Krocząc po ludzkich śladach

IMG_0097

Od jakiegoś czasu zbierałem się do opisania pewnego powszechnego zjawiska. Idzie mi o… ścieżki, po których chodzimy. Okazało się jednak, że życie wyprzedza myśl i do opisania sprawy zabieram się teraz, „bez zbędnej zwłoki”.

Dlaczego? Otóż kilka dni temu uczestniczyłem w spotkaniu zorganizowanym przez Biuro Rozwoju Gdańska niecieszące się ostatnio dobrą prasą (wieżowce w Brzeźnie). Spotkanie dotyczyło programu „Moje osiedle pieszo”. Nie należy mylić ze znaną skądinąd inicjatywą pod nazwą „dzień pasażera pieszego”. Sprawa jest poważna i godna odnotowania.

Wyjaśniając sprawę w skrócie, urzędnicy uznali, że nie od rzeczy byłoby spytać mieszkańców południowych dzielnic Gdańska o to, którędy najczęściej się przemieszczają, którędy wiodą ich indywidualne i zbiorowe ścieżki, trasy wydeptane w trawnikach, przesmyki i obejścia oficjalnie wytyczonych dróg.

Dlaczego tylko mieszkańców Gdańska-Południa? Agnieszka Ostrzycka, kierowniczka Zespołu Urbanistycznego Gdańsk-Południe w BRG, wyjaśnia to tak: – Określenie połączeń pieszych ma strategiczne znaczenie dla rozwoju miasta. Dla dzielnicy Południe ma to znaczenie szczególne ze względu na to, że ma ona swoją specyfikę. Sieć powiązań drogowych nie jest rozwinięta do końca, osiedla są lokalizowane przypadkowo, w sposób gniazdowy, często są wygrodzone. Południe to w przeważającej części grunty prywatne, gmina nie może takimi gruntami rozporządzać. Występują tu spadki terenu i cieki wodne. Człowiek także tworzy bariery w postaci ekranów drogowych, drogi wielopasmowe.

Co to oznacza dla obywateli? Na przykład to, że ich codzienne trasy mogą zostać przedzielone ogrodzeniami prywatnych osiedli lub innymi przeszkodami, albo, że znana od lat ścieżka nagle zniknie pod parkingiem lub centrum handlowym. Mimo to uważam, że próba podjęta przez urzędników ma znaczenie i jest cenna także w sensie cywilizacyjnym. Chcą oni, by ludzie pokazali im, którędy się przemieszczają, a oni uwzględnią to w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego. Z nadzieją, że wydeptane ścieżki zamienią się w wygodne chodniki. Pozostanie tylko przekonać ewentualnych inwestorów, by pamiętali o służebnej funkcji potencjalnych dróg, kiedy zaczną rysować plany swoich inwestycji. To rola zarówno urzędników, jak i opinii publicznej.

BRG zaprasza mieszkańców Ujeściska, Jasienia i Chełmu na spotkania konsultacyjne prowadzone w formie warsztatów, podczas których wyjaśnią obywatelom założenia programu „Moje osiedle pieszo” i poproszą ich o narysowanie na mapach wszystkich ścieżek, którymi się przemieszczają. Najpopularniejsze będą zapisane w planach. Ponadto mieszkańcy będą poproszeni o wypełnienie ankiet dotyczących rozmieszczenia punktów usługowych na osiedlach.

Oto terminy i miejsca tych spotkań: Pierwsze spotkanie zaplanowano na 19 listopada w Szkole Podstawowej nr 85 przy ulicy Stolema. Kolejne zaplanowano na 26 listopada w Domu Parafialnym przy Kościele p.w. Ojca Pio przy ul. Przemyskiej, a trzecie odbędzie się 28 listopada w Szkole Podstawowej nr 8 przy ul. Dragana. Wszystkie spotkania o godz. 17.00.

Nie dziwię się urzędnikom, że zainteresowali się czymś tak, wydawałoby się, banalnym jak ścieżki. Ludzie zawsze wydeptywali je w trawach, wśród lasów, na przełaj pustych przestrzeni, wbrew urzędowym nakazom i dla własnej wygody. Ścieżki wiodą z osiedla na osiedle, wśród podwórek i ogródków działkowych. Ścieżkom nadawano znaczenie symboliczne, stawały się przedmiotem opisów literackich i lirycznych. Miały pomagać w odkrywaniu nowych miejsc, bywały drogami ucieczki. Tak naprawdę powstawały, bo ludzie sami najlepiej wiedzą, jak żyć najprościej, najłatwiej i wygodniej. Znam historie o tym, jak to na zachodnich nowopowstających osiedlach rozsypywano między budynkami nasiona traw i czekano aż ludzie wydepczą w zieleni własne ścieżki. Tam, gdzie one powstawały, kładziono chodniki. Nie sądzę jednak, by można było w pełni zaspokoić ludzkie potrzeby i przewidzieć wszystkie drogi. Niech za dowód posłuży to zdjęcie, na którym widać utwardzoną, „oficjalną” drogę powstałą w miejscu dawnego skrótu wiodącego z jednego osiedla na drugie. Tuż obok ludzie wydeptali nową króciutką ścieżynę. Bo tak im łatwiej schodzić nad pobliski zbiornik wodny z miejscami rekreacyjnymi. Planiści tego nie przewidzieli.

IMG_0092

Wydeptywanie ścieżek jest zjawiskiem nie do opanowania i nie do uniknięcia. Świadczy o ludzkiej pomysłowości, mobilności, innowacyjności. Myślę, że można zaryzykować twierdzenie, iż nasze ścieżki czynią nas ludźmi. Kto z nas nie czuł ekscytacji krocząc wąską dróżką wydeptaną na obcym terenie (las, pole, przedmieścia itp.) przez tych, dla których miejsce, w jakim się znaleźliśmy jest środowiskiem naturalnym? To symboliczne spotkanie obcych. Przejście tej ścieżki bywa procesem inicjacyjnym i jednym z warunków wkroczenia do nowego świata.

gd47s08_pieszo2

To przykład na to, jak mogą wyglądać ścieżki kiedy władze miejskie zainteresują się ich potencjalną funkcjonalnością. Droga wiodąca z pętli komunikacyjnej „Świętokrzyska” i Oruni Górnej na osiedle „Moje Marzenie” wybudowana dzięki współpracy rady dzielnicy Ujeścisko-Łostowice i Wydziału Programów Rozwojowych gdańskiego magistratu.

Reklamy

Mówisz „Gdańsk”, myślisz „Neptun”

image003

panorama nowego Gdańska

Do napisania tego tekstu zainspirował mnie (a jakże!) Facebook. A konkretnie ludzie od promocji Gdańska, wrzucający co i rusz rozmaite gdańskie zdjęcia na oficjalny profil miasta.

Oficjalny, zatem żadnej „skuchy” być nie może i trzeba pokazywać to, co Gdańsk ma najlepszego. I to, co „przeciętnemu” turyście z Gdańskiem kojarzy się jednoznacznie. Na słitfociach grodu nad Motławą zobaczymy zatem ul. Długą, Dwór Artusa, Żurawia no i kultowego Neptuna oczywiście. Czasem uwieczniony zostanie urokliwy zakątek Wrzeszcza, a bywa, że i równie urokliwy fragment Parku Oliwskiego na oficjalnych foto-wizytówkach miasta też się znajdzie. Trudno się dziwić. Wszak mówisz Gdańsk, myślisz Neptun. Mechanizm jest na tyle sprawdzony i skuteczny w warstwie sentymentalno-emocjonalnej, że bywa stosowany przez wszelkie biura promocji miast, regionów i gmin.

Jako się rzekło, inspiracją do tekstu były bardzo ładne zdjęcia Gdańska, ale oglądając je na Facebooku nie o najpiękniejszych ulicach miasta myślałem, a o tych miejscach, których w oficjalnych materiałach promocyjnych nigdy nie zobaczymy.

Takich miejsc „przemilczanych” ma każde miasto znacznie więcej niż tych „oficjalnych”. Z Gdańskiem jest podobnie. Jeśliby podzielić miasto pod względem reprezentacyjności czy ikoniczności, to prym wiedzie Główne Miasto z przyległościami oraz Wrzeszcz, Oliwa. Rzecz jasna nie w całości, ale powiedzmy, że mniej więcej tak to się układa. Z drugiej strony są takie miejsca jak Dolne Miasto czy Żabianka, Orunia, Lipce i kilka innych. Naprawdę mniej reprezentacyjne i najpewniej w niektórych obszarach rozwojowych mniej doinwestowane. Ale choć omijane przez oficjalnych fotografów magistratu, wciąż stanowią zwarty element tak zwanej tkanki miasta. Wrosły w Gdańsk i w „świadomość miejsca” jego mieszkańców (ikoniczność miejsca ma dla gdańszczan nieco mniejsze znaczenie, choć nie jest zupełnie go pozbawiona).

Są jednak i takie rejony, które mimo iż oficjalnie Gdańskiem są, z Gdańskiem identyfikowane są słabo. Choćby Olszynka z jednej strony, jako przykład „starej dzielnicy” – rok przyłączenia do miasta: 1933 (podobnie jak Orunia). I Zakoniczyn (czy szerzej – Gdańsk Południe) z przyległościami, z drugiej strony, jako przykład „nowej dzielnicy” – rok przyłączenia do miasta: 1973.

Olszynka niemal bezpośrednio graniczy z centrum Gdańska i oddzielona jest od niego przez Motławę oraz Dolne Miasto. Kiedy wjedzie się na ten teren, wystarczy jedno spojrzenie, by od razu zauważyć różnicę między Olszynką a resztą Gdańska. To obszar stanowiący w większości mieszaninę wsi i letniskowej osady z ogródkami działkowymi. Jest też nieco murowanych zabudowań – starszych oraz takich w stylu murowanej daczy lub domku na przedmieściu. Wędrując po wytyczonym w prostokąty układzie ulic, trudno przyzwyczaić się do myśli, że to także jest Gdańsk.

A co o swoim terytorium mówią sami mieszkańcy? Jeszcze kilka lat temu rozmawiałem z kilkoma i każdy twierdził z przekonaniem: – Gdańsk o nas zapomniał. Chciałem więc dziś sprawdzić, czy nadal czują się przez resztę miasta opuszczeni. Wybrałem się więc na Olszynkę i pogadałem ludźmi.

– Nic się nie zmieniło – deklaruje mieszkaniec drewnianego domku przy ul. Ścieżki. – Z naszego ogródka widać wieżę starego ratusza, ale stamtąd chyba nie widać naszego zakątka. Kanalizację przyłączyli nam dwa lata temu, czynsz wzrósł kilkakrotnie. Miasto chciało od nas za wykup tego domu i kawałka ziemi dwieście tysięcy! A przecież, żeby tu mieszkać, musieliśmy sami z własnych środków, wstawić okna, ocieplić ściany i podłogi, zbudować domową kotłownię. Kiedy nas pytają, mówimy, że mieszkamy w Gdańsku. Ale tak naprawdę ja nie czuję że mieszkam w tym mieście. To tylko oficjalna nazwa, a tak naprawdę tu jest inny świat.

Taka opinia nie jest odosobniona, niestety. Stosunek władz miasta do Olszynki przekłada się na samoświadomość jej mieszkańców. A także na to jak Olszynkę postrzegają mieszkańcy innych dzielnic. Dla nich to Gdańsk, ale jakiś „inny” – obszar, do którego nie warto zaglądać. Nic tu się nie dzieje. Tylko działki i dacze. Myślę, że z kolei większość turystów odwiedzających Gdańsk nie ma pojęcia o istnieniu tej enklawy.

A Zakoniczyn? Kto jeszcze używa tej nazwy i w odniesieniu do jakiego obszaru? Dziś w nowym lub granicznym obszarze miasta nie buduje się już dzielnic. Dziś powstają osiedla: „Moje marzenie”, „Miłe”, „Cztery pory roku”, „Lawendowe”, „Pogodne” itp. itd. Dziś zamiast o dzielnicach mówi się ogólnie o „Gdańsku Południowym”. I to w kontekście obszaru, który należy skolonizować na potrzeby nowych mieszkańców, a nie terytorium o ukształtowanej historycznie nazwie i spójnym charakterze (choć jeszcze do niedawna Gdańsk Południe oficjalnie traktowany był jak dzielnica pod nazwą Chełm i Gdańsk Południe, dziś rozlewa się na Chełm, Jasień i Ujeścisko-Łostowice).

Nowy sposób kolonizacji narzuca nową formułę miasta. To już nie jest spójna tkanka, jeden organizm. To sieć luźno powiązanych linią dróg i połączeniami autobusowymi (na ogół z przesiadkami) enklaw, z których każda jest inna, a równocześnie wszystkie są podobne do siebie jak dwie krople wody. To także jest Gdańsk. To także są gdańszczanie. Ale nadal mówiąc Gdańsk, myślimy Neptun. Bo miasto to coś więcej niż obszar administracyjny. To także duch i historia. To mit i idea. Dzisiejsze przedmieścia, czy raczej właśnie osiedla, nie mają jeszcze swojej historii. Nie mają idei, mitu. A architektura sprawiająca wrażenie kruchej i tymczasowej, nie tworzy czegoś, co można by nazwać „klimatem” miejsca. Trudno też oceniać jakie relacje wytworzą się między mieszkańcami poszczególnych osiedli nowego Gdańska. Jak na razie to obszar Gdańska najszybciej się zaludniający.

Na ile jednak „nowi gdańszczanie” (niekoniecznie nowi, mogą być po prostu przesiedleni) utożsamiają się z Gdańskiem postrzeganym poprzez miejsca-ikony, na ile utożsamiają z owymi gdańskimi ikonami i miejscami oczywistymi swoje własne miejsce, w którym żyją na co dzień?

Odpowiedź na to pytanie – o ile ktoś spróbuje jej poszukać – ułatwi poszukiwania odpowiedzi na jeszcze kilka innych pytań. Na ile „Gdańsk Południe” to tożsamościowo ten sam Gdańsk, jaki znają turyści z wakacyjnych pocztówek i promocyjnych folderów? Czy nowe osiedla to tylko schrony i sypialnie czy może bardziej Główne Miasto lub Wrzeszcz są jedynie miejscami pracy, zakupów, niedzielnych obiadów „na mieście” a „serce miasta” bije na obrzeżach? Czy można uznać, że to jedność czy raczej dwa odrębne światy?

%d blogerów lubi to: