Nie-Sopot? Nie-Stocznia?

Najpierw Michel de Certeau użył pojęcia non-lieux (nie-miejsca), później tym pojęciem posłużył się Marc Augé poświęcając jedną ze swoich książek nie-miejscom. [„Nie-miejsca. Wprowadzenie do antropologii hipernowoczesności”, WN PWN Pogranicza, W-wa 2011]. O ile dla tego ostatniego owe nie-miejsca to przestrzenie; po pierwsze nie będące same w sobie celem wędrówki, po wtóre nie stanowiące istotnych punktów w tworzonych przez każdego z nas mapach mentalnych, po trzecie właściwe hipernowoczesnej codzienności zachodniej kultury, o tyle dla Certeau to „puste nazwy”, „pasaże”. Przechodzimy przez nie, ale nie są one ani celem wędrówki, ani też nie wypełniają ich działania i znaczenia. Jak zauważa Magdalena Saryusz-Wolska [„Spotkania czasu z miejscem”, WUW Communicare, W-wa 2011], idąc tropem wyznaczonym przez Augé, dla Certeau idealnymi nie-miejscami są miejscowości wypoczynkowe, kurorty, wczasowiska. „Przeciętny turysta zna ich nazwę, ale niewiele o nich wie. Robi zdjęcie, by zaznaczyć, że tam był – (…) zaliczył to miejsce . Nie zgłębia go jednak.” [M. S.-W.]

Cóż, ja sam jestem przeciwnikiem teorii nie-miejsc oraz sposobu ich ujmowania, zarówno przez Certeau jak i Augé. Dla Auge nie-miejscem jest np. port lotniczy, wnętrze samolotu. Niestety, francuski socjolog postrzega jej tylko z jednego punktu odniesienia. Nie bierze pod uwagę, że zarówno port lotniczy, parking, wnętrze samolotu, jak i przystanek autobusowy to albo miejsce pracy, w którym każdego dnia toczy się życie (ludzie tam zatrudnieni utożsamiają się z tą przestrzenią, z innymi ludźmi tam pracującymi), albo miejsce spotkań, miejsce docelowe, krajobraz widziany z okna mieszkania. Dla załogi samolotu jego wnętrze to jak najbardziej miejsce realne, któremu poświęcają kilka, kilkanaście godzin każdego dnia. Dla podróżnego to być może rzeczywiście coś ulotnego, rzeczywiście on jest tam tymczasowo. W naszych domach, w kościołach, na uczelniach, na ulicach, także wielu ludzi pojawia się przypadkowo, na chwilę, bez kontemplacji. Nie znaczy to jednak, że są to jakieś nic nie znaczące nie-miejsca bez historii i pamięci. Tam, gdzie w jakiejkolwiek formie przejawia się działalność ludzka i związana z nią historia, nie ma mowy o nie-miejscach. To miejsca jak najbardziej realne i pełniące swoje funkcje wpływające na życie jednostek i grup.

Wyobraźmy sobie kurort – Sopot – jako nie-miejsce. Turyści tam zaglądają, bywają, robią zdjęcia, odjeżdżają. Ale czy Sopot nie funkcjonuje w świadomości jego mieszkańców, czy na nich nie wpływa trwale? Czy nie funkcjonuje  w świadomości mieszkańców regionu i kraju? Czy to, że zachowują go w pamięci, nawet jeśli tam nigdy nie byli? Czy nie ma znaczenia dla znajomości otaczającego ich świata?
Zresztą, to samo można powiedzieć o każdym kurorcie i „turystycznej mekce” na świecie – Wenecji, Baden-Baden itd.

Bliższa jest mi koncepcja Aksela Schultesa. Mówi on o un-orte (niem.: nie-miejsce z pejoratywnym pierwiastkiem ocennym). Dla niego takim un-orte są miejsca zniszczone, zburzone, zbombardowane, miejskie zapomniane pustkowia. Dotknięte niegdyś przez działanie człowieka i przez człowieka zniweczone.

Zatem Sopot jako nie-miejsce? Ja tego nie kupuję. Naukowe teorie mają często to do siebie, że zbyt wiele w nich pierwiastka teoretycznego.

Ale w kontekście nie-miejsc jest jeszcze jeden ciekawy materiał źródłowy, tym razem odnoszący się do… Stoczni Gdańskiej. Chodzi o tekst medioznawcy Damiana Muszyńskiego opublikowany jakiś czas temu w portalu Natemat.pl. To refleksje z warsztatów prowadzonych przez Edwina Bendyka na postoczniowych terenach w Gdańsku. Muszyński opisuje przedmiot warsztatów tak: „Próbowaliśmy, przy użyciu powszechnie dostępnych technologii, na nowo, po swojemu, językiem uczuć i emocji, opowiedzieć o miejscach byłej Stoczni Gdańskiej.”

A dalej snuje takie oto rozważania: „(…) W prezentowanym przez Edwina Bendyka pomyśle na warsztat szczególnie interesujące były pytania o znaczenia przypisywane miejscom tożsamościowym. Tereny postoczniowe, jako miejsca gęste od symboli i wielkiej historii, potencjał miejsc >wydajnych< antropologicznie mieć powinny. Czy są jednak miejscami >mocnymi< sensotwórczo dzisiaj? Może jest tak, że >stocznia<, czy nowopowstający, monumentalny budynek Europejskiego Centrum Solidarności udają miejsca, w istocie będąc nie-miejscami, czyli przestrzeniami tranzytowymi, bez ducha, akcentującymi liminalność, charakterystyczną dla wszelkich okresów przejściowych . Nawiązuję tutaj do terminu >nie-miejsca< i łączonymi z tym pojęciem rozważaniami na temat przestrzeni, przypisywanymi w głównej mierze francuskiemu antropologowi kulturowemu Marcowi Augé (choć w podobnych ujęciach o miejscach pisali Michel Foucault – heterotopie, Henri Levebvre – non-lieux, oraz wielu badaczy akcentujących wymiary przestrzenne współczesności – Arjun Appadurai, Antonio Negri, Jean Baudrillard, Manuel Castells). Wydaje się bowiem, że to, co współcześnie tworzy >stocznię< to jedynie lub aż potencjał miejsca. Zdewastowane tereny postoczniowe szukają na-powrót swojej tożsamości w różnych pomysłach na ich rewitalizację (vide: Młode Miasto). (…)”

Hmmm… Mocna dawka teoretycznych dywagacji. Wypada jednak odnieść się do nich. Moim zdaniem – trawestując słowa Autora – to, co współcześnie tworzy Stocznię, to nie tylko potencjał miejsca. Może nawet potencjał ma znaczenie mniejsze, bo ważniejsza jest historia, przeszłość, pamięć tego miejsca. Nikt dziś nie zajmowałby się dowolnym terenem developerskim oddanym pod budowę dowolnej dzielnicy czy osiedla, w stopniu równym do uwagi poświęcanej terenom postoczniowym, gdyby nie znacząca przeszłość tego miejsca. Jego potencjał zdaje się być w ogólnym zarysie określony i dzieje się to poza dyskusją naukowców-teoretyków. (Może lepiej pasowałoby tu sformułowanie „ potencjał zawłaszczony”.)

Stocznia Gdańska i tereny, które kiedyś do niej należały, to przede wszystkim pamięć i historia, dzieje zbiorowości i losy jednostek. Doskonale ujmowała to nieistniejąca (choć zarchiwizowana na fotografiach) praca gdańskiej artystki Iwony Zając. Chodzi o mural pokrywający w ostatnich latach zburzony już mur okalający niegdyś teren Stoczni Gdańskiej. Artystka przeprowadziła coś w rodzaju wielu wywiadów pogłębionych ze stoczniowcami i tymi, którzy pracowali w Stoczni kiedyś. Ich wspomnienia, w formie graficznej, przeniosła na ów mur. Kto wie, czy nie jest to jak na razie najbardziej namacalny i najbardziej przejmujący „pomnik” – świadectwo tego jak bardzo myliłby się ten, kto widziałby w dawnej Stoczni nie-miejsce.

Reklamy
%d blogerów lubi to: