Włóczęgi miejskie

IMGP5143Studenci dobrych uczelni uczęszczający na wykłady z antropologii miasta mogą zapoznać się między innymi z takimi zagadnieniami jak kulturowe strategie poznawania miasta czy sensoryczne pejzaże, dla których bazę stanowi antropologia zmysłów. To oczywiście tylko drobny wycinek motywów podejmowanych przez wykładowców, ale za to szczególnie interesujący w kontekście relacji mieszkaniec – miasto.

Te relacje zachodzą zawsze i w każdym mieście. Nie inaczej jest w Gdańsku. Od kilkunastu lat można zaobserwować nasilenie zainteresowania gdańszczan swoim miastem, jego architekturą, historią, przestrzenią publiczną, czy nawet poszczególnymi ulicami i dzielnicami.

Owo zainteresowanie wzmogło się dzięki literaturze. Zaczęło się bez wątpienia od „Blaszanego bębenka” Güntera Grassa. Potem byli Paweł Huelle („Weiser Dawidek”) i Stefan Chwin („Hanneman”). Ich wspomnienia wspomnienia i opisy czasów wojny i pierwszych lat powojennych, stanowiły inspirację, swoisty czynnik zapalny i były użyteczne dla tych, którzy odkryli Gdańsk na nowo, odkryli swoje miasto dla siebie, razem z jego historią i artefaktami architektonicznymi i tymi rozumianymi w sposób tradycyjny. Co ciekawe, mam wrażenie, że niebagatelny nurt „opisywania Gdańska” przez autorów skupiających się na tworzeniu książek historycznych w pełnym tego słowa znaczeniu, etnograficznych czy tylko popularyzujących gdańską historię jak Andrzej Januszajtis albo Jerzy Samp i Edmund Szczesiak, nie wywarł takiego wpływu na samoświadomość historyczną i tożsamościową gdańszczan jak przykłady z literatury „komercyjnej”. Kto wie, może właśnie ten komercyjny element – troska wydawcy o nagłośnienie publikacji i dobrą sprzedaż – miał tu pewne znaczenie?

Tak czy inaczej, rozpoznawanie terenu za sprawą i za pomocą literatury jest znaczącym przykładem kulturowej strategii poznawania miasta. Jeśli chodzi o kino ów dorobek jest znacznie uboższy i nawet adaptacje niektórych dzieł wymienionych wyżej autorów tej luki nie wypełniają. Poza „Wolnym miastem”, „Do widzenia, do jutra”, „Człowiekiem z żelaza”, trudno wymienić wybitne filmy przybliżające gdańszczanom ich własne miasto. Mimo że filmów w gdańskich plenerach trochę nakręcono.

Za „gdańska literaturą” poszło zainteresowanie 20-leciem międzywojennym oraz życiem w Wolnym Mieście. Szerszy kontekst historii miasta odkryli przed gdańszczanami (w mojej opinii) dwaj autorzy – historycy, piszący książki z definicji historyczne, choć niekoniecznie w sztywnym naukowym sztychu. To Peter Olivier Loew i Piotr Perkowski. Chwała im za to.

Zainteresowanie historią Gdańska przełożyło się na kolejną strategię kulturowego poznawania – miejską włóczęgę. Stąd tak wiele spacerów po konkretnych kwartałach Gdańska, ulicach, fragmentach dzielnic. I nie są to typowe konwencjonalne „spacery z przewodnikiem”, bo choć przewodnicy i przewodniczki biorą w nich udział, to nie oprowadzają po mieście turystów z Niemiec czy z Wrocławia, ale swoich sąsiadów, znajomych, ewentualnie miłośników miasta zrzeszonych na tych samych co i oni forach internetowych. Takie spacery organizują m.in. iBedeker, Partnerstwo dla Biskupiej Górki i inne zrzeszenia.

Historia Gdańska naznaczona jest symbolizmem. Niektóre miejsca w mieście są symbolami nie tylko dla mieszkańców, ale można by rzec, dla całego świata. Myślę oczywiście o Stoczni Gdańskiej. Bez środowiska twórców i animatorów kultury Kolebka zniknęłaby z naszych prywatnych map mentalnych jeszcze szybciej niż znika teraz z rzeczywistej przestrzeni miasta. Kolonia Artystów i wywodzący się z niej twórcy jak Iwona Zając czy Michał Szlaga, wciąż utrzymują Stocznię w naszej zbiorowej świadomości. Ale są i tacy, którzy po Stoczni „po prostu” się włóczą. Subiektywna Linia Autobusowa, Projekt Metropolitanka – to włóczędzy i ich goście. Opowieści o Stoczni. Najczęściej subiektywne, bywa że przekalkowane z powszechnie funkcjonujących mitów. Ale zawsze warto powłóczyć się po Stoczni, bo inaczej niż przez osobiste „własnoręczne” dotknięcie się jej nie pozna.

Można oczywiście poznawać przez pryzmat sztuki. Wydawałoby się, nic prostszego i bardziej klasycznego. Ale jeśli można przejść szlakiem murali ozdabiających blokowisko na Zaspie i to w dodatku z licencjonowanym przewodnikiem, który o tych muralach wie wszystko, sprawa nie jest już taka banalna i przy okazji doskonale wpisuje się w kulturowe włóczęgostwo i odkrywanie miasta na nowo. Podobną rolę, moim zdaniem, pełnią doroczne spacery z artystami podczas festiwalu FETA. To czas, kiedy niektóre ulice odkrywamy na nowo.

Na gdańskim gruncie wyrosły organizacje skupiające społeczników zaangażowanych w swoje małe ojczyzny – dzielnice, ulice, podwórka. Znają historię swoich miejsc, walczą na różne sposoby o jak najlepsze zagospodarowanie przestrzeni miasta, uczynienie jej użyteczną i funkcjonalną. Myślę, że egzotyka odkryć okalającej ich przestrzeni i historii miesza się dla nich z codziennością i jej wykuwaniem. Przestrzeń publiczna z prywatną. Heterotopie i palimpsesty.

To wszystko jest równocześnie tworzeniem sensorycznych pejzaży. Miasto można zobaczyć, dotknąć. Mniej zwracamy uwagę na to, co słyszymy, a już chyba całkiem niewiele na to, czego możemy posmakować. Wyprawy gastronomiczne, jeśli ktoś organizuje to raczej w trybie indywidualnym i nie opowiada o tym w internecie, poza krótkimi wzmiankami na kulinarnych blogach. Uważam, że ten nurt zmysłowej wędrówki po mieście wart jest nagłośnienia i upowszechnienia.

Podsumowując wrócę do punktu wyjścia, nie da się nie zauważyć, że gdańszczanie coraz chętniej, z większym zaangażowaniem, interesują się swoim miastem. Chcą kształtować własną przestrzeń, chcą poznawać historię, chcą mieć wpływ na miejską politykę.

Dzieje się tak, bo to ma znaczenie dla ich tożsamości. Zaś poczucie tożsamości pozwala odpowiedzieć na kilka najbardziej podstawowych pytań jakie ludzie sobie stawiają – Kim jestem i co tu robię? Dlaczego i w jakim celu? Poznanie odpowiedzi czyni życie łatwiejszym.

Reklamy

To się nie uda!

Nie wiadomo, kto pierwszy powiedział „Trójmiasto”. – to cytat z książki dra Piotra Perkowskiego pt. >>Gdańsk – miasto od nowa<< stanowiącej opis powojennej odbudowy, a właściwie budowy od nowa tego miasta. Ci, którzy zaglądają na fejsbukową stronę bloga trzech miast, wiedzą, że autor zainteresował się moją próbą ustalenia, kiedy mniej więcej po raz pierwszy użyto tego sformułowania. Dr Perkowski będzie badał sprawę, a jeśli pojawią się jakieś nowe ustalenia, Czytelnicy niniejszego bloga z pewnością o tym się dowiedzą.

Ale warto zajrzeć do wspomnianej wyżej książki, by zobaczyć, co naukowiec z Uniwersytetu Gdańskiego sam pisze o tzw. trójmieście. A pisze m. in. tak:

(…) Jak poświadczają ogłoszenia drobne, słowo to było w powszechnym użyciu już w połowie lat pięćdziesiątych. [pierwsze przypadki użycia go w lokalnych mediach do jakich ja dotarłem datowane są na rok 1950, przyp. D.O.] (..) Bez wątpienia ogłoszona w mediach integracja Gdańska, Gdyni i Sopotu dużo zawdzięcza kolejarzom – Szybka Kolej Miejska, nazywana w Trójmieście kolejką, pełniąca funkcje metra w organizmie Trójmiasta, umożliwiła szybkie połączenie między ośrodkami, przyczyniając się nie tylko do wzrostu mobilności pracowników Wybrzeża, ale również do rozwoju turystyki w ogóle. W następnych latach mimo pewnych inicjatyw administracyjnych (połączono trzy wydziały kultury miejskich rad narodowych, tworząc jeden wydział kultury) proces integracji wyhamował. Przewidywania dotyczące zrastania się trzech miast, prowadzącego do powstania jednego ośrodka, w którym Gdynia byłaby  tylko jedną z dzielnic (tak jak niedawno Nowa Huta stała się dzielnica Krakowa), się nie potwierdziły. Pomimo niechęci do inetgracji nie porzucono, zwłaszcza w Gdańsku, nadziei na scalenie i w latach siedemdziesiątych wciąż pisano o podziale administracyjnym na trzy jednostki jako podziale czysto formalnym. Z powodu istniejących różnic Gdańsk, Gdynia i Sopot pozostały jednak odrębnymi, rywalizującymi ze soba ośrodkami, które ze względu na bliskośc geograficzną i dobre połączenie ochrzczono, nieco na wyrost, aglomeracją trójmiejską. W powszechnym przekonaniu trzy miasta, zamiast się zrosnąć, pozostały Trójmiastem. Nazwa ta, w przeciwieństwie do „aglomeracji trójmiejskiej” dobrze odzwierciedlała proces  jaki dokonał się po wojnie. Były to wciąż trzy odrębne miasta, z których najważniejszą rolę (…) miał odgrywać Gdańsk. Gdynia musiała ustąpić miejsca, ale nigdy nie chciała  się zgodzić na wchłonięcie. [Gdańsk – miasto od nowa, P. Perkowski, Słowo obraz/terytoria, Gdańsk 2013, wyd. I, str. 40/41]

No cóż, jakoś mnie to nie dziwi. To, że Gdynia nie chce grać roli przystawki, jak i to, że integracja czy też połączenie ani w latach tuż-powojennych, ani w latach 70., ani teraz jakoś się nie dokonało i nie dokonuje. I skoro SKM-ka nie pomogła (owszem komunikacyjnie tak, jednak administracyjnie wcale), to chyba i Pomorska Kolej Metropolitalna nie pomoże. Dlaczego? Pisałem już o tym wcześniej i tylko mógłbym powtórzyć dotychczasowe argumenty. Dodać mogę jedynie tyle, że aby jakiś obszar stał się jednolitym, zwartym organizmem miejskim, terytorium w pełnym tego słowa znaczeniu, niezbędna jest jedna, niepodzielna władza. A tymczasem jakoś nie widzę szans na ukonstytuowanie się władzy „Trójmiasta”.

Ciekawym pomysłem wydaje się spojrzenie na aglomerację/metropolię/trójmiasto, pozwalające na pierwszym planie dojrzeć Gdynię jako lidera regionu – prężnie rozwijający się ośrodek nowych technologii, logistyki, transportu, centrum dowodzenia zapleczem w terenie i pomniejszymi jednostkami administracyjnymi. Gdynia chyba w takiej roli się widzi i zdaniem jej samorządowców do takiej roli jest gotowa. Co na to Gdańsk? No cóż, jak powiedział mi pewien menedżer dużego gdyńskiego przedsiębiorstwa,  a na co dzień mieszkaniec Gdańska: Gdańsk ma pecha, bo w Gdańsku wszystko jest polityczne, każda decyzja. Gdynia rozwija się bez tego balastu, bez historycznych zaszłości i polityki przez wielkie P.

I coś w tym chyba jest. Do rozważań nad wizją „wielkiej Gdyni” warto z pewnością za jakiś czas wrócić. Jak i do wspomnień o jej morskiej przeszłości, by porównać je ze stanem współczesnym.

%d blogerów lubi to: