Miasto i mit

Gdańsk należy do miast nierozerwalnie związanych ze swoją mitologią, wręcz trudnych do wyobrażenia bez spoglądania przez pryzmat czegoś, co zwyczajowo nazywamy tu mitem. Rolą mitu jest nie tylko opowiedzenie historii miasta, ale wyjaśnienie jego dziejów, zmian zachodzących w czasie. A mam też wrażenie, że niezwykle istotnym zadaniem mitu Gdańska jest wykazanie oraz uzasadnienie roli miasta w czasie i przestrzeni. Roli rzecz jasna niezwykłej, jedynej w swoim rodzaju. W wymiarze historycznym i społecznym.

Oczywiście Gdańsk nie ma jednego mitu ani mitu wiodącego. Każdy czas, każda epoka, ma swój mit lub nawet kilka mitów. O ile dobrze pamiętam pierwszy z jakim się zetknąłem tu na miejscu, to mit wyłaniający się z kart niektórych książek Pawła Huelle czy Stefana Chwina. Dwaj „pisarze wspomnienia i marzenia” (jak nazwał ich kiedyś nie pozbawiony wad choć zasłużony Jan Błoński) opisywali Gdańsk, jakiego już nie ma, a do jakiego być może sami tęsknili, bo wywodzą się z epoki wciąż jeszcze „zawieszonej” między dwoma Gdańskami, a właściwie między Danzig a Gdańskiem. Opisują zarówno miasto niemieckie jak i miasto polskie, splatając dzieje tych dwóch światów. Z tego opisu wyłania się tęsknota nie tylko za czasem dzieciństwa, ale również obraz miasta trwającego na styku różnych kultur – miasta wielokulturowego, jakbyśmy dziś powiedzieli. Ponadto w ich książkach Gdańsk jest miastem magicznym, co potęguje wrażenie „mitologizacji” miasta i czasów opisywanych przez autorów. I chyba ta magia, niezwykłość, aura wyjątkowości, może czasem nawet oniryczności, jest najważniejszym składnikiem mitu Gdańska jaki udało się stworzyć Huellemu i Chwinowi. Kto wie również, czy to właśnie nie owa magia dała efekt w postaci ogromnego zainteresowania przeszłością (także niemiecką) miasta wśród jego mieszkańców, którzy uwierzyli – i słusznie – że przyszło im żyć w miejscu niezwykłym…

stocznia12Inny mit Gdańska to mit Kolebki. Znałem ten mit jak miliony Polaków, zanim jeszcze osiadłem w tym mieście. Tu jednak, na miejscu, przekonałem się o jego sile, choć byłem też świadkiem jego upadku. „Gdańsk – miasto Wolności”, takie hasło od kilku lat jest wykorzystywane przez lokalne władze w strategii wizerunkowej miasta. I choć owa wolność z pewnością miała swój początek w Stoczni Gdańskiej (wtedy jeszcze im. Lenina), to mam wrażenie, że dziś znaczy zupełnie co innego i do czego innego się odnosi.

Oba przywołane wyżej mity mają współczesne korzenie (lub powiedzmy dwudziestowieczne). Są jeszcze takie wydarzenia historyczne jak obrona Poczty Gdańskiej czy obrona Westerplatte – one także budowały (doraźny) mit miasta – tym razem wiernie oddanego Ojczyźnie, polskiego i prawowicie Polsce przywróconego. Ale przecież mitologia Gdańska to nie wynalazek współczesności. Pierwszy mit to mit świętego Wojciecha, który przebywał w mieście podczas swej tragicznej podróży misyjnej do Prus. Mit ważny dla chrześcijaństwa i Kościoła katolickiego. To także mit założycielski Gdańska, a jego ranga dla historii Kościoła w Polsce oczywiście umacnia rangę tego miasta na mapie (nie tylko historycznej) naszego kraju.

Inny ciekawy, historyczny już dzisiaj mit, to mit zilustrowany na ścianach Sali Czerwonej Ratusza Głównego Miasta. Pomieszczenie zdobią obrazy z cyklu „Cnoty Obywatelskie” Hansa Vredemanna de Vriesa i noszą takie tytuły: Sprawiedliwość, Mądrość, Pobożność, Zgoda, Wolność, Stałość i Sąd Ostateczny. To alegoryczne przedstawienie owych tytułowych cnót służące nieustannemu przypominaniu rajcom miejskim jakie jest ich powołanie w służbie miastu i jego mieszkańcom. Ponadto na suficie Sali znajdują się inne obrazy, a wśród nich, w centralnym punkcie „Apoteoza Gdańska” Izaaka van den Blocka. Jakie treści kryjące się za poszczególnymi elementami obrazu świetnie opisuje niezawodny iBedeker [1]. Tak więc mamy do czynienia z mitem miasta doskonałego, kwitnącego, słynącego swobodami i mądrością jego włodarzy. Tak rajcy chcieli widzieć Gdańsk i w taki Gdańsk, czy też jego mit, wierzyli. Niemalże manierystyczne „Miasto Wolności”.

To tylko niektóre, moim zdaniem najciekawsze i najważniejsze, mity dotyczące Gdańska. Powstawały na potrzeby czasów i pokoleń. Ciekaw jestem mitu jaki wyłoni się z gdańskiego „dziś, tu i teraz”. Wierzę rzecz jasna, że w ogóle taki mit powstanie (a może już powstaje), bez niego miasto trwałoby zawieszone w próżni. I mam nadzieję, że piszą go mieszkańcy miasta a nie skrybowie pracujący dla Ratusza.

[1]Sala Czerwona w iBedekerze

Reklamy

Dekonstrukcja mitu. A może dewastacja?

„Stocznia była, jest i będzie, a Kaczmarek na psy zejdzie” – takie hasło wymalowane na dachu jednego ze stoczniowych budynków mogli oglądać pasażerowie SKM-ki mijając stację Gdańsk-Stocznia w czasach, kiedy minister Wiesław Kaczmarek dzierżył stery resortu przekształceń własnościowych.

Była to połowa lat 90. Minister, rzeczywiście zszedł z politycznej sceny, po czym dotarł nawet na ławę oskarżonych. Marna to jednak pociecha, bo dziś Stocznia Gdańska coraz bardziej „była”, nie bardzo „jest” i nie wiadomo, jak długo jeszcze „będzie”.

Oto bowiem trójmiejskie media podały wieść, że kolebka „Solidarności” stoi na skraju bankructwa, a jej ukraińscy właściciele żądają od Skarbu Państwa 400 milionów złotych. Te pieniądze miałyby pokryć m. in. wypłatę pensji dla stoczniowców. Jeśli pieniędzy zabraknie, stocznia może przestać istnieć.

Tam, gdzie chodzi o pieniądze, a właściwie o ich brak, bez awantury się nie obejdzie i pewnie niebawem będziemy świadkami kolejnej odsłony stoczniowego serialu. Smutne to widowisko, bo nie tylko ludzi zatrudnionych w tej firmie żal oraz ich rodzin. Żal symbolu, który dźwigał niegdyś „na swych barkach” wiarę całego narodu na pozytywne zmiany. Na wolność. Cóż, spostrzeżenie oczywiste i nieodkrywcze.

Ale pozwoliłem sobie na ten banał uznając, że będzie dobrym wprowadzeniem do tego, co chcę napisać dalej.

Jakieś dziesięć lat temu rozmawiałem z pewnym znanym polskim pisarzem o „micie Gdańska”. Pisarz zauważył, że „Gdańsk tonie we własnej mitologii”. Jakże słuszne to było wówczas spostrzeżenie! Mój rozmówca miał na myśli nie przypisywaną mu ukrytą w jego książkach mitologię, a właśnie etos „Solidarności” w połączeniu z „duchem Wolności”, rzekomą odwieczną otwartością Gdańska na to co inne i nowe, tolerancją itp. itd. Tak, dziesięć lat temu wszyscy mogli mówić o tym, jaki ten Gdańsk zasłużony dla sprawy, wolny i wspaniały. Dziś z tego ówczesnego mitu nie zostało nic.

Wprawdzie prezydent miasta Paweł Adamowicz próbuje ocalić stary mit wypierany przez nowe czasy, ale robi to jakby bez wiary. Może chciałby, ale nie umie? O braku pewnych zdolności w tej materii może świadczyć ubiegłoroczne zamieszanie z instalacją niesławnego napisu nad bramą nr 2. O tym, że prezydent chce i próbuje, świadczy z kolei budowa Europejskiego Centrum Solidarności.

A może po prostu prezydent wie, że kultywowanie dawnego mitu w niezmienionej formule to zadanie niemożliwe? Albo po prostu ów mit związany z „Solidarnością” i kolebką dziś nieco go uwiera? Stoczniowcy z SG i zadomowieni w Komisji Krajowej działacze związkowi niespecjalnie darzą włodarza miasta sympatią, ze wzajemnością najpewniej. Zatem „drogą etosu” Paweł Adamowicz zamaszystym krokiem iść nie tylko nie chce, ale i nie może. Co najwyżej cichcem przemyka. Do tego piętrzą się spory o interpretację owego etosu. Nic tylko poszukać nowego mitu. Albo go wymyślić.

No i znalazł się! Gdańsk to miasto nowoczesne. Innowacyjne. Takie, co to wyzwań się nie boi i w wielkiej rodzinie europejskich metropolii swoje miejsce już ma.

Centrum Informatyczne Trójmiejskiej Akademickiej Sieci Komputerowej, Bałtyckie Forum Gospodarcze, Gdański Park Naukowo Technologiczny – oto sztandarowe symbole gdańskiej innowacyjności, którymi miasto chwali się na swojej stronie internetowej. A przecież nie jedyne. No i te innowacyjne inwestycje, które w Gdańsku realizują zagraniczne podmioty. Nazw nie wymienię, bo dzisiaj nic za darmo – się wie! Dodam tylko, że jeśli ktoś chciałby uzyskać jakiś grant z miejskiej kasy, to złożony projekt koniecznie musi być innowacyjny. Zresztą słusznie, bo innowacyjność z definicji jest OK.

No właśnie, wszystko niby gra i wszystko idzie z duchem czasu. Ale na drodze postępu Gdańsk ma poważną konkurentkę za miedzą. Konkurencji nie należy się bać i jej ustępować. Tylko jeśli szukamy czegoś, co trwale definiuje miasto nad Motławą, to może jednak warto wrócić do upadłych mitów. Bo rozwój i dążenie do nowoczesności to nie jest domena wyłącznie Gdańska. Oczywiście, może być za późno. Wspomniane wyżej Europejskie Centrum Solidarności mogłoby doskonale pełnić rolę symbolu tego, co w Gdańsku bezcenne. Niestety, z powodu różnic w interpretacji historii najnowszej ze strony władz miasta oraz związkowców i kombatantów z okresu walki z komuną, nic z tego. Rola ECS zostanie sprowadzona do funkcji multimedialnej placówki edukacyjno-konferencyjnej. Burzenie dawnych obiektów Stoczni Gdańskiej też sprawie nie pomaga. (Kosztowna i mało estetyczna bryła ECS dawnego krajobrazu nie zastąpi, a i nowego nie uczyni.)

Tymczasem to nie historie ukryte na kartach książek gdańskich pisarzy, nie postęp ery cyfrowej, nie technologiczna nowoczesność (która powinna być standardowym elementem rozwoju cywilizacyjnego każdego miasta), ale właśnie ta opowieść o „kolebce”, ta chyląca się ku przepaści Stocznia Gdańska i historia związana z tym miejscem jest współczesnym mitem Gdańska. Tym, co miliony Polaków kojarzą z naszym miastem. Czy podobne skojarzenia będą miały następne pokolenia? A jeśli nie, to co w zamian? Współczesna Stocznia Gdańska poddana rygorom kapitalizmu nie radzi sobie i możliwe, że tak być musi. Ale Stocznia Gdańska to coś więcej. Być może za jakiś czas po stoczni zniknie wszelki ślad, nawet dźwigów nie będzie. Trudno mi jednak wyobrazić sobie taki Gdańsk. Jak go wymyślić od nowa? Możliwe, że ktoś potrafiłby znaleźć inspirację krocząc po przeszklonych korytarzach Parku Naukowo-Technologicznego. Ja nie.

%d blogerów lubi to: