Człowiek z muralu, a nawet kilku ludzi (cz. II)

Zgodnie z zapowiedzią publikuję drugą część zapisu rozmowy z byłymi stoczniowcami. Spytałem ich m. in. o to jak to było z etosem stoczniowca? I jak jest dziś?

Henryk Danskoi: Można mówić o etosie stoczniowca. Zwłaszcza raz w miesiącu, przy wypłacie albo z okazji zaliczki. To często były grube pieniądze, tylko co z tego, skoro nic nie można było za to kupić? Mieszkałem w hotelu robotniczym i zarabiałem kilkanaście tysięcy złotych. Za hotel płaciłem 72 złote. Chodziłem jeść na miasto, pieniądze się rozpływały, nie przydawały się na nic.

Urzędnicy zarabiali mnie, po kilka tysięcy, ale umieli pobudować sobie domy, a głupi stoczniowiec zaharowywał się, miał pieniądze, ale domy budowali tylko nieliczni. Spotykam dziś znajomych co pracowali na akord. Pytam jak się im wiedzie, a oni mówią, że mają poniżej dwóch tysięcy złotych emerytury? Jak to możliwe? Ja pracowałem na wydziale malarskim. Po 320, 360 godzin. Mój brat przez 39 lat pracował jako malarz. Pracował po 300 godzin miesięcznie. W sumie to z 50 lat pracy by się zebrało jakby te wszystkie godziny zliczyć. Ma wprawdzie powyżej dwóch tysięcy emerytury, ale porównując to do tych, co za 15 lat służby mają teraz po kilka tysięcy złotych to szkoda gadać…

O heroizmie strajkujących w 1970 i 1980 stoczniowcy mówią tak:

Janusz Ośka: Nikt w 1980 roku nie wiedział, co z tego będzie. Stoczniowcy spali na styropianach, strajk się skończył i dalej nie było nic wiadomo. Czy się baliśmy? W grupie nie, ale pojedynczo to każdy był bojący. W 1970 roku miałem 20 lat i to była wielka frajda ganiać się z milicją po ulicach. Tak to odbierałem.

Henryk Danskoi: Wtedy to była wielka odwaga strajkować. Wcześniej był przecież rok 1956 i Poznań. Na pewno stoczniowcy wykazywali się odwagą i za to mieli szacunek innych. Także na Zachodzie. Ale to mija i wraca szara rzeczywistość. Dziś widuję w  telewizji jak wyglądają spawacze w Stoczni. Żal patrzeć, nawet ubrań na wymianę nie dostają.

Czesław Szultk: W czasie strajków przywódcy mówili nam, że będzie lepiej. Nikt nam jednak nie powiedział, że lepiej będzie przywódcom. Teraz buduje się bunkier [budynek Europejskiego Centrum Solidarności, przyp. aut.] i stoczniowcy mówią, że ta stołówka [główna stołówka SG przy bramie nr 2, podpisano tam porozumienia sierpniowe, przyp aut.], która była „matką żywicielką”, byłaby dobrym miejscem żeby upamiętnić strajkujących robotników i w ogóle historię Stoczni. Ale nie, trzeba było to zniszczyć. Jakimi kryteriami kierowali się ci, którzy to zniszczyli? Oni przykrywają zgliszcza, które zrobili ze Stoczni, a potem będą się chwalić swoimi zasługami. To będzie przypominać, że jak ktoś się upomina o swoje to zostanie ukarany. Wywindowali się tylko ci z góry, a reszta została bez pracy, bez perspektyw.

A wracając do sprawy etosu – stoczniowiec to był człowiek honorowy i zaradny. Był doskonałym materiałem na męża, bo zawsze umiał zrobić coś z niczego.

Moi rozmówcy z wyrzutem porównują sytuację bytową robotników w latach PRL i dziś. Można by odnieść wrażenie, że o komunie mówią z utęsknieniem. Moim zdaniem to jednak fałszywa interpretacja. Żal wynika z tego, że wizja Polski wolnej a przy tym zasobnej i życzliwej każdemu Polakowi, takiej, w której żyje się łatwiej i bez problemów bytowych jak w minionej epoce – nie została zrealizowana.

Czesław Szultk: W latach komuny była jakakolwiek pomoc, były bony żywnościowe, a teraz są i tacy co mówią, że stoczniowcowi nie należy się przydział mleka, bo mleko mu szkodzi, bo jego organizm tego nie potrzebuje. Do Stoczni ludzie przyjeżdżali z całej Polski. Był komunizm, ale i kwatera była i możliwość startu życiowego. Stoczniowcy mieszkali w hotelach, mieli ciepłą wodę, czystą pościel. A dziś?

Janusz Ośka: W latach 60. Dla tych z hotelu był urlop okolicznościowy na odwiedziny w domach rodzinnych i wszyscy dostawali zwrot za podróż w obie strony.

Czesław Szultk: Decydenci szczycą się Gdańskiem, Stocznią, dźwigami, a ja się obawiam, że niedługo tych dźwigów nie będzie. Zostaną tylko plastikowe miniaturki w charakterze pamiątek. Teraz jak w Stoczni Północnej robia wodowanie – widac tam opłaca się statki budować – to operatorzy kamer tak się ustawiają, żeby w tle było widać nasze dźwigi. Bo taki dźwig zawsze ładnie wygląda jak temat jest stoczniowy.

Henryk Danskoi: Kiedyś Stocznia to była prawdziwa solidarność. Pamiętam, że w latach 70. Mieliśmy majstra na wydziale, który pewnego razu nie zdążył oddać jednego gotowego pomieszczenia na statku przed końcem tygodnia, zgodnie z terminem. Kierownik zapowiedział mu, że w poniedziałek będzie musiał sprawę zgłosić szefostwu i majstra zwolnią. Był piątek po południu. Zebraliśmy się z chłopakami, pogadaliśmy i ustaliliśmy, że spróbujemy przez sobotę i niedzielę wyszykować to pomieszczenie. Majster nie wierzył, że się uda. Ale my podzieliliśmy się pracą. Tak to zorganizowaliśmy, że każdy miał czas na robotę, odjazd do domu, odpoczynek i powrót znowu do pracy. Wymienialiśmy się. Jedni pracowali, inni szli spać do domów. W poniedziałek majster przyszedł, a my 15 minut wcześniej położyliśmy ostatnią warstwę farby. Chłop podziękował nam i miał łzy w oczach, ale udawał, że nic się nie dzieje. To jest właśnie solidarność i etos pracy!

Praca była naprawdę ciężka. Ale była i satysfakcja. Zasady panujące w Stoczni można było przenosić do domów. A dziś jest tak, że pracownik przyjdzie do pracy jak mu się chce. Jak nie to przyśle SMS, że bierze urlop na żądanie czy jakoś inaczej się wywinie od roboty.

Pytam byłych stoczniowców, czy gdyby mogli cofnąć czas i ponownie stanęli przed wyborem drogi życiowej, wybraliby pracę w Stoczni.

Nie – zdecydowanie odpowiada Henryk Danskoi. – Stocznia zniszczyła nam zdrowie, zabrała wiele czasu.

– Z drugiej strony, jaki myśmy mieli wtedy wybór – pyta retorycznie Czesław Szultk. – Nie było innych zakładów pracy, które mogły przyjąć tylu ludzi. To były inne czasy, nie było innych możliwości. Wtedy Stocznia to była nowoczesność, najnowsze technologie, możliwość rozwoju zawodowego. To był potencjał. Ten potencjał dziś został zatracony. Nasi politycy poszli do Parlamentu Europejskiego i musieli ten potencjał oddać na rzecz interesów Europy. Niestety, tego co zrobili, politycy nie rozumieją. Bo politycy nie rozumieją pracy w Stoczni. A władze miasta ze stoczniowcami nie rozmawiają. Maja swoje priorytety. Są butni. Wiedzą, że ich panowanie minie i kierują się innymi kryteriami.

Henryk Danskoi: Po ECS będą wycieczki oprowadzać, ale stoczniowiec ze spuszczoną głową pomodli się pod Trzema Krzyżami i nie będzie czekał na telewizję. Do ECS stoczniowiec nie pójdzie, bo i po co?

image003

Reklamy

Człowiek z muralu, a nawet kilku ludzi (cz. I)

U Kazia

Spotkanie w barze „U Kazia”. Od lewej Henryk Danskoi, Iwona Zając, Darek Olejniczak, Czesław Szultk, Janusz Ośka. (fot. Magdalena Małyjasiak)

Przed budynkiem Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” w Gdańsku stoi kawałek słynnego muru. Przywieziono go z Berlina w 2009 roku po to, by upamiętniał Wydarzenia Sierpniowe. W ramach rewanżu podobny kawałek muru, dotychczas okalającego Stocznię Gdańską, powędrował do Berlina.

Jak czytamy na stronie internetowej Europejskiego Centrum Solidarności „Mur ma symbolizować początek zainicjowanej przez Solidarność drogi do wolności, która przyczyniła się do upadku komunizmu w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej, a poprzez to do obalenia Muru Berlińskiego i zjednoczenia Niemiec.”

I kto wie, może za jakiś czas będzie to jedyny ocalały kawałek stoczniowego muru, który od jakiegoś czasu znika, fragment po fragmencie, z krajobrazu Gdańska. Widać taki mur doskonale nadaje się na symbol (jak i cała Stocznia), natomiast niekoniecznie jest potrzebny do pełnienia swojej dotychczasowej roli (jak i cała Stocznia).

W styczniu zniknął całkiem spory kawał muru przy ul. Jana z Kolna w Gdańsku, a wraz z nim mural namalowany tam przez Iwonę Zając, gdańską artystkę od lat związaną ze Stocznią Gdańską i ludźmi tam pracującymi. Mural był niezwykły o tyle, że będąc dziełem sztuki, równocześnie stanowił zapis rozmów jakie Iwona Zając przeprowadziła ze stoczniowcami na początku pierwszej dekady XXI w. U progu nowej ery, chciałoby się powiedzieć.

Szczęśliwie Iwona Zając jest skrupulatna i prace nad swoim dziełem bardzo dokładnie udokumentowała. Dokumentowała także znikanie muralu z przestrzeni miasta. Dzięki temu teraz powstała kolejna odsłona stoczniowego projektu. Jest to strona internetowa http://www.stoczniaweterze.com. Jej zawartość Czytelnicy mogą poznać sami. Dość powiedzieć, że oprócz fotograficznej dokumentacji muralu znaleźć tam można archiwalne nagrania rozmów ze stoczniowcami, które posłużyły artystce do pracy nad muralem.

– – –

Niedawno, dzięki pomocy Iwony, miałem okazję porozmawiać z kilkoma byłymi stoczniowcami, którzy uczestniczyli w jej projekcie. Poniżej relacja z tego spotkania. Moimi rozmówcami byli panowie: Czesław Szultk, Henryk Danskoi i Janusz Ośka – stoczniowiec, z którym Iwona Zając nie rozmawiała pracując nad muralem, ale który uczestniczył w przedsięwzięciu dokumentalnym innego artysty, Roberta Burghardta z Niemiec. Artystka wykorzystała wypowiedzi p. Ośki i odbiła je na na przęsłach 16 i 17.

Na początek spytałem moich rozmówców o to jak przyłączyli się do pracy nad muralem i jak z dzisiejszej perspektywy oceniają ten projekt i swój udział w nim.

Czesław Szultk: na rozmowy o naszym życiu w Stoczni zgodziliśmy się z pewnymi oporami. Ale Iwona namawiała nas usilnie. Przyjeżdżała do nas na rowerze spocona, widać było, że jej zależy, ze to co robi jest autentyczne a nie na pokaz. To nas przekonało. Poza tym, to była jedyna okazja żeby ktoś spoza stoczni mógł wysłuchać wspomnień ludzi, którzy całe życie tu przepracowali i są związani z tym miejscem. Dla nas z kolei była to jedyna okazja żeby podzielić się z innymi własnymi przemyśleniami, nadziejami, wspomnieniami i wątpliwościami.

Henryk Danskoi: Ja spotkałem Iwonę przez przypadek. Pracowałem do roku 1981 w Stoczni na wydziale malarskim. A ona miała kolegów, którzy pomagali jej przy pracy na murze [Marcin Choroszman i Paweł Pogodziński, przyp. aut.]. Zobaczyłem ich i tak od słowa, do słowa, okazało się, że ja też jestem stoczniowcem. No i opowiedziałem swoją historię. Dla mnie ten mural to było coś nowoczesnego, awangardowego. Kto by wpadł na taki pomysł? Chodziłem przy tym murze, przyglądałem się jak powstają kolejne fragmenty muralu. Podziwiałem Iwonę za tę jej chęć, żeby Stocznia nie poszła w niepamięć. Ten mur stał przy głównej arterii komunikacyjnej, codziennie mijały go tramwaje i przechodnie. To było serce Stoczni i ten mural zawsze do ludzi przemawiał.

O tym, jak wyglądała praca w Stoczni przypomniał Janusz Ośka:

Praca tam jest nie do wycenienia. Ktoś spoza Gdańska mógł kiedyś powiedzieć, że to taka fajna robota w dużym, znanym przedsiębiorstwie. Otóż nie! To ciężki znój, za który nie zapłacono stoczniowcom tyle, ile się należało. Pracowaliśmy po 300 i więcej godzin w miesiącu. Do emerytur nam tych godzin nie policzyli. Przepracowałem tu 43 lata. Kiedy w 1997 roku Stocznia została rozwiązana, każdy z nas bał się o przyszłość. czuliśmy lęk i myśleliśmy „Co teraz„będzie?”. Praktycznie poszliśmy na bruk. Część załapała się na kuroniówki, a część została „goła i wesoła”. Myśmy jakoś kryzys przetrzymali, dotrwaliśmy do emerytury. Ale czy teraz nasi młodsi koledzy doczekają tu emerytury?

Czesław Szultk mówił o zawiedzionych nadziejach stoczniowców:

Każda władza nam obiecywała, że będzie dobrze. A myśmy każdej władzy wierzyli. A na razie wychodzi na to, że rządzący zrobili Stoczni wiele złego albo nie zrobili nic. Każdy, kto pracował kiedykolwiek w Stoczni, powie, że kiedy widzi jak oni – decydenci – obdzielają się premiami, bo to co zarabiają oficjalnie to za mało, to uważa to za nikczemność. I każdy powie, że oni nigdy pod tymi krzyżami nie powinni stać, żaden nie powinien mówić, że jest ze Stoczni, że chce Stoczni pomóc. Niestety, po czasie oni powiedzą „ no, niestety, nie mogliśmy pomóc, bo byliśmy tylko politykami, bo nikt od nas tego nie wymagał”. Będą mówić, że po roku 1980 stoczniowcy byli za mało agresywni, za mało chcieli uzyskać dla siebie. Ale stoczniowcy nie chcą nic za darmo. Chcą tylko to, co im się należy z pracy rąk własnych. Stoczniowcy sobie pomagają. Jak stoczniowiec powie „honor”, to znaczy, że jest honorowy.

Może ktoś tego nie zrozumie, ale ja pracowałem w Stoczni od 14 roku życia. Do 50 urodzin nie miałem żadnych wakacji, żadnego urlopu. Każdy urlop przepracowałem w innej stoczni albo „na bramce”. Robiłem to żeby rodzinie zapewnić godziwy byt. Ktoś powie „no widocznie płacili dobrze, skoro dom zbudował, jeździł dobrym samochodem”. Tylko, że ja sam na to zapracowałem. Ludzie pracowali przeszło 300 godzin miesięcznie przepracowanych! A jeśli teraz chcą podwyższyć wiek emerytalny – dobrze, tylko niech wezmą pod uwagę, że w ciągu jednego roku przepracowało dwa lata. Dlaczego tego do emerytury nie doliczają? Ciężka praca w Stoczni zniszczyła nam zdrowie. Kiedy stoczniowiec idzie na emeryturę, to ona mu się rzeczywiście należy.  A jak ktoś ma wątpliwości, zapraszam na statek, niech tam spędzi kilka dni i popracuje jak stoczniowiec.

– – –

Przyznaję, że dotąd niewiele wiedziałem o tym jak pracowało się w Stoczni i jak wiele wyrzeczeń i czasu poświęcali temu miejscu stoczniowcy. Niebawem kolejna część rozmów ze stoczniowcami. Opowiedzą m. in. o stoczniowym etosie pracy i o tym, czy ich zdaniem ów etos przetrwał do dzisiejszych czasów.

%d blogerów lubi to: