Przeszłość i przyszłość

Nie ma już budowniczych Gdyni choć żyją wciąż ostatni spośród tych, którzy pamiętają jak miasto powstawało. Dawnych mieszkańców Wolnego Miasta Gdańska została garstka, niedawno odszedł ostatni obrońca Westerplatte. Żyją jeszcze synowie i córki obrońców Poczty Polskiej, choć ostatnia pracownica placówki zmarła w ubiegłym roku. Wciąż możemy liczyć na świadectwo pamięci uczestników wydarzeń z Grudnia ’70 i Sierpnia ’80. Dzisiejsze pokolenie czterdziestolatków jest bodaj ostatnim, które pamięta wydarzenia stanu wojennego, a nieco młodsi mają w pamięci obrazy pracującej pełną parą Stoczni Gdańskiej. Który ze współczesnych bywalców Grand Hotelu bywał w Kasino Hotel?

Pamięć komunikatywna, jaką ją określił Jan Assmann, miesza się z pamięcią kulturową. Pamięć naocznych świadków wypierana jest przez interpretacje dokumentów i relacji sporządzane przez historyków. Czy któraś z tych form pamięci jest lepsza, pełniejsza? Ta komunikatywna (będąca łącznikiem między „dziś” a „wczoraj”) wynikająca z relacji naocznych świadków i uczestników wydarzeń wydaje się być pełniejsza, prawdziwsza. Cóż, czy tak jest w istocie, skoro nawet świadkowie i uczestnicy mogą spierać się przebieg wydarzeń, podawać ich odmienne oceny i fałszować (świadomie lub nie) ich przekaz? (Że często robią to historycy, to oczywistość.) Nie odpowiem na to pytanie, dylemat jest „odwieczny” i nierozstrzygalny. Obie formy pamięci towarzyszą ludziom od zawsze i będzie tak po wsze czasy. To jedyny pewnik.

Nieprzypadkowo wymieniłem wyżej kilka znaczących wydarzeń w dziejach trzech miast. To swoiste punkty zwrotne, a przynajmniej tak je dzisiaj oceniamy. Dla współczesnych tamtym czasom ludzi, były one nierzadko tylko zwykłą codziennością.

Wymieniłem je, bo nie mniej ciekawe jest – i równie nieuchwytna jest odpowiedź na to pytanie – czy i co będzie uznane za punkt zwrotny naszego „dziś” przez następne pokolenia. O ile my nieustająco obracamy się wokół Wolnego Miasta, początków Gdyni czy Wydarzeń Grudnia itd., o tyle trudno chyba nam wyobrazić sobie punkt zwrotny jaki wywiodą z dnia dzisiejszego nasi następcy. Powstanie Nowej Wałowej? Zabudowa terenów po Dalmorze? A coś bardziej spektakularnego? No właśnie – „koniec historii”! Wziąłem ten wyświechtany zwrot wymyślony przez Fukuyamę w nawias, bo nie wytrzymał próby czasu. I mimo że sądzimy, iż utknęliśmy w martwym punkcie, historia nigdy się nie kończy póki trwa świat a razem z nim ludzkość. Coś więc się pewnie wydarzy, coś nas czeka w przyszłości. Stan zawieszenia nie trwa długo. Pisałem już o tym kiedyś – nowy mit miasta wykluwa się gdzieś, tuż tuż.
Co nam przyniesie przyszłość – nie wie nikt. Ten banał nie jest już taki banalny, zyskuje na znaczeniu w świetle tego, co napisałem wyżej.

Udanego roku 2014 życzę nam wszystkim.

Reklamy

Stąd do wieczności

11 czerwca 2000 roku, o godzinie 13.03, na Długim Targu zgromadził się tłum 18 tysięcy ludzi. Przyszli po to, by wspólnie zapozować do „rodzinnego zdjęcia gdańszczan na koniec wieku”. 25 sierpnia 2011 roku wieżą Ratusza Głównego Miasta w Gdańsku odzyskała po kilku miesiącach przeznaczonych na prace konserwatorskie, blaszany hełm i rzeźbę króla Zygmunta II Augusta. Wewnątrz rzeźby umieszczono „kapsułę czasu”. Jak poinformowały lokalne media, w pojemniku znalazły się m. in. „wybity w czerwcu 2009 r. Talar Gdański, karta biblioteczna, bilety komunikacji miejskiej, zdjęcie mieszkańców wykonane na ulicy Długiej podczas Światowego Zjazdu Gdańszczan w 2010 r. Do kapsuły włożono także przesłanie prezydenta Pawła Adamowicza do przyszłych mieszkańców miasta.”

Co łączy te dwa odległe w czasie wydarzenia? Z pozoru nic, ale… przecież „rodzinne zdjęcie gdańszczan” zrobiono nieprzypadkowo w ostatnim roku minionego stulecia. Taki czas to doskonała okazja do symbolicznego uwiecznienia portretów mieszkańców miasta u schyłku XX wieku. To forma przekazania informacji o nas, ludziach żyjących tu i teraz, przyszłym pokoleniom. Podobnie „kapsuła czasu” jest zapisem współczesności, który ma trafić do rąk tych, którzy zamieszkają tu po nas.

Odróżnia obie formy zachowania pamięci ładunek emocjonalny, poczucie łączności we wspólnocie i zawartość palimpsestu. Moim zdaniem, uczestnicy doświadczenia fotograficznego, choć zdjęcie było ze wszech miar grupowe, w większości pozowali do niego niejako we własnych, indywidualnych „intencjach”. 18 tysięcy twarzy, ale każda osoba, która rozpoznała się potem na gazetowym wydruku fotografii, chciała właśnie siebie zobaczyć, właśnie siebie na tym zdjęciu pokazać krewnym, znajomym. Dla każdego sfotografowanego udział w tym przedsięwzięciu był przede wszystkim doświadczeniem indywidualnym, szansą na zachowanie pamięci o sobie samym. To także zamierzona na przyszłość, jednostkowa możliwość powiedzenia nieznanym obcym następcom „oto Ja!”. Coś w rodzaju trywialnego „Byłem tu” wyrytego na murze starej budowli przez wędrowców sprzed lat. Palimpsest zawiera indywidualne historie, życiorysy, przemiany. Każda twarz to inna opowieść, inny człowiek. Zatem owo, z pozoru wspólne przedsięwzięcie, było przede wszystkim zamierzeniem indywidualnym.

„Kapsuła czasu” to palimpsest zbiorowy. Wspólne przesłanie dla przyszłych pokoleń. Wprawdzie wśród przedmiotów zawartych w niej znalazło się powtórzone zdjęcie gdańszczan z roku 2010 (wedle mnie tym razem przedsięwzięcie bezcelowe i nastawione na komercyjny efekt w postaci zwiększonego nakładu gazety, która je opublikowała. Zresztą, uczestniczyło w nim już tylko 8 tysięcy osób), ale były też symbole wspólnoty – talar, karta biblioteczna. A przesłanie prezydenta miasta odnosiło się do Gdańska jako doświadczenia wspólnego. Zatem coś tak unikatowego, jednorazowego jak ta konkretna „kula czasu” niosło ze sobą przesłanie od całej wspólnoty obywateli miasta.

Oczywiście, takie kapsuły to nic nadzwyczajnego. Niedawno kolejną zamurowano wraz z kamieniem węgielnym pod budowę gdyńskiego Waterfrontu. Zawierała akt erekcyjny, pendrive z dokumentacją i wizualizacjami projektu oraz wydanie lokalnej gazety (a jakże!) z dnia uroczystości. Każda kapsuła jest inna i każda jest wydarzeniem jednorazowym. I z każda zawiera informacje przeznaczone dla tych, którzy „przyjdą po nas”.

Po co w ogóle chcemy naszych następców informować o czymkolwiek, a zwłaszcza o nas samych? Dlaczego przekazujemy im nasz obraz i wiedzę o nas, którą najpewniej i tak będą mogli pozyskać na podstawie milionów artefaktów, jakie po sobie zostawimy? Bo to jest nasza własna opowieść. Nasz własny, prywatny głos w naszej sprawie. Chcemy być zapamiętani, a skoro możemy mieć wpływ na kształt tej pamięci…? Na ogół dziś już nie lubimy być anonimowi, chcemy zostawić po sobie ślad. Taka próba przetrwania. Podobna do tych, nawet przypadkowych, jakie stały się udziałem dawnych gdańszczan sfotografowanych przed 160 laty przez pierwszych gdańskich fotografów. Nie znamy ich nazwisk, ich zdjęcia nie są tak spektakularne jak wspólne zdjęcie 16 tysięcy ludzi. Ale kiedy patrzymy na ich obraz, myślimy o tym, jak żyli, jak umarli, co im się w życiu wydarzyło, czy byli szczęśliwi, czego dokonali i o czym marzyli? Odpowiedzi najczęściej nie znamy i nigdy nie poznamy, jednak wiemy, że to byli realni ludzie, w realnym świecie. Przeminęli, przeminął ich świat. Ale pozostało świadectwo. Znak.

Listopad to dobry czas, by pamiętać o tych, którzy byli tu przed nami. Z nadzieją, że ci, którzy przyjdą po nas, jak najlepiej będą nas wspominać.

%d blogerów lubi to: