście lat mieszkańcy Gdańska, Sopotu i Gdyni będą budować swoje własne mity i własne tożsamości miejsc w oparciu o nowe punkty wyjścia/zwrotne? Co w takim razie będzie nowym tworzywem? A może lokalne społeczności coraz bardziej obywatelskie działające na rzecz określonych grup i miejsc i świadome swojej roli i potencjału? Paradoksalnie to właśnie one mogą z czasem doprowadzić (wymusić) do powstania spójnej logistycznie i przyjaznej ludziom aglomeracji, choć do Trójmiasta przez duże „T” wciąż będzie daleko.

Reklamy

Miasto i mit

Gdańsk należy do miast nierozerwalnie związanych ze swoją mitologią, wręcz trudnych do wyobrażenia bez spoglądania przez pryzmat czegoś, co zwyczajowo nazywamy tu mitem. Rolą mitu jest nie tylko opowiedzenie historii miasta, ale wyjaśnienie jego dziejów, zmian zachodzących w czasie. A mam też wrażenie, że niezwykle istotnym zadaniem mitu Gdańska jest wykazanie oraz uzasadnienie roli miasta w czasie i przestrzeni. Roli rzecz jasna niezwykłej, jedynej w swoim rodzaju. W wymiarze historycznym i społecznym.

Oczywiście Gdańsk nie ma jednego mitu ani mitu wiodącego. Każdy czas, każda epoka, ma swój mit lub nawet kilka mitów. O ile dobrze pamiętam pierwszy z jakim się zetknąłem tu na miejscu, to mit wyłaniający się z kart niektórych książek Pawła Huelle czy Stefana Chwina. Dwaj „pisarze wspomnienia i marzenia” (jak nazwał ich kiedyś nie pozbawiony wad choć zasłużony Jan Błoński) opisywali Gdańsk, jakiego już nie ma, a do jakiego być może sami tęsknili, bo wywodzą się z epoki wciąż jeszcze „zawieszonej” między dwoma Gdańskami, a właściwie między Danzig a Gdańskiem. Opisują zarówno miasto niemieckie jak i miasto polskie, splatając dzieje tych dwóch światów. Z tego opisu wyłania się tęsknota nie tylko za czasem dzieciństwa, ale również obraz miasta trwającego na styku różnych kultur – miasta wielokulturowego, jakbyśmy dziś powiedzieli. Ponadto w ich książkach Gdańsk jest miastem magicznym, co potęguje wrażenie „mitologizacji” miasta i czasów opisywanych przez autorów. I chyba ta magia, niezwykłość, aura wyjątkowości, może czasem nawet oniryczności, jest najważniejszym składnikiem mitu Gdańska jaki udało się stworzyć Huellemu i Chwinowi. Kto wie również, czy to właśnie nie owa magia dała efekt w postaci ogromnego zainteresowania przeszłością (także niemiecką) miasta wśród jego mieszkańców, którzy uwierzyli – i słusznie – że przyszło im żyć w miejscu niezwykłym…

stocznia12Inny mit Gdańska to mit Kolebki. Znałem ten mit jak miliony Polaków, zanim jeszcze osiadłem w tym mieście. Tu jednak, na miejscu, przekonałem się o jego sile, choć byłem też świadkiem jego upadku. „Gdańsk – miasto Wolności”, takie hasło od kilku lat jest wykorzystywane przez lokalne władze w strategii wizerunkowej miasta. I choć owa wolność z pewnością miała swój początek w Stoczni Gdańskiej (wtedy jeszcze im. Lenina), to mam wrażenie, że dziś znaczy zupełnie co innego i do czego innego się odnosi.

Oba przywołane wyżej mity mają współczesne korzenie (lub powiedzmy dwudziestowieczne). Są jeszcze takie wydarzenia historyczne jak obrona Poczty Gdańskiej czy obrona Westerplatte – one także budowały (doraźny) mit miasta – tym razem wiernie oddanego Ojczyźnie, polskiego i prawowicie Polsce przywróconego. Ale przecież mitologia Gdańska to nie wynalazek współczesności. Pierwszy mit to mit świętego Wojciecha, który przebywał w mieście podczas swej tragicznej podróży misyjnej do Prus. Mit ważny dla chrześcijaństwa i Kościoła katolickiego. To także mit założycielski Gdańska, a jego ranga dla historii Kościoła w Polsce oczywiście umacnia rangę tego miasta na mapie (nie tylko historycznej) naszego kraju.

Inny ciekawy, historyczny już dzisiaj mit, to mit zilustrowany na ścianach Sali Czerwonej Ratusza Głównego Miasta. Pomieszczenie zdobią obrazy z cyklu „Cnoty Obywatelskie” Hansa Vredemanna de Vriesa i noszą takie tytuły: Sprawiedliwość, Mądrość, Pobożność, Zgoda, Wolność, Stałość i Sąd Ostateczny. To alegoryczne przedstawienie owych tytułowych cnót służące nieustannemu przypominaniu rajcom miejskim jakie jest ich powołanie w służbie miastu i jego mieszkańcom. Ponadto na suficie Sali znajdują się inne obrazy, a wśród nich, w centralnym punkcie „Apoteoza Gdańska” Izaaka van den Blocka. Jakie treści kryjące się za poszczególnymi elementami obrazu świetnie opisuje niezawodny iBedeker [1]. Tak więc mamy do czynienia z mitem miasta doskonałego, kwitnącego, słynącego swobodami i mądrością jego włodarzy. Tak rajcy chcieli widzieć Gdańsk i w taki Gdańsk, czy też jego mit, wierzyli. Niemalże manierystyczne „Miasto Wolności”.

To tylko niektóre, moim zdaniem najciekawsze i najważniejsze, mity dotyczące Gdańska. Powstawały na potrzeby czasów i pokoleń. Ciekaw jestem mitu jaki wyłoni się z gdańskiego „dziś, tu i teraz”. Wierzę rzecz jasna, że w ogóle taki mit powstanie (a może już powstaje), bez niego miasto trwałoby zawieszone w próżni. I mam nadzieję, że piszą go mieszkańcy miasta a nie skrybowie pracujący dla Ratusza.

[1]Sala Czerwona w iBedekerze

%d blogerów lubi to: