Sopot, listopad i reszta świata

Miasta miewają wiele „twarzy”, to nic nowego. Ale zobaczyć inne oblicze miasta, które zna cała Polska niczym Księżyc, tylko z jednej (właśnie wcale nie jesiennej) strony – to doświadczenie arcyciekawe.

Pewnego listopadowego poranka zobaczyłem jesienne oblicze Sopotu. Dla mieszkańców tego miasta to normalka, oni obcują z kurortem na co dzień, niezależnie od pory roku i aury. Ja wprawdzie bywam w Sopocie często, ale jakoś nigdy nie zdarzyło mi się tam zajrzeć w listopadzie o dziewiątej rano. Rano – owszem, ale latem, w pełni sezonu, kiedy tłumy plażowiczów ciągną już w dół Monciaka z ręcznikami pod pachą i tobołkami mieszczącymi ich tymczasowy, sezonowy dobytek. Rano zimą, o ile pamiętam mnie tu nie było, jesienią chyba tym bardziej nie. Bywam czasem w jesiennym i zimowym Sopocie wieczorem, ale nawet jeśli to jest późny i pozasezonowy wieczór, to życie jakieś się dookoła toczy. A kiedy na dłużej zamiera, można to sobie tłumaczyć tym, że o zmierzchu w ogóle cały świat się zmienia.

Tymczasem zdarzyło mi się być dwa dni temu w Sopocie rano (rano było umowne, bo minęła godzina 9., zbliżała się 9.30). I był to listopad, a miasto było w tym listopadzie pogrążone po ostatnią dachówkę. Oczywiście, najciekawsze objawy listopadowej „nicości” czy prawie-pustki, można było obserwować tuż przy gruncie, na ulicach, deptakach, na plaży.

Stali mieszkańcy, albo byli w pracy, albo w szkołach, albo po prostu siedzieli schowani w domach, bo po co wychodzić z domu, kiedy szaro-buro i ponuro za oknem. I wiatr wieje i kapuśniakiem od czasu do czasu zacina. Tylko zapóźnieni post-sezonowi turyści, owi obcy – inni – przybysze, snuli się tu i ówdzie (Monciak, Molo), szczęśliwi pewnie, że udało im się wyrwać „nad morze” po sezonie, po tłumach. Ulice i place świeciły pustkami. Kurort po sezonie zmienił się w senne miasto i trudno powiedzieć, kiedy Sopot jest bardziej realny – gdy zapełniają go tysiące letników, czy może teraz, kiedy rano wiatr hula po ulicach?

Podwójna twarz kurortu wiąże się zagadnieniem jego użyteczności. Turyści i wczasowicze przebywający tu okresowo w sezonie wakacyjnym, korzystają z miasta jako miejsca wypoczynku. Używają go jak używa się hotelu, restauracji, basenu lub dowolnej przestrzeni istniejącej po to, by dawać ludziom wytchnienie. Równocześnie stali mieszkańcy użytkują swoje miasto tak, jak używa się każdego innego miasta. Tu pracują, uczą się, mieszkają, wypoczywają i tak dalej. Jedna przestrzeń zagospodarowywana na dwa sposoby. Po sezonie zaś, choćby w listopadzie, miasto jest przestrzenią i zbiorem przedmiotów codziennego użytku przeznaczonych do korzystania z nich nie od święta, raz w roku, wakacyjnie lub weekendowo, ale właśnie na co dzień, na stałe, zwyczajnie. Dwie funkcje w jednym. To się da pogodzić. Po sezonie nie trzeba się nawet tak bardzo starać.

Na zdjęciach widać listopadowy Sopot. Pusty prawie, ale to pozory. Miasto żyje i tylko o poranku łapie chwile wytchnienia od reszty świata. Za kilka miesięcy trzeba będzie tę resztę świata znów u siebie powitać.

IMG_0049 IMG_0050

IMG_0053

IMG_0054

IMG_0056

IMG_0057

IMG_0059

IMG_0060

IMG_0061

IMG_0062

IMG_0063

IMG_0067

IMG_0068

IMG_0069

IMG_0070

Reklamy

Sopot – nowa Utopia?

Zanim dotrzemy do pytania o tytułową Utopię, garść cytatów. Otóż w opublikowanej z początkiem tego roku „Diagnozie społecznej i gospodarczej” dla Sopotu (zespół pod red. Marcina Nowickiego) czytamy m. in.:

Sopot tylko nominalnie jest średniej wielkości, około czterdziestotysięcznym miastem. Realnie ma pewne cechy takiego miasta – np. w odniesieniu do skali i charakteru zagospodarowania przestrzennego. Formalnie, jest oczywiście samodzielną jednostką administracyjną, której terytorium podlega władzy lokalnej wspólnoty samorządowej – mieszkańców Sopotu. Jednak w ujęciu funkcjonalnym, którego istotą są relacje pomiędzy różnymi podmiotami (osobami fizycznym, przedsiębiorstwami, organizacjami pozarządowymi, władzami lokalnymi) jest częścią większego organizmu – aglomeracji Trójmiasta. Relacje te bardzo mocno wiążą Sopot z pozostałymi miastami i gminami aglomeracji – w szczególności z Gdańskiem i Gdynią. Można wręcz powiedzieć że cześć sukcesów jak i porażek, które stały się udziałem Sopotu i jego mieszkańców jest konsekwencją sukcesów i porażek, jakie odniosły Gdańsk i Gdynia. W tym sensie można mówić o Sopocie jako części miasta a pod pojęciem miasta rozumieć aglomerację Trójmiasto.

sopot tunelPal licho tę „aglomerację Trójmiasto” składającą się wedle autorów diagnozy z 13 gmin (!): Pruszcz Gdański, Kolbudy, Pruszcz Gdański, Żukowo, Kosakowo, Reda, Rumia, Wejherowo, Szemud, Wejherowo, Gdańsk, Gdynia i Sopot. Ciekawe jest dostrzeżenie wpływu jaki wywierają dwa sąsiednie miasta na Sopot. Autorzy, nie bez racji piszą o swoistej współodpowiedzialności Gdańska i Gdyni za sukcesy i porażki kurortu. Ale odnotowują jeszcze jedno zjawisko. Wpływ sąsiedztwa i specyfiki miasta (w znacznie większym stopniu niż Gdynia i Gdańsk, nastawionego na turystów – tymczasowych przybyszów oraz czerpiącego dochody głównie z przemysłu turystycznego) na sytuację populacyjną miasta.

W „Diagnozie” czytamy m.in.: Korzyści wynikające z wpływu aglomeracji na Sopot występują przede wszystkim w obszarze rynku pracy, dochodów oraz dostępności do infrastruktury technicznej, społecznej i gospodarczej. Te aspekty w bardzo dużym stopniu determinują warunki życia (obiektywne warunki otoczenia) jak i jego poziom (możliwości, głownie finansowe skorzystania z tych warunków).

Wśród niekorzyści wymienić należy znaczny odpływ migracyjny i w konsekwencji bardziej zaawansowany proces starzenia się społeczeństwa.(…)

Choć Sopot także wpływa na rozwój aglomeracji, to biorąc pod uwagę różnicę skali, właśnie to miasto czerpie większe korzyści z tytułu położenia i sąsiedztwa.

Dobrze ilustrują to dwa przykłady. Około 39 tys. mieszkańców Sopotu stanowi dla firm z Gdańska czy Gdyni (odpowiednio 461 tys. i 249 tys. mieszkańców) o wiele mniejszy rynek zbytu niż rynki własnych miast. Odwrotnie jest w przypadku firm sopockich. Podobnie jest z rynkiem pracy. Dla około 24 tys. mieszkańców Sopotu w wieku produkcyjnym lokalny rynek pracy nie ogranicza się do miasta zamieszkania w którym istnieje ok. 12 tys. miejsc pracy. Około 145 tys. miejsc pracy w Gdańsku i 69 tys. w Gdyni istotnie rozszerza możliwości zatrudnienia.

Z punktu widzenia mieszkańców Gdańska i Gdyni podaż pracy w Sopocie ma wyraźnie mniejsze znaczenie. Sopot powinien być zatem szczególnie zainteresowany wzmacnianiem współpracy samorządów lokalnych w obrębie aglomeracji. Dotychczasowa aktywność miasta jest znaczna i dotyczy przede wszystkim współpracy w zakresie kreowania i zarządzania obszarami metropolitalnymi, wzmacniania atrakcyjności inwestycyjnej, rynku pracy, infrastruktury technicznej i w ograniczonym zakresie infrastruktury społecznej. (…)

Położenie Sopotu w aglomeracji przyspiesza starzenie społeczeństwa – tańsza i zróżnicowana oferta mieszkaniowa w innych częściach aglomeracji wysysa mieszkańców miasta, których nie stać na zakup mieszkania w Sopocie, albo takich którzy decydują się na sprzedaż mieszkania w Sopocie i za uzyskaną kwotę budują domy lub kupują większe mieszkania na peryferiach aglomeracji. Znaczna część tych mieszkańców to ludzie młodzi – mający lub planujący dzieci. Sopot traci podwójnie – przynajmniej dwa pokolenia.

Sopot zajmuje pierwsze miejsce wśród polskich miast pod względem udziału ludności w wieku 65 lat i więcej w ogóle ludności. Wskaźnik ten obrazuje zaawansowanie procesu starzenia społeczeństwa.

No dobrze, cytatów sporo, a teraz mój komentarz do nich. Jeśli bowiem Sopot staje się miastem ludzi starych, emigrują z niego młodzi mieszkańcy, rynek pracy większy jest poza granicami administracyjnymi, to po takiej diagnozie, jakiego szukać lekarstwa – i czy należy go szukać? Może pozwolić sprawom biec własnym torem? No i co z tą diagnozą robią władze Sopotu? O ile mi wiadomo, problemy demograficzne są dostrzeżone i miasto próbuje im przeciwdziałać. Jak? Między innymi tak, że w tym roku rozpoczęto budowę 50 mieszkań komunalnych dla młodych sopocian. Program budowy lokali komunalnych prowadzony jest od kilku lat. w sumie ma ich powstać 200.

Być może jednak 200 mieszkań to za mało. Zważywszy, że czynsz w wysokości 10 zł za metr kwadratowy takiego mieszkania nie sprzyja zajmowaniu lokali większych niż średnio czterdzieści parę metrów. Na pierwsze mieszkanie w życiu jest dobrze, ale nie jest to szczyt marzeń młodych Polaków. I zaczną oni z czasem opuszczać przytulne mieszkanka komunalne i przenosić się do Gdyni czy Gdańska lub dalej. Gdzieś, gdzie znajdą lepsze warunki mieszkaniowe, albo będą mogli kupić tanie domy jednorodzinne lub segmenty w szeregowcach.

A co z Sopotem? Kto tam zostanie? Moim zdaniem wariantów jest kilka.

Pierwszy – w wyniku opuszczania miasta i starzenia się społeczeństwa i powstawania pustostanów, władze zaczną „ściągać” do kurortu mieszkańców innych miast i miejscowości. Nie tylko z Gdańska i Gdyni czy Kolbud i Pruszcza Gdańskiego. W Sopocie będą osiedlać się przyjezdni z Chorzowa, Rybnika, Rzeszowa albo Legnicy. O ile znajdą w okolicy pracę rzecz jasna. To jednak już inne zagadnienie.

Drugi – Sopot stanie się miastem na wyłączność dla tymczasowych obcych. Może nie na skalę Nicei i innych miejscowości Lazurowego Wybrzeża, ale zapełnią kurort bogaci turyści i tymczasowi rezydenci m. in. z Polski (bo Sopot to brzmi dumnie!), Rosji (przyczółek i brama do pozostałej części Europy) albo ze Skandynawii (bo taniej).

Trzeci – miasto stanie się przystanią dla polskiego establishmentu, rozmaitych gwiazd showbizu, przedsiębiorców, elity finansowej itp. itd. Tacy nowi mieszkańcy będą tam kupować nieruchomości i zasiedlą je na cały rok albo tylko sezonowo.

Wszystkie te opcje zakładają wymianę tkanki społecznej i zerwanie z pewną tradycją i dotychczasowym mitem kurortu. Nowi mieszkańcy będą tworzyć nową społeczność, nową historię i nową mitologię. Oczywiście, starzy mieszkańcy czy ich potomkowie nie znikną całkowicie z krajobrazu miasta, ale stracą znaczenie i wpływy. Wizja to iście utopijna.

Taka prognoza zakłada też utratę czy też przemianę tożsamości miasta i jego starych i nowych mieszkańców. Bardzo jestem ciekaw diagnozy społecznej i gospodarczej dla Sopotu za 10 czy 20 lat. Moje przewidywania mogą się wcale nie ziścić, choć równie dobrze mogę trafić w sedno. Urzędnicy magistratu w Sopocie prowadzą konsultacje społeczne z mieszkańcami starając się dowiedzieć, jaki swój Sopot widzą obywatele za lat powiedzmy 7. Opracowanie efektu tych spotkań będzie bardzo ciekawe, a zakładam, że o wymianie ludności w mieście nikt raczej nie myśli. Czy słusznie?

Zainteresowanych odsyłam do cytowanej wyżej diagnozy:
Diagnoza

Sopot, czyli obcy w mieście

sopot monciakTuż po wojnie w Sopocie nie obowiązywały słowa „turysta” albo „wczasowicz”. Przyjezdnych traktowało się jak gości i nazywało gośćmi. Szanowało się ich, bo oni umieli uszanować miejscowych i miasto, które ich gościło.

Dziś wszystko jest inaczej. Miejscowi mają dość przyjezdnych. Ich niechęć wzmaga się wraz z temperaturą otoczenia i natężeniem sezonu wakacyjnego. – Przyjeżdżają tu po to żeby się „wyszaleć”. Wynajmują mieszkania blisko plaży i wydaje im się, że jeśli płacą, nie dotyczą ich żadne zasady. Hałasują do późnych godzin nocnych, imprezują, dużo piją, śmiecą. Widać kolosalną różnicę między Sopotem od poniedziałku do piątku, a Sopotem w weekend. Dla stałych mieszkańców problemem może być nawet zaparkowanie samochodu pod własnym blokiem – to właśnie opinia jednego ze stałych mieszkańców, autochtonów. Opinia nie odosobniona.

Cóż, Sopot to kurort, wywczas, perła Bałtyku. Po prostu kwintesencja radości życia i sezonowego „lepszego świata”. I los mieszkańców miasta wciśniętego między dwóch potężnych sąsiadów wydaje się przesądzony. Są skazani na przyjezdnych, na turystów, na obcych.

Stan zawieszenia, status quo, trwanie w konflikcie. Tym bardziej obłędnym, że trudno rozwiązywalnym. Także dlatego, że jak mówi mi jedna z mieszkanek kurortu „z drugiej strony turyści są potrzebni mieszkańcom Sopotu. Mieszka tutaj wiele starszych osób, z małymi emeryturami. Pieniądze z wynajęcie mieszkania albo pokoju zapewniają im utrzymanie. To, co zarobią na wynajmie latem, starcza na cały rok.”

Sopocianie dostrzegają też nieczęste zalety obcych – Zdarzają się sytuacje, dużo rzadsze, kiedy turyści zachowują się bardzo kulturalnie. Mówią „dzień dobry”, przestrzegają zasad panujących w bloku, wrzucają śmieci do kubłów, a nie rzucają na ulice – przekonuje starając się zachować obiektywizm pewien sopocianin.

Ale konflikt tli się nieustannie, czasem wybuchając ze zwielokrotniona siłą. Jakiś czas temu dziennikarka pomorskiego oddziału Gazety Wyborczej, Bożena Aksamit, wcieliła się na kilkanaście godzin w rolę kelnerki jednego z lokali na „Monciaku”. Bożena sama mieszka w Sopocie i jak ją znam, jest mocno związana z tym miastem. Jej doświadczenia z kelnerowania to opis nieustającego konfliktu „lokalsów” i „obcych”. Swój tekst skonstruowała tak, by uwydatniał linie podziału, uwypuklał to, czego możemy się domyślać budując stereotyp na temat zachowań i postaw wakacyjnych turystów w nadmorskim kurorcie. Uważam, że stereotypy w zdrowej dawce przydają się w życiu. Pomagają budować obraz świata i odnajdywać się w nim. Psychologia społeczna zna ten tok myślenia. Poza tym w każdym stereotypie jest ziarnko prawdy. Zatem, rzeczywiście, przyjezdni w sopockich knajpach bywają aroganccy, skąpi, nachalni, wiecznie pijani, roszczeniowi i prostaccy. I pewnie bywają tacy po wyjściu z lokalu, albo zanim tam jeszcze trafią. Dlaczego? To proste, po pierwsze, faktycznie, płacą i wierzą, że wszystko im się należy, że Sopot należy do nich. Po drugie, mimo wszystko zdają sobie sprawę z tego, że Sopot nie jest jednak ich miastem, że są tu obcy. I raczej trudno im sobie wyobrazić, że Sopot jest domem dla tysięcy ludzi, którzy nie wyjadą stąd z końcem sezonu letniego. Nie przywiązują się do Sopotu i nie czują się za to miejsce odpowiedzialni. Na ich miejscu każdy robiłby to samo – używał życia bez względu na koszty własne i te poniesione przez miejscową ludność.

Sopot – miasto lokalne i dla „lokalsów” to dwie strefy. Pierwsza, rozpoczyna się tuż „nad” Aleją Niepodległości i ciągnie się w górę tworząc Sopot zwany Górnym. Ten teren jest niejako odrębny od reszty miasta, nieczęsto odwiedzany przez przyjezdnych, a już na pewno mniej popularny od głównych deptaków kurortu. Druga strefa obejmuje obszar Sopotu zwanego Dolnym. To obszar przenikania się świata lokalnego, miejscowego, zagłębionego w sobie oraz świata przybyszy – obcych, funkcjonujących w mieście tymczasowo, nie należących do niego, ale będących przynajmniej przez kilka miesięcy w roku, bardzo widocznym składnikiem miasta. I jeśli przybysz – obcy, mówi „Sopot”, to myśli właśnie o tym kawałku miasta. A czasem jeszcze zawęża go do mola, „Monciaka”, ul. Grunwaldzkiej i Powstańców Warszawy. No i plaży.

Nie wiem, czy ktoś prowadził badania terenowe wśród mieszkańców kurortu i obcych. Opisanie wzajemnych relacji tych dwóch odrębnych, a jednak przenikających się i zależnych od siebie społeczności (o ile uznamy przyjezdnych za społeczność), może być całkiem interesujące. Nie mniej ciekawa byłaby próba naszkicowania obrazu miasta samowystarczalnego, nienarażonego na sezonowe najazdy turystów. Tyle, że byłaby to już czysta fikcja. Sopot istnieje dla przyjezdnych, choć sopocianie niekoniecznie – dbają o zachowanie własnej podmiotowości.

O tym jakie są tego skutki i jak problem postrzegają autorzy „Diagnozy społecznej i gospodarczej” Sopotu, niebawem.

Aktualizacja:
W uzupełnieniu niniejszego wpisu przytaczam jeszcze jeden głos w sprawie, tym razem nadesłany mailem:

„W Sopocie mieszkałam od urodzenia do 2011 roku (obecnie mieszkam w Gdańsku).

Od kiedy pamiętam Sopot był miastem, do którego w sezonie przyjeżdżało bardzo wielu turystów z różnych regionów Polski, jak i z zagranicy. Uważam, że są oni z całą pewnością potrzebni miastu.

Dzięki nim miasto rozwija się, bogaci. Mam wrażenie, że Sopot dzięki turystom z całego świata stał się dużo szybciej miejscem tolerancyjnym, otwartym na różnorodność, niż wiele innych regionów Polski. Ponadto w Sopocie w okresie letnim czujesz się, jak byś był na niekończących się wakacjach.

Z drugiej strony to, co mnie zawsze drażniło w tak dużej liczbie turystów to bardzo duże kolejki w sklepach (ludzi jest naprawdę duuużo jak na takie małe miasto) i to, że w centrum miasta nie można w żaden sposób swobodnie przemieścić się z danego miejsca do innego.

Z perspektywy czasu myślę, że dla mnie mieszkanie w Sopocie było zarazem wspaniałe jak i dość problematyczne, bo bardzo ciężko mi było dorosnąć w tym mieście ze względu na jego wakacyjną, ”turystyczną” specyfikę.

%d blogerów lubi to: