Do koleżanek i kolegów żurnalistów, utrwalaczy władzy i społecznych podziałów

Miałem dziś napisać o czymś zupełnie innym, co nie dotyczy Gdańska, ale po pierwsze w Gdańsku to i owo się wydarzyło, po drugie lokalne media w większości starały się tego wydarzenia nie zauważyć.

Co się wydarzyło? Ano swoje istnienie ogłosił Społeczny Komitet Wyborców „Gdańsk Obywatelski”, który zamierza wystawić kandydatów w jesiennych wyborach samorządowych. Ta inicjatywa ma też swoją kandydatkę na urząd prezydenta. Jest nią Ewa Lieder – przewodnicząca zarządu Rady Dzielnicy Dolny Wrzeszcz.

Ogłoszenie tych informacji nastąpiło podczas konferencji prasowej w centrum miasta, w samo południe, na skwerze między ul. Szeroką a Świętojańską. O szczegółach informuje już na swojej stronie internetowej „Dziennik Bałtycki” [1], a „Gazeta Wyborcza Trójmiasto” zrobi to pewnie niebawem. I chyba tylko te dwie redakcje odnotują fakt powstania w mieście nowej, niezależnej inicjatywy mieszkańców, którzy postanowili wziąć sprawy w swoje ręce i zadbać o Gdańsk, ich zdaniem pozbawiony dobrego gospodarza, bo tylko te dwie redakcje tzw. mediów głównego nurtu wysłały ekipy na miejsce zdarzenia. Swojej skromnej osoby nie liczę.

No właśnie… co stało się takiego ważnego drogie koleżanki i koledzy z licznych lokalnych redakcji prasowych, radiowych, telewizyjnych i internetowych, skoro – choć poinformowano was odpowiednio wcześniej mailami na skrzynki ogólnoredakcyjne i wasze własne – uznaliście, iż pojawiać się na tej konferencji prasowej nie trzeba (a może nie wolno)? Dlaczego powołanie do życia nowej reprezentacji obywateli, pozapartyjnej, oddolnej, bez zaplecza finansowego i medialnego, która chce uczestniczyć w życiu społeczno-politycznym miasta, jest dla was nieistotne? Czy gdyby konferencję zorganizowała któraś z wielkich partii, albo indywidualnie jakiś znany polityk czy celebryta, także zabrakłoby was na miejscu? Pewnie nie. Przygnalibyście stadnie.

Tymczasem pokazaliście dobitnie czym dla was jest życie miasta, sprawy jego mieszkańców. Niczym, o ile nie stoją za nimi medialnie utrwalone twarze, ewentualnie sensacja dająca się przekuć na gorący news. Takim newsem było dziś znalezienie niewybuchu bombowego z okresu II wojny światowej w centrum Gdańska. O tym informowały wszystkie redakcje na gorąco. Owszem, wydobycie i transport znaleziska utrudnił życie gdańszczanom na parę godzin, ale jutro będzie miał dla nich takie znaczenie jakie ma zeszłoroczny śnieg.

Jest oczywiste, że poddane procesowi mediatyzacji społeczeństwo widzi świat takim, jakim kreują go media. Tak właśnie – nie objaśniają, nie pokazują, ale kreują. I dzisiaj wy, drogie koleżanki i koledzy wykreowaliście kolejną cegiełkę w murze oddzielającym opinię publiczną od realnej wiedzy na temat otaczającej ją rzeczywistości. Utrwalacie podział społeczny na elity dzierżące władzę i maluczkich, dla władzy i dla was także często, nieistotnych. I robicie błąd. A bywa, że błąd to coś więcej niż grzech (zaniechania w tym przypadku).

Tak się bowiem składa, że w tegorocznych wyborach samorządowych w całym kraju weźmie udział rekordowa bodaj liczba komitetów, inicjatyw, akcji społecznych – oddolnych – obywatelskich. Nie inaczej jest w tzw. trójmieście. Podobna do gdańskiej, inicjatywa działa już w Sopocie pod nazwą „Mieszkańcy dla Sopotu”. To nowa jakość na „scenie politycznej”, zwiastun swoistego renesansu miast. Coraz głośniej mówi się o potrzebie odpartyjnenia zarządzania miastem, przejęcia władzy przez samych obywateli. I nieuchronnie to nastąpi i będzie zalążkiem nowej epoki w dziejach miast. Ba, może nawet miejskiej pokojowej rewolucji społecznej, która zmieni nie tylko charakter tego czy innego miasta, ale jego priorytety i standardy funkcjonowania. Miasto zwrócone ku mieszkańcom, obywatelom, transparentne, zarządzane poprzez debaty i referenda (między innymi oczywiście) – dzisiaj to utopia, ale kto wie…?

I co, wtedy także będziecie zajmować się sobą redaktorki i redaktorzy?

[1] tekst w DB

Reklamy

Tysiąc twarzy Gdańska

Paula Sołtan

Paula Sołtan

Oczywiście Gdańsk ma znacznie więcej twarzy, co najmniej tyle, ilu jest gdańszczan. Ale w tym wypadku tytułowa liczba 1000 nie jest przypadkowa. 21-letnia Paula Sołtan rozpoczęła właśnie realizację projektu pod nazwą „Oblicza Gdańska” – chce sfotografować tysiąc mieszkańców miasta…

Na łamach Bloga trzech Miast pierwszy wywiad młodej, utalentowanej i ambitnej fotografki, która opowiada m.in. o tym, jak zrodził się pomysł przedsięwzięcia i jakie ma związane z nim plany.

Paula Sołtan – To moja odpowiedź na internetowy projekt zza oceanu „Humans of New York”, który polega na sportretowaniu tysiąca mieszkańców tego miasta. Chcę pokazać tysiąc gdańszczan, opowiedzieć, choćby w skrócie ich historię, utrwalić ich twarze, emocje i doswiadczenia wypisane na tych twarzach.

Darek Olejniczak – A skąd dowiedziałaś się o tym nowojorskim przedsięwzięciu?

P. S. – Zupełnie przypadkiem, jedna z modelek, którą właśnie fotografowałam opowiedziała mi o nim. Zaintrygowało mnie to, po sesji zdjęciowej wróciłam do domu, zaczęłam się zastanawiać, przymierzać, aż w końcu postanowiłam, że spróbuję. Zatem pomysł nie jest oryginalny, ale w Gdańsku nikt tego jeszcze nie zrobił, a myślę, że warto.

D.O. – No właśnie, modelki, sesja, praca… Masz dopiero 21 lat!

P. S. – Fotografuję dopiero od roku, jakoś tak szybko się wszystko potoczyło. Jestem samoukiem, uczę się metodą prób i błędów. Ale wiem, że fotografia to moja prawdziwa pasja. Dlatego zdecydowałam się przerwać studia na Politechnice i zdawać na ASP, oczywiście na fotografię.

D. O. – Masz portfolio, którym możesz się pochwalić przed komisją egzaminacyjną?

P. S. – Tak.

D. O. – Praca z modelkami wymaga poważnego zaplecza i umiejętności. Na pewno jesteś utalentowana, ale skąd masz sprzęt do pracy? To kosztuje.

P. S. – Większość ludzi myśli, że potrzeba jakiegoś niesamowitego sprzętu, który właściwie zrobi wszystko za nas. A przecież to nie aparat robi zdjęcia tylko człowiek. Mam używany aparat i obiektyw kupiony na allegro. Lampy oświetleniowe robię sama. Taka samoróbka kosztuje sześćdziesiąt złotych zamiast tysiąca za nową lampę kupioną w sklepie.

D. O. – Lubisz pracę z modelkami?

P. S. – Bardzo. Poza fotografią portretową zajmuję się fotografią modową, w najbliższym czasie będę realizować większe zlecenie z tej branży.

D. O. – Wiem, że poza fotografowaniem rysujesz, projektowałaś też strony internetowe, zajmujesz się muzyką…

P. S. – Tak, a co ciekawe, całe szkolne życie chodziłam do klas matematyczno-fizycznych, studia rozpoczęłam na Politechnice. Podobno to jednak nic dziwnego, bo umysły ścisłe często mają także talenty artystyczne.

D. O. – Wróćmy do twojego gdańskiego projektu portretowego. Na jakim jesteś etapie?

P. S. – Zaczęłam ledwie tydzień temu, zdążyłam zrobić kilkanaście portretów, założyłam fan page na FaceBooku, a już kilka godzin później profil polubiło kilkaset osób. Teraz mam ponad 600 „lajków”. Trochę mnie to na początku przytłoczyło, ta popularność projektu i myśl, że teraz już nie mam wyjścia – muszę działać. Z drugiej strony, pomyślałam sobie, że to dobry bodziec do działania. Ostatnio zaczepiłam na ulicy dziewczynę proponując, że zrobię jej zdjęcie. Zgodziła się i powiedziała, że słyszała o moim przedsięwzięciu. Było mi bardzo miło.

D. O. – Zbierasz informacje o swoich modelach „z ulicy”?

P. S. – Tak i pytam ich o zgodę na wykorzystanie tej wiedzy przy organizacji wystawy, która zwieńczy to „dzieło”. Zbieram od ludzi kontakty, koresponduję z nimi… Okazuje się, że ludzie bardzo chętnie mówią o sobie. Chcę przy zdjęciach zamieszczać krótkie biogramy ludzi, którzy na nich się pojawiają.

D. O. – Będzie wystawa?

P. S. – Tak, za rok, w czerwcu. Mocno w to wierzę. Teraz też przygotowuję się do wystawy w klubie Bunkier. To ekspozycja portretów artystycznych, ale niekoniecznie z gdańskim kluczem. Dzięki niej poznam mechanizmy pracy nad organizacją wystawy. Chcę by za rok na wystawie znalazły się fotografie o niewielkim formacie. To dla mnie najlepszy i bardziej sugestywny od dużych powierzchni format.

D. O. – Łatwo namówić ludzi na udział w sesji, ot tak, na ulicy?

P. S. – To zależy od kilku czynników. Najłatwiej namówić imprezowiczów. Kiedy wyjście się z aparatem na wieczorne ulice, ludzie są otwarci i chętnie pozwalają się fotografować. Najtrudniej namówić na zdjęcie osoby starsze. Na razie udało mi się przekonać do tego tylko jedną panią. Gorzej też z przekonaniem do sesji ludzi w ciągu dnia. Ludzie spieszą się do pracy, do szkół. A każde zdjęcie wymaga jednak kilku minut. Muszę przygotować sprzęt, czasem ustawić światło, blendy.

D. O. – Nie miałaś problemu by wyjść „do ludzi”, namawiać ich żeby dali się sfotografować?

P. S. – Jestem raczej introwertyczką, pomyślałam, że będzie mi ciężko się przełamać, ale zrobiłam to. Dzięki temu poznaje nowych ludzi i przekraczam własne ograniczenia.

D. O. – Fotografujesz gdańszczan, lubisz to miasto?

P. S. – Kocham! Mam swoje ulubione miejsca, choćby Biskupia Górka… Wprawdzie zajmuję się teraz fotografowaniem ludzi, to myślę, że Gdańsk odegra jeszcze sporą rolę w mojej pracy artystycznej.

D. O. – A skłaniasz się raczej do pozostania przy portretach, czy może myślisz o fotografii reportażowej, reporterskiej?

P. S. – Zdecydowanie chcę tego spróbować! Moim wzorem jest Vivian Maier, doskonała reportażystka, która umiała uchwycić zachowania ludzi w „decydujących momentach”. Jednak na dziś najważniejszym moim zadaniem jest realizacja projektu „Oblicza Gdańska”.

D. O. – Zatem powodzenia i do zobaczenia na wystawie za rok.

Projekt Pauli Sołtan to wydarzenie nie tylko artystyczne. To równocześnie praca z zakresu socjologii wizualnej. Ciekawe, czy za rok, oglądając zdjęcia zgromadzone na wystawie, będziemy mogli doszukać się w uwiecznionych na nich postaciach jakiegoś wspólnego mianownika, tego co gdańszczan łączy, jakiegoś „gdanskiego ducha” – genius humani a nie tylko genius loci? A może różnorodność mieszkańców miasta jest tak znacząca, że jedynym wspólnym mianownikiem bedą fragmenty miasta stanowiące tło wszystkich obrazów?

Strona projektu na FB: https://www.facebook.com/obliczagdanska?fref=ts

Pisarka gdańska na emigracji

Czy ktoś pamięta, że Gdańsk miał swoją pisarkę miejską? Kto wie, jak się nazywała i kiedy gościła w murach miasta?

Najpewniej odpowiedzi na te pytania znają nieliczni. No to przypomnę. Było to w roku 2009, pisarka nazywa się Sabrina Janesch i jest Niemką. Pisarką miejską została w ramach projektu, na który składało się półroczne stypendium. Jego fundatorem było niemieckie Kulturforum. Stypendium obejmowało środki „na życie” w wysokości 1500 euro (miesięcznie o ile się orientuję), prowadzenie bloga i wydanie książki powstałej na kanwie wrażeń i przemyśleń jakie pisarka miała po pobycie w Gdańsku. Koszt wynajmu mieszkania pokrywało miasto Gdańsk. Pani Sabrina owszem, mieszkała tu, owszem prowadziła życie miejskiej celebrytki i uczestniczyła w rozmaitych kulturalnych spotkaniach i wydarzeniach, owszem pisała bloga, a nawet napisała książkę. Wszystko jak zakładała umowa.

Książka nosi tytuł „Ambra” i została wydana w Niemczech. Po niemiecku. Nie po polsku. Nie w Polsce. Nie w Gdańsku.

Ciekawiło mnie, dlaczego tak jest i czy kiedykolwiek „Ambra” zostanie przetłumaczona na język polski. Zapytałem o to autorkę listownie. Odpowiedź nie napawa optymizmem. Sabrina Janesch napisała, że książka na polski przetłumaczona nie została i nie spodziewa się, by w najbliższym czasie to nastąpiło. Co za tym idzie, polskiego wydania spodziewać się nie należy. Pisarka nie mówi dlaczego jest jak jest. Może jej po prostu nie wypada. Pisze za to, że od czasu do czasu zagląda do Gdańska, ale w tym roku raczej nie będzie miała sposobności, bo od sierpnia będzie promować swoją kolejną (trzecią już) książkę w Niemczech.

Cóż, dlaczego stypendium , poza nieaktualizowanym od paru lat blogiem poświęconym działalności gdańskiej pisarki, o którym wszyscy już zdążyli zapomnieć, nie zaowocowało polskim wydaniem książki – będącej trwałym efektem, świadectwem tego przedsięwzięcia – pewnie wiedzą niektórzy gdańscy urzędnicy. Czy umowa stypendialna od początku nie zakładała polskiego wydania? Kto ją w takim razie skonstruował?! Czy po prostu zapomniano o realizacji tego ostatniego, kto wie czy dziś nie najważniejszego, elementu stypendium? Dlaczego miasto Gdańsk nie zadbało, by poza promocją miejskiej marki i ratuszową, efektem stypendium była także polskojęzyczna wersja książki „Ambra”. A może urzędnicy starali się, ale to jacyś „oni” są winni?

Nie mogę zrozumieć, że tak podstawowa rzecz, jak polska edycja książki poświęconej Gdańskowi, napisanej przez „Gdańską Pisarkę Miejską” nie doszła do skutku od 5 lat! Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego współcześni gdańszczanie, z reguły posługujący się językiem polskim, nie mogą przeczytać książki Sabriny Janesch! Ale jestem pewien, że gdański magistrat nie ma w tej sprawie sobie nic do zarzucenia. Skoro fundatorem była organizacja niemiecka, urzędnicy mogli spokojnie umyć ręce, przyjąć warunki jakie im narzucono i z radością promować się na miejskich salonach w blasku gdańskiej (a jakże!) pisarki.

Linki związane z przedsięwzięciem pt. „Gdańska Pisarka Miejska”:

Blog pisarki miejskiej

Blog pisarki Sabriny Janesch

Lans salonowy

Wywiad z Sabriną Janesch

Impresje z wyspy

IMG_0012

Miasta bywają niejednorodne. Bywają też podzielone na rozmaite sposoby – statusem społecznym mieszkańców, granicami naturalnymi, rodzajem i przeznaczeniem zabudowy, jej wiekiem itp. itd. To oczywistość. Kolejna oczywistość to fakt, że i Gdańsk takich podziałów nie uniknął. Ciekawe jest natomiast to, co z owych podziałów wynika, jak wpływają one na styl i jakość życia gdańszczan. O ile oczywiście mieszkańcy poszczególnych enklaw gdańszczanami się czują.

Na Wyspie Sobieszewskiej, oddalonej nie tylko od centrum miasta o kilkadziesiąt kilometrów, ale i od głównej drogi wylotowej z Gdańska, przynależnej administracyjnie do Gdańska ledwie od czterech dekad, wielu mieszkańców (choć pewnie nie wszyscy) szczególnego związku z Gdańskiem nie czują. Zwłaszcza w rejonie Świbna czy Przegaliny.

Z tych różnic i podziałów zdałem sobie sprawę pewnego dnia, kiedy wiozłem z wyspy do Gdańska autostopowiczkę. Starsza kobieta była gadatliwa i chętnie opowiadała, czym się zajmuje i jak żyje je rodzina. A jej głównym zajęciem jest handel telefonami (nielegalny najpewniej tak samo jak nielegalne jest źródło pochodzenia owych telefonów), papierosami (bez akcyzy rzecz jasna) i pozyskiwanie bursztynu (że na lewo, to oczywiste). Poza przyjmowaniem letników niektórzy wyspiarze być może zajmują się podobnymi działaniami ze szczególnym uwzględnieniem bursztynu. Poza tym żyją na swój sposób, zupełnie ignorując fakt swojej „miastowości”. Miasto im raczej do niczego niepotrzebne, a pewnie czasem i zawadza, bo do urzędów daleko. Miasto nawet mostu nie chce zbudować, co w 2011 roku spowodowało przymiarki do odłączenia się od miasta.

– Z tych pieniędzy, które wydali na remont, to już by dawno porządny most na wyspę był – mówi ekspedientka w sklepie spożywczym ulokowanym kilkadziesiąt metrów od przeprawy promowej w Przegalinie. – A tu u nas, pan zobaczy, przed sklepem na ulicy dziura na dziurze, strach iść żeby się człowiek nie potknął.

Do narzekań dołączyły robiące zakupy w sklepie okoliczne mieszkanki. – Panie, jak tu kiedyś ładnie było! Oglądałam stare zdjęcia, ulica równiutka, zadbana. A teraz?! Aż wstyd. Władza o nas zapomina.

– W ogóle się nami nie przejmują – wtóruje poprzedniczce kolejna pani. – Teraz ważniejsze są ptaki i foki. O ludzi w ogóle nie dbają.

Kiedy pytam kobiety o to, czy czują się gdańszczankami przez chwilę patrzą jakby chciały powiedzieć „stuknij się pan w łeb”. – Nie. Jesteśmy stąd i czujemy się mieszkankami Świbna. Gdyby Wyspa Sobieszewska została przy Pruszczu Gdańskim, to pewnie byśmy na tym wygrali.

Czy tak by było rzeczywiście, trudno powiedzieć. Pewne jest natomiast, że Wyspa nie jest priorytetem jeśli chodzi o inwestycje miejskie w infrastrukturę komunikacyjną i nie tylko. W każdym razie, władza wyspiarzy zaniedbuje, a efekt jest taki, że ludzie tu związków z miastem nie czują. Trudno się dziwić, ani tu miasto, ani styl życia miejski. Problemy też inne i robota, jeśli jest, to mało miastowa. Za to okręg wyborczy nie byle jaki, bo z numerem 1. A w tym okręgu to i Orunia-Lipce, i Stogi, i Letnica. A przecież Letnica ze swoim słynnym stadionem jest jak najbardziej miastowa. Że z Wyspy pod stadion prawie 30 kilometrów? To szczegół.

Opowiadanie na czas przeprowadzki – II

Minęło sześć tygodni od przeprowadzki na Chełm, a ja zwlekam z napisaniem tego tekstu, bo obserwacje jakimi się podzielę nie napawają mnie szczególnym optymizmem…

Po pierwsze – większą część życia spędziłem w mieście. Niestety, tylko kilka miesięcy w wielkopłytowym bloku na peerelowskim osiedlu i było to w czasach bezrefleksyjnie rozrywkowych. Po drugie – Mój dom rodzinny, wprawdzie w stu procentach miejski, to była poniemiecka oldskulowa kamienica, w której mieszka się zupełnie inaczej niż w tzw. bloku. Pierwsze lata w Gdańsku też spędziłem w starym budynku w centrum miasta.

Po trzecie – efekt jest taki, że teraz kiedy mieszkam w bloku, wprawdzie powstałym w pierwszych latach „poprzełomowych”, na dużym (ba, gigantycznym!) osiedlu, nie mogę się przyzwyczaić ani do stylu życia, ani do otoczenia, ani do wynajmowanego mieszkania.

Mieszkanie standardowe trzypokojowe, za to z elementami „alterantywopodobnymi”. Drzwi się nie domykają, bo są wypaczone. Jak się domkną, to trzeba niezłą siłę przyłożyć żeby je otworzyć. Klamki wypadają, albo nie odskakują, bo ktoś nie zamontował sprężyn. W kuchni wywietrznik bez możliwości regulacji mocy dopływu strumieni powietrza – zimą trzeba go było zakleić niezawodną srebrną taśmą, bo było lodowato. Sama kuchnia wyposażona w podstawowe meble z płyty wiórowej. Itp. itd. Dla człowieka mieszkającego dotąd w jako-takich uwspółcześnionych warunkach i realiach, nienawykłego do życia w bloku – dramat.

Sam budynek, może być. O dziwo, sąsiadów nie słyszymy wcale. Nie znamy ich też za bardzo, mimo że budynek ma tylko cztery kondygnacje.

A co przed budynkiem? Trawniki, place zabaw i zbyt ciasne parkingi. Samochody zaparkowane gdzie się da. Jeśli nie ma już miejsca na parkingu przed blokiem to na jezdni, na chodnikach, na skrzyżowaniu. czasem trzeba złożyć lusterko żeby nie utrudniać życia sobie i sąsiadom. No a trawniki? Są, owszem. A na nich pełno psich odchodów. Jesteśmy jedyną rodziną, która sprząta psie kupy po swoim czworonogu nie tylko z chodnika, jeśli się przydarzy, ale i z trawników. W efekcie trawniki są po prostu obs…

Przez ostatnich kilkanaście lat mieszkałem na podmiejskim osiedlu z lat 90. Nasz budynek miał trzy piętra i powstał w 2000 roku. To też inna jakość. Miejsc parkingowych nie brakowało. Nieopodal było pole, z którego korzystały psy. Cisza, spokój, z dala od wielkomiejskiego zgiełku.

No i się człowiek odzwyczaił. Myślałem, że jestem miastowy z krwi i kości, w stu procentach. A tymczasem… na Chełmie wymiękam. Zdałem sobie sprawę z tego, że przez ostatnie lata ja tylko używałem miasta do różnych celów. Nie byłem „wtopiony” w to miasto. (Nie oszukujmy się, tak już zostanie, bo za jakiś czas znowu zamieszkam pod miastem. Mimo wszystko zawsze będę „obcym”.) Używałem sklepów, knajp, instytucji, obiektów kultury, przestrzeni pasażowych, biur, parkingów, przystanków i tego wszystkiego, co jest naprawdę publiczne w przestrzeni publicznej. Nawet będąc pracownikiem instytucji ulokowanych w mieście, byłem nadal użytkownikiem.

Czy będąc jedynie użytkownikiem, mogę mówić o utożsamianiu się z miastem jako „moim” miejscem? Myślę, że w pewnym stopniu i w pewnym znaczeniu, tak. Choć będzie to miało inny wymiar niż w przypadku stałych mieszkańców Chełmu, Żabianki czy Oruni itd. Z drugiej strony, moja rola jest podobna do roli „długotrwałego” obserwatora, który poznał już miejsce, społeczność, jej język, jej historię, wszedł w relacje z nią i stara się dociec, czego jeszcze nie wie, a powinien. I dowiaduje się co i rusz czegoś nowego. Także o sobie samym.

Jedno jest pewne – nadal badam i węszę, a co wywęszę, tym się z Wami podzielę.

%d blogerów lubi to: