Opowiadanie na czas przeprowadzki – I

Untitled

Pozwoliłem sobie sparafrazować tytuł zapożyczony od Pawła Huellego na potrzeby minicyklu, który niniejszym uruchamiam na Blogu Trzech Miast. Cykl ów – najpewniej kilka tekstów rozrzuconych nieregularnie po kalendarzu – to pewne novum dla mnie, choć bywały tu już teksty dwuodcinkowe. Teraz odcinków będzie pewnie więcej i będą poprzetykane być może tekstami zupełnie z serią niezwiązanymi. Chcę tu opisać – ni mniej, ni więcej – wrażenia z własnej przeprowadzki. Szczęśliwie wszystko jest antropologią, zatem Czytelnik wybaczy mi, mam nadzieję, tę odrobinę autorefleksji i prywaty.

Przeprowadzam się z opłotków Gdańska (wieś Kowale) do samego miasta(!) Dokładnie na Chełm. Nie jest to przeprowadzka na stałe, a tymczasowa. No i właśnie z tego powodu dziś kilka uwag/przemyśleń natury ogólnej.

Niby miasto ten Chełm, niby Gdańsk z cegły i pustaka. Niby ludzie z Gdańska i w Gdańsku, z Gdańskiem związani… ale czy ta dzielnica to jeszcze miasto, czy może już osiedle? Różnica jest spora i przed laty pisał o niej wspomniany wyżej Paweł Huelle (nie żebym był jakimś zagorzałym fanem, ale owszem, lubię):

„Zakład Osiedli Robotniczych jako inwestor nie odbudowywał (…) dzielnicy Głównego Miasta jako przyszłego, ruchliwego centrum wielkiego polis, ale jako Główne Osiedle. Różnica między „miastem” a „osiedlem” jest tymczasem fundamentalna. Miasto to zmienność, handel, koncentracja, rozrywka, gęstość, nieoczekiwane zdarzenia, osiedle natomiast to „substancja mieszkaniowa” oraz dodane do niej „funkcje zaopatrzeniowe i usługowe”, których ilość i jakość dekretowano na podstawie urzędniczej normy. Cechą miasta jest nieustanne napięcie, osiedla mieszkaniowego – spokój i senność.” („30 dni”, styczeń 1999)

Pisarz wypomina budowniczym powojennego Gdańska, że w tak zwanym centrum urządzili sypialnię zamiast tętniącego życiem miasta z prawdziwego zdarzenia. Co by nie powiedzieć, coś w tym jest, choć z czasem tempo życia w owej „sypialni” przyspieszyło i jeśli ktoś myśli dziś o Gdańsku to właśnie o owej osi rozpoczynającej się gdzieś w okolicach ul. Okopowej, a ciągnącej się przez Wrzeszcz, aż do parku w Oliwie. A Chełm? Przecież to osiedle w pełnym tego słowa znaczeniu. To nawet nie dzielnica, a właśnie osiedle. Jakby strefa odrębna od miasta, ze swoimi quasi podwórkami, parkingami, których jest za mało, wielkim bratem w postaci administrującej całością Spółdzielni i wreszcie blokami (różnej wysokości i długości, ale zawsze kojarzącymi się z osiedlem a nie z miastem).

Czym jest więc dzisiaj miasto? Czy, jak chce Huelle, koncentracją i gęstością (ludzi, sklepów, urzędów, pojazdów itp. itd.)? Czy może po prostu skupiskiem mieszkańców  funkcjonujących na co dzień w granicach administracyjnych miasta (z tendencjami do poszerzania się tu i ówdzie), których styl życia jest odmienny od stylu życia lokatorów podmiejskich domków, szeregowców czy wręcz wsi?

Czy mieszkańcy Chełmu mieszkają w mieście czy w terenie miastopodobnym? Jakby sprawy nie ugryźć, dzisiaj miasto to coś więcej niż zauważa Paweł Huelle. To także mapy mentalne, uczuciowe, sentymentalne oraz praktyczne/codzienne związki z owym „centrum”, o którym myślimy kiedy mówimy „Gdańsk”. O ile Chełm nie jest kwintesencją Gdańska (bo zakładamy, że dla świata zewnętrznego jest nią ul. Długa, Neptun, Motława itp.), o tyle jego mieszkańcy są gdańszczanami m. in. dlatego, że dla nich to miasto jest czymś więcej niż zestawem pocztówkowych atrakcji. Żyją w swoim odrębnym od centrum świecie, odciętym od niego drogami dojazdowymi, korkami, blokowiskami, a jednak stanowią część tej samej całości, na którą składają się mieszkańcy Zaspy, Przymorza, Żabianki na równi z lokatorami Brzeźna, Wrzeszcza i Oliwy o Dolnym Mieście nie wspominając.
Miasta rosną, rozprzestrzeniają się. Pisałem kiedyś nawet, że dziś nie buduje się dzielnic tylko osiedla, często odcięte od siebie, niewiele mające wspólnego z centrum. I podtrzymuję to zdanie. Jednak są pewne obszary miast, które choć nie leżą w ścisłym centrum, wrosły w nie na tyle mocno – zarówno w strukturę, jak i w mentalność mieszkańców – że oddzielić się ich od miasta nie da. Chełm do takich obszarów należy.

Reklamy

Miasto i mit

Gdańsk należy do miast nierozerwalnie związanych ze swoją mitologią, wręcz trudnych do wyobrażenia bez spoglądania przez pryzmat czegoś, co zwyczajowo nazywamy tu mitem. Rolą mitu jest nie tylko opowiedzenie historii miasta, ale wyjaśnienie jego dziejów, zmian zachodzących w czasie. A mam też wrażenie, że niezwykle istotnym zadaniem mitu Gdańska jest wykazanie oraz uzasadnienie roli miasta w czasie i przestrzeni. Roli rzecz jasna niezwykłej, jedynej w swoim rodzaju. W wymiarze historycznym i społecznym.

Oczywiście Gdańsk nie ma jednego mitu ani mitu wiodącego. Każdy czas, każda epoka, ma swój mit lub nawet kilka mitów. O ile dobrze pamiętam pierwszy z jakim się zetknąłem tu na miejscu, to mit wyłaniający się z kart niektórych książek Pawła Huelle czy Stefana Chwina. Dwaj „pisarze wspomnienia i marzenia” (jak nazwał ich kiedyś nie pozbawiony wad choć zasłużony Jan Błoński) opisywali Gdańsk, jakiego już nie ma, a do jakiego być może sami tęsknili, bo wywodzą się z epoki wciąż jeszcze „zawieszonej” między dwoma Gdańskami, a właściwie między Danzig a Gdańskiem. Opisują zarówno miasto niemieckie jak i miasto polskie, splatając dzieje tych dwóch światów. Z tego opisu wyłania się tęsknota nie tylko za czasem dzieciństwa, ale również obraz miasta trwającego na styku różnych kultur – miasta wielokulturowego, jakbyśmy dziś powiedzieli. Ponadto w ich książkach Gdańsk jest miastem magicznym, co potęguje wrażenie „mitologizacji” miasta i czasów opisywanych przez autorów. I chyba ta magia, niezwykłość, aura wyjątkowości, może czasem nawet oniryczności, jest najważniejszym składnikiem mitu Gdańska jaki udało się stworzyć Huellemu i Chwinowi. Kto wie również, czy to właśnie nie owa magia dała efekt w postaci ogromnego zainteresowania przeszłością (także niemiecką) miasta wśród jego mieszkańców, którzy uwierzyli – i słusznie – że przyszło im żyć w miejscu niezwykłym…

stocznia12Inny mit Gdańska to mit Kolebki. Znałem ten mit jak miliony Polaków, zanim jeszcze osiadłem w tym mieście. Tu jednak, na miejscu, przekonałem się o jego sile, choć byłem też świadkiem jego upadku. „Gdańsk – miasto Wolności”, takie hasło od kilku lat jest wykorzystywane przez lokalne władze w strategii wizerunkowej miasta. I choć owa wolność z pewnością miała swój początek w Stoczni Gdańskiej (wtedy jeszcze im. Lenina), to mam wrażenie, że dziś znaczy zupełnie co innego i do czego innego się odnosi.

Oba przywołane wyżej mity mają współczesne korzenie (lub powiedzmy dwudziestowieczne). Są jeszcze takie wydarzenia historyczne jak obrona Poczty Gdańskiej czy obrona Westerplatte – one także budowały (doraźny) mit miasta – tym razem wiernie oddanego Ojczyźnie, polskiego i prawowicie Polsce przywróconego. Ale przecież mitologia Gdańska to nie wynalazek współczesności. Pierwszy mit to mit świętego Wojciecha, który przebywał w mieście podczas swej tragicznej podróży misyjnej do Prus. Mit ważny dla chrześcijaństwa i Kościoła katolickiego. To także mit założycielski Gdańska, a jego ranga dla historii Kościoła w Polsce oczywiście umacnia rangę tego miasta na mapie (nie tylko historycznej) naszego kraju.

Inny ciekawy, historyczny już dzisiaj mit, to mit zilustrowany na ścianach Sali Czerwonej Ratusza Głównego Miasta. Pomieszczenie zdobią obrazy z cyklu „Cnoty Obywatelskie” Hansa Vredemanna de Vriesa i noszą takie tytuły: Sprawiedliwość, Mądrość, Pobożność, Zgoda, Wolność, Stałość i Sąd Ostateczny. To alegoryczne przedstawienie owych tytułowych cnót służące nieustannemu przypominaniu rajcom miejskim jakie jest ich powołanie w służbie miastu i jego mieszkańcom. Ponadto na suficie Sali znajdują się inne obrazy, a wśród nich, w centralnym punkcie „Apoteoza Gdańska” Izaaka van den Blocka. Jakie treści kryjące się za poszczególnymi elementami obrazu świetnie opisuje niezawodny iBedeker [1]. Tak więc mamy do czynienia z mitem miasta doskonałego, kwitnącego, słynącego swobodami i mądrością jego włodarzy. Tak rajcy chcieli widzieć Gdańsk i w taki Gdańsk, czy też jego mit, wierzyli. Niemalże manierystyczne „Miasto Wolności”.

To tylko niektóre, moim zdaniem najciekawsze i najważniejsze, mity dotyczące Gdańska. Powstawały na potrzeby czasów i pokoleń. Ciekaw jestem mitu jaki wyłoni się z gdańskiego „dziś, tu i teraz”. Wierzę rzecz jasna, że w ogóle taki mit powstanie (a może już powstaje), bez niego miasto trwałoby zawieszone w próżni. I mam nadzieję, że piszą go mieszkańcy miasta a nie skrybowie pracujący dla Ratusza.

[1]Sala Czerwona w iBedekerze

%d blogerów lubi to: