Po panelu piszę

IMG_20141023_114250Uczestniczyłem w jednym z paneli dyskusyjnych podczas konferencji SmartMetropolia 2014 w Gdańsku. Panel dotyczył wspólnotowości i więzi lokalnych, a moja prezentacja nosiła tytuł „Trzy tożsamości czy tożsamość trzech miast?”

Miałem okazję znaleźć się w gronie naukowców, socjologów, specjalistów od zagadnień tożsamości lokalnej. Udział w tym spotkaniu był pouczający. Niestety, to czego mi zabrakło, to czas na dyskusję. Ledwie kilka pytań zadanych z sali i pośpiech przy udzielaniu odpowiedzi. Sporo niedopowiedzeń, ledwie muśniętych wątków. Cóż, trudno.

Mam jednak możliwość poszerzenia swoich odpowiedzi na uwagi dwóch współuczestników panelu. Pan profesor Cezary Obracht-Prondzyński z Uniwersytetu Gdańskiego w odniesieniu do mojego wystąpienia stwierdził, że podział na „nowoczesną Gdynię” i „historyczny Gdańsk” uważa za niewłaściwy, błędny i stereotypowy. Rzeczywiście, to stereotyp i rozpoczynając swoje wystąpienie zaznaczyłem, że do stereotypów będę się odnosił i wśród nich poruszał. Szkoda, że profesor nie podał swojego punktu widzenia na relacje między Gdańskiem a Gdynią, ale rozumiem, że nie było na to czasu. Nie mam jednak pewności co do słuszności twierdzenia, że pojęcie „Trójmiasta” rozlewa się dalece na obrzeża metropolii. Być może tak.

Nie wiem też na pewno – w przeciwieństwie do pana profesora – czy wszyscy mieszkańcy Wejherowa odwiedzając inne regiony kraju, na pytanie o to, skąd przyjechali mówią, że z „Trójmiasta”. Ciekawe byłoby zbadanie tego, jak do przynależności „trójmiejskiej” przyznają się sami zainteresowani – mieszkańcy Gdańska, Sopotu i Gdyni. Z tego, że pojęcie „Trójmiasto” w ogóle funkcjonuje w potocznym obiegu, nie wynika jeszcze jakaś trójmiejska tożsamość. Co miałoby być jej wyznacznikiem, łącznikiem? Odpowiedź, że wspólne podróże SKM-ką, nie zadowala mnie zupełnie. Ja powstałej po II wojnie połączonej szczególnymi więziami społeczności mieszkańców trzech miast jakoś nie dostrzegam. To znaczy, nie dostrzegam siły tych więzi. A przypomnę (o czym pisałem już kiedyś przy innej okazji), że jakieś dziesięć lat temu Paweł Huelle powiedział w rozmowie ze mną, iż Gdańsk tonie we własnej mitologii. To historyczne uogólnienie jest moim zdaniem aktualne do dziś. W haśle „Gdańsk miastem wolności i solidarności” wciąż mocniej pobrzmiewa nuta historii, niż muzyka przyszłości. Poza tym, nie widzę niczego złego w tak opozycyjnym pojęciowo rozdzielaniu Gdańska i Gdyni. Zamiast się obruszać, lepiej byłoby na tych opozycjach budować kapitał.

Całkiem intrygującą rzecz powiedział pan profesor Tomasz Szlendak z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu odnosząc się do moich uwag o niepewnej, zaburzonej, tworzącej się od nowa, tożsamości mieszkańców Sopotu. Profesor uznał bowiem mniej więcej, że skoro Sopot jest coraz bardziej miastem napływowego establishmentu, turystów, okazjonalnych imprezowiczów, to oni właśnie określają nową tożsamość tego miasta i mają do tego pełne prawo?

Czyli skoro oni – w gruncie rzeczy obcy, bo nie stąd i nie związani emocjonalnie na trwałe z Sopotem – mówią, że jest to miasto „rozrywkowe” i nic ponadto, to należy przyjąć to do wiadomości. Tożsamość miasta określona nie przez sopocian, a przez jego konsumentów. Czyżby sopocianie nie mieli nic do powiedzenia? Są definicje, które takie miasto jak Sopot pozwalają umieścić w szufladce „nie-miejsca”, więc nie powinienem się specjalnie dziwić. Jestem mimo to zdziwiony. Tożsamość lokalna zdefiniowana nie przez autorefleksję, ale w stylu „jak cię widzą, tak cię piszą”… Tożsamość personalna zawsze jest sumą kilku składowych, między innymi tego, jak postrzegają nas inni. Z tożsamością miejsc jest w pewnym sensie podobnie, ale pozostawianie całego pola nie-miejscowym? Hmmm…

Reklamy

Sopot, listopad i reszta świata

Miasta miewają wiele „twarzy”, to nic nowego. Ale zobaczyć inne oblicze miasta, które zna cała Polska niczym Księżyc, tylko z jednej (właśnie wcale nie jesiennej) strony – to doświadczenie arcyciekawe.

Pewnego listopadowego poranka zobaczyłem jesienne oblicze Sopotu. Dla mieszkańców tego miasta to normalka, oni obcują z kurortem na co dzień, niezależnie od pory roku i aury. Ja wprawdzie bywam w Sopocie często, ale jakoś nigdy nie zdarzyło mi się tam zajrzeć w listopadzie o dziewiątej rano. Rano – owszem, ale latem, w pełni sezonu, kiedy tłumy plażowiczów ciągną już w dół Monciaka z ręcznikami pod pachą i tobołkami mieszczącymi ich tymczasowy, sezonowy dobytek. Rano zimą, o ile pamiętam mnie tu nie było, jesienią chyba tym bardziej nie. Bywam czasem w jesiennym i zimowym Sopocie wieczorem, ale nawet jeśli to jest późny i pozasezonowy wieczór, to życie jakieś się dookoła toczy. A kiedy na dłużej zamiera, można to sobie tłumaczyć tym, że o zmierzchu w ogóle cały świat się zmienia.

Tymczasem zdarzyło mi się być dwa dni temu w Sopocie rano (rano było umowne, bo minęła godzina 9., zbliżała się 9.30). I był to listopad, a miasto było w tym listopadzie pogrążone po ostatnią dachówkę. Oczywiście, najciekawsze objawy listopadowej „nicości” czy prawie-pustki, można było obserwować tuż przy gruncie, na ulicach, deptakach, na plaży.

Stali mieszkańcy, albo byli w pracy, albo w szkołach, albo po prostu siedzieli schowani w domach, bo po co wychodzić z domu, kiedy szaro-buro i ponuro za oknem. I wiatr wieje i kapuśniakiem od czasu do czasu zacina. Tylko zapóźnieni post-sezonowi turyści, owi obcy – inni – przybysze, snuli się tu i ówdzie (Monciak, Molo), szczęśliwi pewnie, że udało im się wyrwać „nad morze” po sezonie, po tłumach. Ulice i place świeciły pustkami. Kurort po sezonie zmienił się w senne miasto i trudno powiedzieć, kiedy Sopot jest bardziej realny – gdy zapełniają go tysiące letników, czy może teraz, kiedy rano wiatr hula po ulicach?

Podwójna twarz kurortu wiąże się zagadnieniem jego użyteczności. Turyści i wczasowicze przebywający tu okresowo w sezonie wakacyjnym, korzystają z miasta jako miejsca wypoczynku. Używają go jak używa się hotelu, restauracji, basenu lub dowolnej przestrzeni istniejącej po to, by dawać ludziom wytchnienie. Równocześnie stali mieszkańcy użytkują swoje miasto tak, jak używa się każdego innego miasta. Tu pracują, uczą się, mieszkają, wypoczywają i tak dalej. Jedna przestrzeń zagospodarowywana na dwa sposoby. Po sezonie zaś, choćby w listopadzie, miasto jest przestrzenią i zbiorem przedmiotów codziennego użytku przeznaczonych do korzystania z nich nie od święta, raz w roku, wakacyjnie lub weekendowo, ale właśnie na co dzień, na stałe, zwyczajnie. Dwie funkcje w jednym. To się da pogodzić. Po sezonie nie trzeba się nawet tak bardzo starać.

Na zdjęciach widać listopadowy Sopot. Pusty prawie, ale to pozory. Miasto żyje i tylko o poranku łapie chwile wytchnienia od reszty świata. Za kilka miesięcy trzeba będzie tę resztę świata znów u siebie powitać.

IMG_0049 IMG_0050

IMG_0053

IMG_0054

IMG_0056

IMG_0057

IMG_0059

IMG_0060

IMG_0061

IMG_0062

IMG_0063

IMG_0067

IMG_0068

IMG_0069

IMG_0070

To co czujesz, to co wiesz…

Lokalny internet z dumą informuje, że Katarzyna Figura na stałe zamieszkała w Gdyni. Jak twierdzi aktorka w wywiadzie dla Wyborczej „Ludzie z Wybrzeża mają inną mentalność i inne podejście do życia. W Gdyni i Trójmieście bywam od lat. Wiele razy przyjeżdżałam tu na festiwal albo na wakacje, ale nigdy wcześniej nie zauważyłam napisu przy wjeździe do Gdyni >Uśmiechnij się! Jesteś w Gdyni<. Dopiero teraz to widzę i sama się do siebie uśmiecham.” Jednym zdaniem Figura kocha Gdynię, bo Gdynia jest super. I w ogóle Wybrzeże jest super. O ile się orientuję (a mogę się nieorientować, bo życiorys pani Figury nie jest tym na czym znam się najlepiej), nie jest to pierwsza przeprowadzka i pierwsze ani nawet drugie miasto znanej aktorki. A że akurat los rzucił ją do Gdyni – tak wyszło. Być może równie dobrze mieszkałoby się jej w Zielonej Górze lub Wrocławiu. I może tam też ludzie są inni niż w Warszawie.

Każdemu może zdarzyć się przeprowadzka, zmiana miasta, stylu życia, znajomych, sąsiadów. Ale nie zawsze jesteśmy skłonni zaakceptować te zmiany. Mam wrażenie, że aby dobrze czuć się w jakimś miejscu, w jakimś mieście, trzeba to miasto po prostu czuć. Tylko co to znaczy? Trudno powiedzieć, ale to się chyba wie.

Kiedyś byłem gotów przeprowadzić się do stolicy natychmiast, gdybym tylko miał taką okazję. Potem okazja była, a może nawet dwie i… nie skorzystałem. Bywałem w Warszawie często i nie była to już ta sama Warszawa, jaką pamiętałem z dzieciństwa i z lat nastoletnich. W latach 70. i 80. bywałem w stolicy co roku. Spędzałem tam lub w pobliskim Milanówku, całe wakacje. Ale kiedy zacząłem przyjeżdżać do stolicy w latach 90. jeszcze mi się podobało. Wietnamskie budki z żarciem, polówki z towarem na każdym chodniku. Jeszcze nic nie zapowiadało katastrofy, albo ja jej zwiastunów nie dostrzegałem. Katastrofa nastąpiła na początku tego stulecia i trwa do dziś. Nowe dzielnice, ulice biznesu – Domaniewska i okolice. Dziwni ludzie w biurach, korporacyjna mentalność. Zniknął Bazar Różyckiego jaki znałem, Park Skaryszewski nie był już tym samym parkiem… do Warszawy? W życiu! Nie!

Czyli rzeczywiście, żeby gdzieś zamieszkać, trzeba „poczuć miejsce”. Dobrze, że Katarzyna Figura poczuła Gdynię. Jeśli chodzi o mnie – ja Gdyni nie czuję, nie mógłbym mieszkać w tym mieście. Co nie znaczy, że nie lubię Gdyni. Może po prostu jej nie rozumiem, nie znam. Nie umiem się tam poruszać – ilekroć jadę przez nią samochodem, zawsze mogę się pogubić na wiaduktach w okolicach dworca. Choć drogę do portu już właściwie wykułem „na blaszkę”. Podobnie jak zasady funkcjonowania przecznic w ścisłym centrum. Ale mieszkać tam? Chyba jednak nie. Żadna Chylonia, żadna Dąbrowa. W ogóle wszystko, co na zachód od Gdyni – Reda, Rumia, Wejherowo, Puck i dalej, jakoś mnie tam nie ciągnie.

A Sopot? Niby ładny i zgrabny, z klimatem. No może tak. Ale żeby tam mieszkać przez cały rok? W tym tłumie wakacyjnym? Nie! Może nie tak radykalnie jak w przypadku Gdyni, ale nie.

Wygląda na to, że zostaje mi tylko Gdańsk. I dobrze. W Gdańsku czuję się dobrze. Właściwie w dowolnej dzielnicy, choć są te lepsze i gorsze, ładniejsze i brzydsze. Jednak świadomość bliskości kilku istotnych dla miasta punktów: tzw. starówka, Stocznia, Wrzeszcz. To wystarczy. Wygląda na to, że czuję Gdańsk. Nawet w Osowej. Zresztą w okolicach Gdańska też czuję się świetnie. Choćby w Pruszczu

Nie wiem skąd to się bierze. Może gdybym dwie dekady temu sprowadził się nie do Gdańska, ale do Gdyni, rzecz miałaby się inaczej? Kto wie, kto wie?

Ciekawe, co sprawia, że jakieś miejsce „czujemy”, a innego wcale. Ludzie, budynki, przestrzeń, historia? Nie wiem. Wiem tylko, że owo „czucie” ma czasem wymiar wręcz fizyczny. Albo jest jak należy, albo jest dyskomfort. I wiem też, że należę do ludzi, którym nie jest wszystko jedno gdzie mieszkają.

Trzy miasta, różne spojrzenia

Czas na podsumowanie wyników ankiety, której wypełnienie zaproponowałem niedawno Czytelnikom Bloga Trzech Miast. Niestety, z zaproszenia skorzystało tylko 13 osób (przy czym tylko 10 osób odpowiedziało na wszystkie pytania), zatem wyniki nie mogą być brane pod uwagę przy opracowywaniu jakichkolwiek analiz i do stawiania jakichkolwiek twardych tez. Ja jednak pozwolę sobie na prezentację najbardziej interesujących wypowiedzi, z którymi rzecz jasna można dyskutować.

Na początek przypomnę pytania, które zadałem w ankiecie:

1. Jestem/byłem mieszkańcem
Gdańska
Sopotu
Gdyni
2. Uważam się za mieszkańca/obywatela
miasta
dzielnicy
całego trójmiasta
3. W nawiązaniu do pytania 2.; ponieważ:
4. Próba definicji – opisz jednym zdaniem lub w 3 punktach, czym jest dla Ciebie Trójmiasto:
5. Próba definicji – opisz jednym zdaniem lub w 3 punktach, czym jest dla Ciebie nie jest Trójmiasto:
6. Najlepsze miasto spośród trzech miast to:
7. W nawiązaniu do pytania 6.; ponieważ:

Uczestniczyło w ankiecie 9 mieszkańców Gdańska, troje sopocian i tylko jeden gdynianin (lub gdynianka).

Interesujące są odpowiedzi na pytanie trzecie. Mnie podoba się ta: „Ponieważ Sopotu i Gdyni nie znam na tyle aby uważać się za mieszkańca trójmiasta, natomiast miałam okazję mieszkać/przebywać w różnych dzielnicach Gdańska, każda z dzielnic jest trochę inna ale wszystkie składają się na wspaniałość i oryginalność miasta.”

To akurat osoba, która uważa się za mieszkankę miasta (w tym wypadku Gdańska). Ale są i inne nie mniej interesujące spojrzenia na to tożsamościowe zagadnienie:

Uważam się za mieszkańca: miasta, dzielnicy, całego trójmiasta – „Wszystkie powyższe, ponieważ: każda społeczność ma swój sens i swój charakter. Każda jest ważna i powinna istnieć w symbiozie z pozostałymi.”

Inne odpowiedzi na pytanie nr 3:

„Dla mnie to całość, w jednym mieszkam, w drugim pracuję, z dzieckiem spędzam czas wszędzie…”

„Granice trójmiasta są sztuczne. Traktuję wszystkie 3 miasta jak jeden organizm.”

„Jestem najbardziej związana ze swoja dzielnicą, z jej problemami i ich rozwiązywaniem.”

„Jestem związany z miastem bardziej niż z konkretna dzielnicą, a już na pewno nie jestem związany z całym trójmiastem.”

„Korzystam z funkcji zlokalizowanych w całej aglomeracji.”

„Sopot, Gdańsk i Gdynia to dla mnie jedna przestrzeń kulturowa – choć różniąca się zasadniczo. w tym zróżnicowaniu jest wszystko, czego mi potrzeba.”

„W Gdańsku się urodziłem, tutaj chodziłem do szkół na każdym poziomie, uczestniczę w jestem laureatem obywatelskiej olimpiady wiedzy o Gdańsku, współtworzę Encyklopedię Gdańska w wersji papierowej i elektronicznej (Gedanopedia), ukończyłem kurs przewodnicki po Trójmieście.”

Jednym słowem w tym wypadku siły między „lokalnymi patriotami” (trójmiastosceptykami) a aglomerystami, rozłożone sa mniej więcej po równo. A jak było w przypadku innych pytań? Znalazłem na przykład bardzo ciekawą i rzeczową, choć w pewnym sensie separatystyczną, definicję trójmiasta (pytanie nr 4):

„Są to trzy miasta, graniczące bezpośrednio ze sobą. Łączy je SKM-ka, Zatoka Gdańska i Trójmiejski Park Krajobrazowy.”

Ale są i inne, bardziej przychylne trójmiastu rozumianemu jako jedność, opinie:

„Trójmiasto to jeden wielki organizm – a przynajmniej chciałabym, żeby tak było… i nie rozumiem tych wszystkich kłótni i zawiści pomiędzy poszczególnymi miastami… Być może dlatego, że nie urodziłam się w 3city i patrzę na ten cały galimatias nieco z boku, jak turysta.”

Inne odpowiedzi na pytanie, czym dla Czytelników jest trójmiasto:

3miasto to morze, to duży wybór plaż. Dostęp do morza przez cały rok jest dla mnie warunkiem osiedlenia się,
– różnorodność trzech miast,
3miasto jest dla mnie częścią życia – w szerokim zakresie, nie wyobrażam sobie innego miejsca, w którym mogłabym zamieszkać.”

„Miejscem do życia, miejscem do pracy, miejscem na ziemi.”

„Potrójne miasto, nazwy to tylko geografia….”

„Potrójne miasto, tak”

„Puste hasło. obszar trzech różnych miast o różnych charakterach i odmiennej historii oraz potencjale. wiąże go tylko obwodnica i SKM.”

„Sztucznym tworem, który wabi turystów”

„Trójmiasto – spójna aglomeracja miejska o bardzo ciekawej, mozaikowej tradycji i historii.”

„Trójmiasto jest zlepkiem trzech miast sąsiadujących ze sobą, pomimo że powinny tworzyć jedn organizm,każdy z prezydentów garnie do siebie.”

„Trzema miastami, sztucznie złączonymi w jedno.”

A czym dla Czytelników trójmiasto nie jest, lub jakich oczekiwań nie spełnia? Na początek znów pogląd, z którym ja się chyba w pełni utożsamiam: „Trójmiasto nie było, nie jest i nie będzie jednością, każde z tych miast ma swoją historię.” Niektórzy respondenci wytykali to, co im się nie podoba, a co równocześnie jest w ich opinii błędnym rozumieniem wspólnych interesów aglomeracji:

„Trójmiasto niestety nie jest jednym wspólnym organizmem i to jest słabe.  Przy obecnej walce o zainteresowanie turystyczne i biznesowe różnych destynacji  Trójmiasto jedynie wydaje się mocne, ale przez ciągłe spory, zyskują na tym Warszawa Poznań, czy Wrocław… no cóż – trzeba przemyśleć właściwe podejście do biznesu…”

Pozostałe odpowiedzi na pytanie, czym trójmiasto nie jest:

„centrum wielkich wydarzeń kulturalnych”

„jednolitym organizmem miejskim”

„miejsce o wspólnym dziedzictwie historyczno-kulturowym”

„Nie jest aglomeracją położoną na śródlądziu, o kształcie kolistym, ze wszystkimi wadami takich wielkopowierzchniowych „asfaltowo-betonowych dżungli” – smogiem, dużą odległością od natury itp.”

„Nie jest miejscem przyjaznym do życia lub osiedlenia się. Panuje brud, hałas.Komunikację miejską można podsumować krótko: szkoda gadać, w szczególności tyczy się to skm.”

„Trójmiasto nie jest dla mnie zwartą całością. Nie stanowi jednego organizmu i jego mieszkańcy czują tę odrębność. Trójmiasta nie ma dla mieszkańców, jest dla wizytujących.”

Jest tez odpowiedź chyba mylnie umieszczona w tej rubryce, ale tu się znalazła, więc tu ją umieszczam:

„Życie, Praca, Spędzanie wolnego czasu, Po prostu sposób na życie”

Bardzo ciekawa jest jedna z odpowiedzi na pytanie nr 6 o to, które z trzech miast jest najlepsze do życia w nim. Odpowiedź brzmi: Trójmiasto! Uzasadnienie: „ponieważ to zupełny ewenement w skali Polski”.

A inne odpowiedzi? 4 razy Gdańsk, 2 razy Sopot i tylko raz Gdynia(!).

A jak czytelnicy motywowali swoje wybory? M. in. tak: „ponieważ jak już wspomniałam Gdańsk jest bardzo różnorodny pod wieloma względami np. mentalności ludzi zamieszkujących dane dzielnice, architektury. Gdańsk przed wojną był miastem, który się prężnie rozwijał np. Dawne Zakłady Mięsne, Browar we Wrzeszczu. Mamy swoją historię związaną z Pocztą Polską, Westerplatte. Mamy piękne zabytkowe dworki. Mamy też trzech pisarzy, którzy opisują okolice tego przepięknego miasta Grass (o którym autor nie wspomniał w swoim poście Mit i miasto) Huelle i Chwin.”  [uwaga o tym autorze skierowana jest do mnie, ale jak już wyjaśniałem czytelniczce, brak wzmianki był subiektywny, umyślny i spowodowany względami sympatii i antypatii literackich] O Gdańsku można było powiedzieć i to – „Znam to miasto, jest dostatecznie duże i różnorodne. Gdynia jest mi obca a Sopot za mały i zbyt hałaśliwy.”

A co jeszcze pisano o Gdyni? „Jest najlepiej zarządzana i wydaje się najbezpieczniejsza.”

Byli i tacy, którzy mieli problem z wyborem – „nie umiem wybrać
– Sopot jest latem wyjątkowy, ale nie do życia na co dzień, rozrywka to Sopot
– w Gdańsku mieszka się dobrze, ale oferta kulturowa jest dla mnie uboga, fatalne są drogi – nie te główne oczywiście,
– Gdynia jest bardzo dobrze zorganizowanym miastem, ale nie czuję tam klimatu, jaki odczuwam będąc w Gdańsku.”

Sopot także ma swoje zalety – „Zapewnia wygodne i komfortowe życie w pobliżu morza i lasu jednocześnie będąc dobrze skomunikowanym z Gdańskiem i Gdynią – centrami życia wielkomiejskiego.”

Starałem się przedstawić wszystkie odpowiedzi. Można się z nimi zgadzać lub nie. Można pewnie ułożyć lepsze, bardziej precyzyjne pytania. Ja sam mam kilka swoich uwag pokrywających się z opiniami Czytelników, lub wiodących w zupełnie przeciwną stronę. Ocenę i przemyślenia zostawiam jednak Wam.
Dziękuję wszystkim, którzy wzięli udział w ankiecie.

Ja terrorysta?

IMG_0126

Na jednym z murów przy ulicy Franza Josefa w Wiedniu ktoś odmalował z szablonu hasło „Tourist are terrorist”. To twierdzenie zadziałało na moją wyobraźnię. Zacząłem kombinować i pytać sam siebie – Ja też?!

No bo niby dlaczego? Jestem wprawdzie turystą nawiedzającym od czasu do czasu rozmaite miejsca tu i ówdzie, ale czy moje zachowanie jest aż tak naganne by porównywanie mnie do terrorysty było uzasadnione? Przecież jadąc w inne kraje, w obcych miastach samochód zawsze zostawiam na obrzeżach, po mieście poruszam się „z buta”, metrem albo autobusem, a śmieci nie wyrzucam na chodnik. Z drugiej strony „robię tłum”, szwędam się, łamię zasady i spokój mieszkańców – staję się intruzem, „ciałem obcym”. Zatem może rzeczywiście, jako turysta bywam w pewnym sensie „terrorystą”?

Dylematu nie rozwiązałem do dziś. Wiem co najwyżej, że nie wszyscy turyści łamią sobie nad nim głowę. Z kolei dla mieszkańców obszarów turystycznie docenionych sprawa też nie jest prosta. No bo jak to jest na przykład z naszymi trzema miastami? Turysta to gość i źródło dochodów, ale też intruz, śmieciarz i generalnie zło konieczne. No właśnie, konieczność jest z kategorii tych wyższych, bo czymże byłby Gdańsk albo Sopot bez turystów? Czym byłaby Gdynia bez tłumów na Skwerze Kościuszki?

Nie wiem, jakie będą tegoroczne zyski trzech miast w branży turystycznej. Finansowe podsumowanie poznamy pewnie za kilka tygodni, po tak zwanym sezonie. Wiem tylko, że każde z tych miast traktuje turystykę jak dość istotne i prestiżowe źródło dochodu i formę promocji. Każde oczywiście na swój sposób. Gdańsk mieni się jako miasto dumne, pomnikowe, żywe muzeum i lider chwytający w żagle wiatr przemian. Jednak to nie nowoczesność a historia ma być tu magnesem. Sopot zaś inaczej – jest ludyczny, rozrywkowy, słoneczny i wyluzowany. Są wprawdzie muzea i galerie, ale „umówmy się”, nie one przyciągają tłumy do kurortu. Gdynia z kolei jest nowoczesna i zadowolona z siebie. Obok tysiącletniego Gdańska kusi młodością, świeżością i witalnością. Ale do zaoferowania ma także coś tradycyjnego – tak zwane tradycje morskie. I są one głównym jej atutem, bo mało kto przyjeżdża do Gdyni podziwiać modernistyczną architekturę.

Niezależnie od możliwości, miasta liczą kasę jaką zostawiają na miejscu turyści. I z tego liczenia wynika na przykład, że w ubiegłym EURO-roku przyjezdnych było w Gdańsku więcej niż w latach minionych, ale za to zostawili mniej pieniędzy. Polscy turyści zostawiali tu średnio o 92 zł mniej na osobę, a zagraniczni – o 193 zł mniej na osobę. Tak podają autorzy raportu Instytutu Eurotest „Turystyka gdańska w sezonie letnim 2012 roku”.

Sopot natomiast opracował specjalny dokument pt. „Strategia rozwoju klastra turystycznego w Sopocie na lata 2012-2016”. Możemy w nim przeczytać m. in.:

Cel nadrzędny Sopockiego Klastra Turystycznego: w latach 2012-2016 wzrost wartości rynkowej podmiotów sektora turystycznego wynikający z podejmowanej wzajemnie kooperacji.

I wszystko jasne, prawda? A tak poważnie, „Misja Sopockiego Klastra Turystycznego” jest taka:

„Wzmocnienie konkurencyjności sopockiego sektora turystycznego oraz atrakcyjności Sopotu jako destynacji turystycznej poprzez:

prowadzenie działań wspomagających rozwój i promocję przedsiębiorstw działających w branży,

tworzenie sprzyjających warunków dla prowadzenia działalności biznesowej
rozwój zasobów ludzkich w sektorze

transfer wiedzy do biznesu

animowanie współpracy pomiędzy przedsiębiorstwami, administracją lokalną, stowarzyszeniami branżowymi, placówkami edukacyjnymi i badawczo-rozwojowymi oraz innymi zainteresowanymi podmiotami mających doprowadzić do zwiększenia efektywności działania biznesu turystycznego w Sopocie, a tym samym przyczynić się do rozwoju społeczno-gospodarczego Miasta”.

Czyli dla Sopotu turystyka to rozwój. To jest zrozumiałe. Wracając zatem do pytania o to, „czy turysta to terrorysta?”, należałoby udzielić odpowiedzi dość oględnej i niejednoznacznej. Ciekawe bowiem, że w dobie wirtualnego poznawania świata, ludzie tak chętnie i często przemieszczają się z miejsca na miejsce i chcą samodzielnie i osobiście przekonać się jak wygląda i funkcjonuje to, co znają już z internetu lub telewizji. Przemysł turystyczny to potęga, a choć jest wynalazkiem starożytnym, to właśnie teraz trwa jego rozkwit. Mieszkańcy miejsc leżących na turystycznych szlakach zdają sobie z tego sprawę. Współczesne miasta zamieniły się w swoiste muzea pod gołym niebem. Jeśli tylko jest coś, co warto wyeksponować żeby przyciągnąć obcych, to jest to wyeksponowane. Każde niemal miasto chce być „turystycznie atrakcyjne”. Znam nawet, wcale niemałą, miejscowość na południu Polski, w której centrum stoi rozwalający się, zrujnowany, od lat nieużywany Dom Kultury z kinem, a nieopodal popada w ruinę i zarasta dawny stadion dawnej piłkarskiej drużyny pierwszoligowej i popularny niegdyś w mieście basen, ale główne wysiłki władz idą w kierunku wypromowania i tak znanego już w całej Europie zamku i palmiarni.

Dziś organizmy miejskie nie mogą funkcjonować bez myślenia o przyjezdnych. O tych, którzy mogą odwiedzić, podziwiać, odpoczywać, jeść. Konsumować towary, usługi i zostawić na miejscu pieniądze. Lokalni mieszkańcy godzą się na niedogodności wynikające z obecności obcych. Czerpią z tego zyski. Uzależniają się. W skali globalnej i lokalnej czasem ma to dramatyczne skutki. Ale bywa zyskowne w skali pojedynczego człowieka, jednej rodziny. Błędne koło. No właśnie – czym byłby Sopot bez tłumu turystów na Monciaku?

Rzecz oczywiście nie polega wyłącznie na finansach. Nie mniej istotny jest prestiż, marka, rozpoznawalność. Nawet gdyby do niczego poza samonakręcaniem się turystycznej koniunktury owa rozpoznawalność miała nie być przydatna.

Z drugiej strony, czy turysta nie jest sam poddawany terrorowi miejsc, które „koniecznie trzeba zobaczyć”?

Odsyłam do kilku ciekawych dokumentów poświęconych turystyce w trzech miastach:

W Gdyni

W Sopocie

W Gdańsku

I jeszcze raz w Gdańsku

%d blogerów lubi to: