Witaj Obcy!

image003 (6)

Wśród Czytelników Bloga Trzech Miast wielu jest mieszkańców Gdańska, Sopotu czy Gdyni, którzy przyjechali tu kilka, kilkanaście, a pewnie i kilkadziesiąt lat temu. Ze wszystkich zakątków Polski, z bliska i z daleka. Wśród tych przybyszy jestem i ja. Mieszkam tu 18 lat. Sporo. Właściwie mogę uznawać się za „lokalsa”. Za swojego uznają gdańszczanie a i zwolennicy trójmiasta są przekonani, że mają do czynienia z „człowiekiem stąd”. I słusznie, bo przez te lata oswoiłem już miasto, wszystkie trzy miasta. Poznałem ludzi, wielu mieszka tu krócej niż ja. Znam i tych, którzy są w Gdańsku zakorzenieni od zawsze, z pokolenia, na pokolenie. Czuję, że jestem u siebie. Ale nie stało się to od razu.

Przeprowadziłem się do Gdańska w 1995 roku i przez pierwsze 5 lat mieszkałem niemal w centrum. Pamiętam, że zanim wsiąkłem w tak zwane środowisko, w lokalną społeczność – cokolwiek to znaczy – próbowałem poznawać strukturę miasta. Ulice, dzielnice, najważniejsze obiekty, miejsca kultowe i mniej znane. Zanim jako tako przyswoiłem sobie terytorium, upłynęło sporo czasu. Przez ulicę Spacerową przejechałem dopiero po kilku latach życia w mieście. Zanim przestałem błądzić w rejonie al. Rzeczpospolitej i Jana Pawła II, minęło jeszcze więcej lat. Lekko nie było, ale topografii można się nauczyć, nawet jeśli jest się dość tępym przełajowcem.

Nieco mniej czasu zajęło przyzwyczajenie się do tego, że Gdańsk jest miastem, w którym żyję na co dzień. Że nie jest to miasto z pocztówki, na które patrzę jako turysta. Może pomogło mi to, że ze względu na wymaganą w pracy mobilność, poruszałem się po różnych zakątkach, nie ograniczając się tylko do turystycznej jazdy obowiązkowej. Zobaczyłem, że Gdańsk to nie tylko obrazek, ale i byt realny.

Jednym z elementów oswajania miasta, było poznanie od środka Stoczni. Służbowo chodziłem na wiece w latach 90., byłem świadkiem masówek z udziałem rozmaitych „władców dusz”, uczestniczyłem w zebraniach „Solidarności” stoczniowej, przyglądałem się temu miastu w mieście. A z czasem przychodziłem do Stoczni z własnej woli i potrzeby załatwiając sobie przepustki za pośrednictwem związkowców. Kiedy Stocznia zaczęła znikać, obserwowałem to znikanie. I obserwuję do dziś.

Z ludźmi, poznawaniem ich, przyzwyczajaniem ich do siebie i odwrotnie, było tak, że początkowo poznawałem podobnych do mnie przybyszy. Tyle że osadzonych w Gdańsku od paru lat, absolwentów Uniwersytetu albo Politechniki. To byli znajomi mojej żony i wśród tych kilkudziesięciu osób może kilkoro było rodowitymi gdańszczanami. Reszta to ludzie żyjący jeszcze wówczas pomiędzy rodzinnym miastem lub wsią, a Gdańskiem czy Gdynią. Nawet w pracy wielu miałem przyjezdnych. Ale miejscowych nie brakowało i dzięki temu z wolna wkroczyłem w środowisko ludzi „stąd”. Jakaś różnica? Owszem, ich doświadczenia życiowe, rodzinne, były zupełnie inne od moich. Myślę, że nawet odczuwałem wobec nich swego rodzaju kompleks przybysza (nie mylić z prowincjuszem, bo po jakimś czasie pojąłem, że i Gdańsk nie jest w centrum świata). Z drugiej jednak strony, jak każde większe miasto, Gdańsk i Gdynia są ośrodkami w dużej mierze zasiedlonymi przez przyjezdnych. To już nie egzotyka a raczej swoistość. I to także element współtworzący miasto i jego charakter.

Ciekawe jednak, kiedy człowiek przyjezdny staje się „stąd” i od czego to zależy. Jakie są strategie przyswajania miasta i wtapiania się w pejzaż?

Jedna z takich strategii to lokalny neofita – taki co to przyjechał pół roku temu, a zna miasto (lub twierdzi, że zna) już lepiej niż miejscowi. Mówi o sobie w kontekście niemal odwiecznego zakorzenienia, niechętnie wraca do przeszłości przeżytej gdzie indziej. Kumpluje się z miejscowymi i przejmuje ich styl bycia. Kibicuje lokalnej drużynie. Coś jak świeżo upieczony emigrant w USA, który po miesiącu mówi tylko z akcentem i do tego miesza słówka polskie z angielskimi.

Inna strategia, to wieczny tułacz – człowiek pozbawiony ojczyzny, żyjący wspomnieniami z domu rodzinnego, źle czujący się wśród obcych, na obcym gruncie. Twierdzi, ze chętnie by stąd uciekł, wrócił do swoich, no ale cóż – nie może, bo…

Strategia numer trzy czyli zasymilowany – to chyba postawa najczęstsza. Człowiek, który pamięta skąd pochodzi, ale zżył się na tyle z nowym miastem i ludźmi, że czuje się w nowym otoczeniu dobrze i swojsko, a po jakimś czasie to nowe otoczenie, staje się jego środowiskiem naturalnym. Nauczył się miasta i ludzi, bo musiał i chciał. Nic na siłę jednak, wszystko z czasem i w sposób naturalny. Nowe miasto od początku akceptował albo przynajmniej traktował neutralnie.

Pewnie strategii oswajania miasta można by jeszcze kilka pomniejszych wyróżnić, ale przyjrzenie się swojemu wrastaniu w lokalny pejzaż, wyodrębnianiu kolejnych etapów, punktów zwrotnych, to rzecz pouczająca i arcyciekawa. Polecam wszystkim przyjezdnym!

Reklamy
%d blogerów lubi to: