Po panelu piszę

IMG_20141023_114250Uczestniczyłem w jednym z paneli dyskusyjnych podczas konferencji SmartMetropolia 2014 w Gdańsku. Panel dotyczył wspólnotowości i więzi lokalnych, a moja prezentacja nosiła tytuł „Trzy tożsamości czy tożsamość trzech miast?”

Miałem okazję znaleźć się w gronie naukowców, socjologów, specjalistów od zagadnień tożsamości lokalnej. Udział w tym spotkaniu był pouczający. Niestety, to czego mi zabrakło, to czas na dyskusję. Ledwie kilka pytań zadanych z sali i pośpiech przy udzielaniu odpowiedzi. Sporo niedopowiedzeń, ledwie muśniętych wątków. Cóż, trudno.

Mam jednak możliwość poszerzenia swoich odpowiedzi na uwagi dwóch współuczestników panelu. Pan profesor Cezary Obracht-Prondzyński z Uniwersytetu Gdańskiego w odniesieniu do mojego wystąpienia stwierdził, że podział na „nowoczesną Gdynię” i „historyczny Gdańsk” uważa za niewłaściwy, błędny i stereotypowy. Rzeczywiście, to stereotyp i rozpoczynając swoje wystąpienie zaznaczyłem, że do stereotypów będę się odnosił i wśród nich poruszał. Szkoda, że profesor nie podał swojego punktu widzenia na relacje między Gdańskiem a Gdynią, ale rozumiem, że nie było na to czasu. Nie mam jednak pewności co do słuszności twierdzenia, że pojęcie „Trójmiasta” rozlewa się dalece na obrzeża metropolii. Być może tak.

Nie wiem też na pewno – w przeciwieństwie do pana profesora – czy wszyscy mieszkańcy Wejherowa odwiedzając inne regiony kraju, na pytanie o to, skąd przyjechali mówią, że z „Trójmiasta”. Ciekawe byłoby zbadanie tego, jak do przynależności „trójmiejskiej” przyznają się sami zainteresowani – mieszkańcy Gdańska, Sopotu i Gdyni. Z tego, że pojęcie „Trójmiasto” w ogóle funkcjonuje w potocznym obiegu, nie wynika jeszcze jakaś trójmiejska tożsamość. Co miałoby być jej wyznacznikiem, łącznikiem? Odpowiedź, że wspólne podróże SKM-ką, nie zadowala mnie zupełnie. Ja powstałej po II wojnie połączonej szczególnymi więziami społeczności mieszkańców trzech miast jakoś nie dostrzegam. To znaczy, nie dostrzegam siły tych więzi. A przypomnę (o czym pisałem już kiedyś przy innej okazji), że jakieś dziesięć lat temu Paweł Huelle powiedział w rozmowie ze mną, iż Gdańsk tonie we własnej mitologii. To historyczne uogólnienie jest moim zdaniem aktualne do dziś. W haśle „Gdańsk miastem wolności i solidarności” wciąż mocniej pobrzmiewa nuta historii, niż muzyka przyszłości. Poza tym, nie widzę niczego złego w tak opozycyjnym pojęciowo rozdzielaniu Gdańska i Gdyni. Zamiast się obruszać, lepiej byłoby na tych opozycjach budować kapitał.

Całkiem intrygującą rzecz powiedział pan profesor Tomasz Szlendak z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu odnosząc się do moich uwag o niepewnej, zaburzonej, tworzącej się od nowa, tożsamości mieszkańców Sopotu. Profesor uznał bowiem mniej więcej, że skoro Sopot jest coraz bardziej miastem napływowego establishmentu, turystów, okazjonalnych imprezowiczów, to oni właśnie określają nową tożsamość tego miasta i mają do tego pełne prawo?

Czyli skoro oni – w gruncie rzeczy obcy, bo nie stąd i nie związani emocjonalnie na trwałe z Sopotem – mówią, że jest to miasto „rozrywkowe” i nic ponadto, to należy przyjąć to do wiadomości. Tożsamość miasta określona nie przez sopocian, a przez jego konsumentów. Czyżby sopocianie nie mieli nic do powiedzenia? Są definicje, które takie miasto jak Sopot pozwalają umieścić w szufladce „nie-miejsca”, więc nie powinienem się specjalnie dziwić. Jestem mimo to zdziwiony. Tożsamość lokalna zdefiniowana nie przez autorefleksję, ale w stylu „jak cię widzą, tak cię piszą”… Tożsamość personalna zawsze jest sumą kilku składowych, między innymi tego, jak postrzegają nas inni. Z tożsamością miejsc jest w pewnym sensie podobnie, ale pozostawianie całego pola nie-miejscowym? Hmmm…

Reklamy

Urban power!

1
Powiedzieć, że miasto jest organizmem żywym i podlegającym nieustającym przemianom, to powiedzieć banał. Dziś jesteśmy świadkami nie tylko zmian zachodzących w strukturach miast; obserwujemy redefinicję wyznaczników miejskości. O ile bowiem w klasycznym i najbardziej prostym ujęciu, miasto jest zbiorem zwartych zabudowań, które pełnią ściśle określone funkcje i przez to stanowią o miejskim charakterze ośrodka, o tyle dziś niektóre z tych funkcji terytorialnie przypisane są do konkretnych części miasta. Inne zaś dominują w pozostałych dzielnicach. Na przykład przysłowiowa funkcja „sypialni”. Mam wrażenie, że jeśli idzie o Gdańsk i Gdynię, „sypialnie” dominują w przestrzeni. „Miasto” zaś, jakie znamy z dawnych definicji – z biurami, instytucjami kultury i administracji itp., zamyka się w kwartałach kilku głównych dzielnic.

A przecież powstające jak grzyby pod deszczu na terenach wiejskich, a równocześnie podmiejskich, osiedla, czy nawet pojedyncze ulice, zabudowane szeregowcami, bliźniakami, będące niczym innym jak replikami owych „sypialni”. Rzecz jasna, w wersji sielankowo-wiejskiej, „na bogato” (lub po prostu „nowobogacko”). Owe wsie użyczające gruntów miejskim uciekinierom, często wsiami są jedynie z dokumentów. A owi uciekinierzy równie dobrze mogliby mieszkać – zamiast w Rokitnicy czy Baninie, to dajmy na to, na „Moim Marzeniu”, „Kolorowym” itp. Czy mówienie, że coś jest miejskie, a co innego nie, zawsze ma sens?

2
Niedawno pewien mój kolega poszukując mieszkania do wynajęcia dla kogoś ze swoich znajomych, napisał w anonsie na FB, że szuka czegoś w konkretnej dzielnicy Gdańska, a nie na jakimś „południowym wygwizdowie” (słowa „wygwizdów” użyłem w zastępstwie oryginalnego, mniej eleganckiego, sformułowania). Ów kolega od dzieciństwa mieszka w „konkretnej dzielnicy”, czyli we Wrzeszczu. Dla niego południowe dzielnice miasta, to już właściwie nie miasto, nie Gdańsk.

Inny mój znajomy, podczas publicznego wystąpienia z dumą podkreślił, że jest „gdańszczaninem od trzech pokoleń, a to oznacza, że mieszka w centrum Gdańska, nie na >>południu<<, zna miasto i żyje jego problemami”. Jednym zdaniem, najprawdopodobniej ten znajomy uznał, że jest „prawdziwym gdańszczaninem”. Ci z południa to przybłędy żyjące na marginesie.

Być może się mylę, ale wraz z rozrostem miast i wylewaniem się ich do suburbiów, chyba jesteśmy świadkami narodzin nowej tożsamości: „urban power” – Miasto to my! Reszta spadać!

Każdy ma głos

Niby nic, kolejna ankieta, tym razem przeprowadzona przez gdyński Zarząd Dróg i Zieleni. Dotyczyła organizacji ruchu na ul. Świętojańskiej. Przeprowadzono ją przez Internet z udziałem niewielu ponad 2700 respondentów. Ciekawe są jednak nie tylko wyniki badania. Interesujący może być pewien aspekt badawczy związany z ankietą i jej wynikami.

Ale właśnie, najpierw wyniki [1]. W skrócie rzecz wygląda tak:

  • w ogólnej liczbie głosujących gdynianie stanowili 93 procent
  • ponad 60 procent to użytkownicy – osoby korzystające z ul. Świętojańskiej, ale nie mieszkające na niej
  • pozostali to osoby pracujące tam albo mieszkańcy
  • 27 procent respondentów nie chce jakichkolwiek ograniczeń dla ruchu samochodów na ul. Świętojańskiej
  • w gronie osób optujących za ograniczeniami 11 procent domaga się dla Świętojańskiej formuły deptaka – tylko dla pieszych
  • 30 proc. dopuszcza możliwość ruchu pieszego i rowerowego
  • 25 proc. chce by udostępnić tę ulicę także transportowi miejskiemu
  • 11 proc. uważa, że zmotoryzowani mieszkańcy Świętojańskiej powinni mieć swobodny dostęp do tej ulicy.

Wśród ankietowanych byli także gdynianie jeżdżący na co dzień po Świętojańskiej samochodami. I wśród nich znaleźli się zwolennicy deptaka.

I to właśnie zwraca moją uwagę. 89 proc. ankietowanych deklaruje, że posiada samochód lub samochód jest „na stanie” w ich gospodarstwie domowym. Ciekawa odmiana dychotomii – kierowcy sami, z własnej woli, deklarują gotowość do rezygnacji z danej im kiedyś przestrzeni. Być może dlatego, że dotarcie do dowolnego punktu przy ul. Świętojańskiej nie jest specjalnie trudne o ile znajdzie się miejsce parkingowe na którejś z bocznych uliczek, albo na parkingach „u góry” lub „na dole” ulicy. Gorzej, jeśli uda się nam zaparkować na dole (bo u góry miejsc brak), ale czeka nas spacerek w okolicę powiedzmy Empiku albo magistratu. Pozostaje nadzieja, że „piesza” Świętojańska stanie się naprawdę wspaniałym, atrakcyjnym rekreacyjnie, komercyjnie i wizualnie, deptakiem.

Jest jeszcze jeden ciekawy aspekt sprawy. Otóż wśród głosujących większość stanowili użytkownicy – korzystający z ulokowanych przy tej ulicy sklepów, banków, restauracji, biur itp. Do tego głosowało 7 procent ludzi nie mieszkających w Gdyni. Oni też roszczą sobie prawo do współdecydowania o losie ulicy Świętojańskiej. Może są wśród nich mieszkańcy Redy czy Gdańska, ale być może są i zakopiańczycy albo wenecjanie? Czy ich opinie powinny być brane pod uwagę? Na ile „obcy” są upoważnieni do decydowania o tej konkretnej przestrzeni? Na ile ta przestrzeń jest własnością, dobrem wspólnym? Czy przyjmować jakiekolwiek ograniczenia? Czym się kierować – względami fiskalnymi na przykład?

Te pytania przychodzą mi do głowy kiedy czytam wyniki ankiety. Moim zdaniem decydować mają prawo wszyscy. Dziś zaciera się bowiem różnica między mieszkańcem a użytkownikiem miasta. Otwartość, dostępność i funkcjonalność miast w ogóle oraz – z drugiej strony – ograniczenia funkcjonalności powodują, że stają się miasta dobrem wspólnym i wspólnym ciężarem. Nic by się oczywiście nie stało gdyby umożliwić podejmowanie decyzji tylko gdynianom. Tak samo jak nic się nie stanie jeśli wypowiedzą się nie-gdynianie. Jedynym warunkiem deontologicznym uprawniającym do głosowania powinien być ten, że ankietowany bywał, bywa i będzie bywał w miejscu, o którym mówi. Zna je i jest z nim emocjonalnie lub utylitarnie związany. Jest to oczywiście niemierzalne na dłuższą metę i ankietujący muszą zdać się na dobrą wolę respondenta.

(Nie należy wiązać tej sprawy z kwestiami np. budżetu partycypacyjnego. Jest on bowiem skierowany do ludzi mieszkających w konkretnym miejscu i w konkretnym miejscu płacących podatki.)

[1] Tutaj pełne wyniki ankiety

WTF?

IMGP8521

Sea Towers, Infobox, Riviera, Waterfront – to lingwistyczny pejzaż Gdyni jaką dziś mamy i jaką mieć będziemy niebawem. O ile kilka atrakcji z tego i tak pewnie niekompletnego zestawu, które koniecznie trzeba w „mieście z morza” zobaczyć, już mamy, o tyle kolejna – ów waterfront – powstanie niebawem.

– Dzięki zmianie nazwy będziemy mogli spopularyzować i utrwalić w świadomości mieszkańców i turystów odwiedzających Skwer Kościuszki markę nowego projektu – mówi Roger Andersson, dyrektor zarządzający SwedeCenter, inwestora projektu Gdynia Waterfront.

To cytat z portalu Trojmiasto.pl, który informuje, że istniejące dotąd Gemini (też po słowiańsku, a jakże!) zamieni się w Centrum Kultury i Rozrywki Gdynia Waterfront. Po co? No właśnie po to, żeby „popularyzować i utrwalać”. Co z tego, że nie o popularyzowanie i utrwalanie marki Gdynia chodzi, a o jakiś waterfront. Ważne, że w mieście się dzieje, są nowe inwestycje, jest „progress”.

Cóż, że Gdynia to miasto na wskroś polskie, polskość stanowi trwały element jego mitu założycielskiego. Wszak równocześnie jest oknem na świat. Dziś nieco przymkniętym, to prawda, ale jednak! A to zobowiązuje. Ma być światowo, no to jest. Towers, box ewentualnie water.

Pisałem jakiś czas temu o niemożności odnalezienia przez Gdynię (władze miasta konkretnie) symbolu, emblematu albo, jak już ma być z angielska, brandu. Tym razem mamy do czynienia z oddaniem pola inwestorom, którzy robią co chcą i jak chcą zaśmiecając to korzennie wszak polskie miasto boksami, frontami itp. itd. I którzy sobie utrwalają i popularyzują swoje brandy, loga, marki itp. Dlaczego waterfront a nie nabrzeże na przykład, albo coś innego, morskiego w charakterze, ale po polsku? A po co, skoro nie o Gdynię chodzi, tylko o to, by w Gdyni, na Gdyni, jej mieszkańcach i jej gościach zarabiać.

Że inwestor i Gdynia naginają ustawę o języku polskim z 1999 roku, mniejsza o to. Wszak miasto samodzielnie też ją naginało choćby przy okazji Infoboksu. (Tak, w języku polskim pisanym wszelkie iksy w odmienianych nazwach zamienimy na „ks”).

Na ust korale cisną się pytania, czy owe anglicyzmy w przestrzeni miejskiej to konieczność dziejowa, czy signum temporis (a co sobie będę żałował!), czy po prostu urzędniczy tumiwisizm? Ciekaw jestem ewentualnej odpowiedzi i pocieszam się tym, że słowa Gdynia nijak nie da się wymienić na jakieś angielskie zgrabne słówko.

Kilka słów o galerii recyklingu

Dziesiąta odsłona galerii recyklingu przestrzeni to dobra okazja żeby o tej galerii coś opowiedzieć. Zatem dziś, nietypowo – nie o trzech miastach (razem lub osobno) i o ich mieszkańcach, ale o blogu i o tym, co się na nim dzieje.

Recykling przestrzeni, jak nietrudno się zorientować, to hasło opisujące zmiany zachodzące w otoczeniu, w miejskim krajobrazie. A skoro recykling, to zmiana „starego” na „nowe”. Brzmi obiecująco i świeżo. Niestety, okazuje się, że ów recykling bywa bezsensowny, niepotrzebny, a często w ogóle go nie ma. W jego miejsce pojawia się destrukcja bez obietnicy pozytywnej przemiany.

I takie miejsca pokazuję najczęściej w tej galerii. Żeby uchwycić moment upadku, ostatnie obrazy dawnego kształtu przestrzeni, artefakty, ślady ludzkiej bytności. To dokument i kreacja obrazu. Łączę te dwa elementy za pomocą starej, przebrzmiałej, a może nawet obciachowej dziś, techniki HDR. Obraz zapisany tą metodą jest przerysowanym zapisem rzeczywistości. Nie do końca prawdziwym, ale jednak niezafałszowanym, niezmienionym, nieustawionym na potrzeby zapisu. HDR zmienia barwy, ale w zdjęciach ruin i ruder doskonale sprawdza się i uwypukla to, co warte pokazania. Świetnie oddaje stan upadku. Konserwuje jego odzwierciedlenie niczym werniks, w którym obraz „zastyga” na wieki.

Początkowo myślałem, że będę skupiać się na obiektach monumentalnych, znanych, a przynajmniej spektakularnych. I kilka takich ruin sfotografowałem: Zakłady Mięsne z przyległościami w Gdańsku, sanatorium w Gdyni-Orłowie, fragmenty Stoczni Gdańskiej. Z czasem okazało się, że są inne miejsca warte zapisania w galerii recyklingu. Mniej znane, mniej spektakularne, ale nie mniej „widowiskowe” i interesujące. Bliższe za to codzienności. I stąd na przykład zdjęcia z ul. Uczniowskiej czy ul. Orzeszkowej w Gdańsku. Pokazuję na nich zwykłe budynki, niegdyś mieszkalne, dziś czekające na swój ostateczny koniec. Takie miejsca są może nawet niekiedy bardziej interesujące i inspirujące niż wielkie obiekty poprzemysłowe. Trudno nie wzruszać się patrząc na zdjęcie śladów życia „małej księżniczki Martynki” albo dziecięcych rysunków przytwierdzonych do ściany, których mała autorka nie zabrała ze sobą do nowego świata. Jakby zostawiając za sobą zamknięty rozdział pierwszych kilku lat życia. Trudno nie wzruszać się oglądając płyty nagrobne z ledwo widocznym dziś wspomnieniem o tych, którzy pod tymi płytami spoczywają. Choć tak naprawdę nie tyle spoczywają, ile rozpadli się proch i pył razem z całą swoją historią, swoimi żywotami, myślami, marzeniami i uczynkami. I rozpadli się dano ci, co ich znali.

Oczywiście, najlepiej nie włóczyć się tam, gdzie ja się włóczę robiąc zdjęcia do galerii. To niebezpieczne a czasem nielegalne, jak w przypadku szańca Jezuitów. Przydają się dobre, sztywne buty a czasem kask. Ale wiem, że nie ja jeden uskuteczniam takie włóczęgi, więc wina rozkłada się na wielu. Poza tym taka włóczęga wciąga. I jak tu nie zajrzeć do kolejnej ruiny, skoro za chwilę może jej nie być? Każda ruina, oprócz malowniczej degrengolady cegieł i desek, zawiera historie ludzi z nią związanych w przeszłości. To sprawia, że jest czymś więcej niż tylko chaotycznym zbiorem gruzu. Jest pudełkiem z opowieściami. Z konieczności często musimy snuć je sami, a prawdziwe opowieści pozostają nieznane na zawsze. Z drugiej strony, galeria recyklingu przestrzeni to jedyne miejsce na tym blogu, w którym ważniejsze od ludzi są cegły. Choć to oczywiście pozory.

Ubolewam, że cała galeria jest bardzo gdańska. Spoza Gdańska jest tylko jeden zestaw, ze wspomnianego wyżej Orłowa. Wynika to stąd, że nie znam na tyle dobrze Sopotu i Gdyni, żeby wyszukiwać tam jakieś ciekawe obiekty do fotografowania. Postaram się nadrobić te zaległości, ale może ktoś mógłby mi pomóc? Jeśli znacie jakieś rudery na terenie Gdyni i Sopotu – mniejsze i większe, które warto „uwiecznić”, dajcie znać. Postaram się zrobić w nich serię zdjęć.

Zapraszam do galerii recyklingu przestrzeni

%d blogerów lubi to: