Ultima Thule

image037Kolonizacji nie da się powstrzymać. Metr po metrze kolejne skrawki ziemi okalające Gdańsk zagarniane są przez budowniczych nowego miasta. Miasto wdziera się w każdy możliwy do zabudowania zakamarek Południa. Podróżując po tym nowo odzyskanym terytorium patrzyłem na świeże, często puste jeszcze domy i stare, rozpadające się, choć żywe budynki. Czasem to całkiem okazałe niby-wille, a czasem rudery, albo sklecone z byle czego altany.

To Gdańsk-Zabornia i rejon, który jeszcze jakiś czas temu kojarzył się takiemu obserwatorowi jak ja, tylko z ogródkami działkowymi i ich tymczasowymi lub stałymi mieszkańcami. Kilka lat temu wybrałem się tam i rozmawiałem z tymi ludźmi. Trafiłem do domu (choć tym domem była właśnie prowizoryczna altana) rodziny, która mieszkała tam od lat i tam wychowywała swoje dzieci. Rodzice albo pracowali, albo nie i ta zmienność stanowiła główny problem w staraniach o tak zwany prawdziwy dom z prawdziwego zdarzenia. Choć nie wykluczam, że skłonność do swobody i zamiłowanie do monopolowych używek stanowiła problem jeszcze większy.

Teraz wybrałem się ponownie na teren sąsiadujących z ulicą Kartuską ogródków działkowych. Dawnych „znajomych” nie odnalazłem, szczerze powiedziawszy nie pamiętam, w której z altanek mieszkają lub mieszkali. Za to spotkałem innych ludzi. Zauważyłem w jednym z domków poruszenie, kilka osób pakowało dobytek do samochodów ustawionych wzdłuż ścieżki, pod płotem.

– To młode małżeństwo się stąd wyprowadza – wyjaśniła mi przechodząca obok kobieta. – Dostali wreszcie mieszkanie i idą na swoje.

„Na swoje” czyli pewnie do mieszkania komunalnego, które niektórzy lokatorzy działkowych prowizorek dostają od miasta.

– Ja sama tu nie mieszkam na stałe, mam mieszkanie na Suchaninie, ale każdego lata przenoszę się na działki – opowiada moja rozmówczyni. – Tu czuję się u siebie, tu wypoczywam. Tu przejeżdżają moje wnuki na wakacje. To jest moje miejsce na Ziemi.

A czy inni lokatorzy także traktują ogródki działkowe jak wakacyjną przystań?

– W większości tak – mówi kobieta. – Nikt tu już właściwie na stałe nie mieszka. Kiedyś owszem, ale dziś już nie. Tylko czasem bezdomni się tu zadekują, ale prezes ogródków ich przegania. I my też.

Nie jestem przekonany, czy kobieta ma rację. Może się myli albo nie chce mówić wszystkiego? Wszak stałe przebywanie na terenie ogródków działkowych jest zabronione. Oficjalnie to tylko teren wypoczynkowy, na którym mogą stać jedynie altanki, domki sezonowe. Tymczasem widzę gdzieniegdzie domki, które spokojnie mogą służyć za niewielkie wille przeznaczone do całorocznego zamieszkania. Niestety, jestem tu w porze kiedy ich mieszkańcy są albo w pracy, albo rzeczywiście zajrzą tu dopiero w końcu tygodnia. Nawet skromna murowana „chata”, w której podobno na stałe mieszka pewna para, jest teraz pusta.

– My staramy się o te nasze działki, dbamy o nie, ale wciąż boimy się, że kiedyś nam je zabiorą – żali się moja rozmówczyni. – Tak jak zabrali działki na Górnym Tarasie. Teraz budują tam ulice, domy, a ludzie stracili swoje ukochane ogrody. Nie wiem, co zrobimy kiedy nam będą chcieli je zabrać. Czy nam za to zapłacą, czy zwrócą koszt budowy naszej działkowej świetlicy? Dokąd pójdziemy? Nie wyobrażam sobie tego.

Widziałem te nowe domy i powstającą ulicę – Nową Bulońską, czy też Bulońską Północną.  Cóż, pewnie jest potrzebna kolonizatorom w służbie postępu i trudno obrażać się na rzeczywistość. Ta trasa ułatwi komunikację miedzy odległymi krańcami Gdańska.

Nieopodal działek jest jeszcze jeden obszar kolonizowany. To rejon ul. Myśliwskiej z przyległościami. Tam także powstaje nowe osiedle. Kwadratowe budynki dominują już nad okolicą, ale są jeszcze enklawy, w których żyją dawni mieszkańcy. Tak jest choćby z posesją przy Myśliwskiej 14. Stara, nie da się ukryć, że zniszczona i podupadła budowla oraz podwórko, jakieś komórki, klatki dla ptactwa. Po obejściu snują się kury, z budy ujada pies. I to wszystko vis-à-vis podbitego, ujarzmionego terenu, którym włada developer, który być może będą w przyszłości od reszty świata oddzielać płoty, szlabany i ochroniarze.

– Panie, oni już cztery lata temu chcieli nam zabrać ten dom – mówi starsza kobieta, mieszkanka czerowonoceglastej ruderki. – Ale my nie mamy przecież dokąd pójść. Miasto wie, że jak da nam nowe mieszkania, to nie wszystkich lokatorów będzie stać na opłaty. Przecież niektórzy wolą  przepić pieniądze niż płacić za czynsz. I jakoś na razie dali nam spokój. A i ktoś musiałby nam zapłacić za nasz grunt. Ja i tak nie chcę stąd nigdzie iść. Tu mieszkam od zawsze i tu jest mi dobrze. Tylko wiem, że w każdej chwili mogą przyjść po naszą ziemię. Tego się boimy.

Czyli podobnie jak na pobliskich działkach ludzie żyją w strachu przed wszechwładnymi urzędnikami i developerami. Ten teren to łakomy kąsek położony między skupiskami nowych domów i raczej nie widzę szans, żeby budynek przy Myśliwskiej 14 ostał się przez najbliższe lata. Mieszkają tu ludzie niezamożni, na moje oko ze dwie, trzy rodziny. Pewnie nie wszyscy są właścicielami zajmowanych mieszkań. Najpewniej kiedy przyjdzie pora, urzędnicy i biznesmeni zajmą to miejsce i nie będą się przejmować wydolnością finansową i stopniem przystosowania społecznego dotychczasowych mieszkańców.

– My młodzi chętnie byśmy stąd poszli – wyjaśnia mi córka kobiety, z która rozmawiałem najpierw. – Ale starsi, którzy tu są od lat, nie chcą nigdzie odejść.

Trudno się dziwić młodym. Warunki, w których wychowują kolejne pokolenie mieszkańców ostatniej enklawy przy ul. Myśliwskiej, są naprawdę bardzo trudne. I kto wie – być może to właśnie oni zdecydują pewnego dnia, że nie chcą już dłużej bronić starego domu.

Kolonizacji nie da się powstrzymać. Podbój krańców znanego świata à rebours, bo nie na Północ zmierzają osadnicy, a na Południe. Na Północy jest morze, a dalej podobno prawdziwa Ultima Thule.

Reklamy
%d blogerów lubi to: