Sopot potrzebuje zmian

Niedawno „Rzeczpospolita” opublikowała ranking samorządów. Jego opracowanie przytacza pokrótce portal trójmiasto.pl, kładąc nacisk na dobre  miejsce w tym zestawieniu naszych trzech miast. Niestety, opieram się na tekście lokalnego portalu, bo ogólnopolska redakcja każe sobie za pobranie pełnej wersji rankingu zapłacić. A takiej polityki informacyjnej w internecie Blog Trzech Miast nie popiera.

Z tego co pisze trójmiasto.pl i co można usłyszeć na filmie promującym zestawienie wynika, iż pierwsze miejsce w rankingu miast na prawach powiatu zajął Sopot, a Gdańsk był na drugiej pozycji. To bardzo ciekawe. W ustalaniu kryteriów brano pod uwagę m.in. zarządzanie miejskimi finansami w latach 2009-2012, pod uwagę brano także nakłady na gospodarkę mieszkaniową, średnią punktów z testu szóstoklasistów i gimnazjalistów, stopę bezrobocia, liczbę zarejestrowanych podmiotów gospodarczych oraz wysokość wydatków poniesionych na promocję.

Skoro Sopot wypadł tak dobrze, to warto poświęcić mu nieco uwagi. O rozmowę o mieście poprosiłem sopocianina, politologa dr Marcina Gerwina, współzałożyciela Sopockiej Inicjatywy Rozwojowej i propagatora wprowadzania w polskich miastach budżetu obywatelskiego. Rozmawialiśmy zanim jeszcze wyniki rankingu były znane. Trudno je podważać, ale dobrze jest zestawić efekt przedsięwzięcia gazety z miejską codziennością widzianą z perspektywy mieszkańców. Jako że jednym z wyróżników Sopotu jest fakt, że był on pierwszym polskim miastem, w którym wprowadzono budżet obywatelski, zaczynamy od tego właśnie od budżetu obywatelskiego.

———————–

m gerwin

Dr Marcin Gerwin

Dariusz Olejniczak: Sopot był pierwszym miastem, w którym mieszkańcy bez pośredników – radnych, urzędników – mogli zadecydować na co wydadzą część miejskich pieniędzy…
Marcin Gerwin: Tak. Przy czym dziś mamy w Sopocie do czynienia raczej z konsultacjami społecznymi niż z budżetem obywatelskim. Obecne procedury nie spełniają  kryteriów budżetu obywatelskiego z prawdziwego zdarzenia. Z drugiej strony Rada Miasta zrobiła wielką rzecz decydując się na wprowadzenie tego systemu, bo było to przedsięwzięcie pionierskie w skali kraju. Nikt wcześniej tego nie robił nie znaczy to jednak, że nasz system jest idealny czy nawet dobry.

D.O.: Dlaczego?

M.G.: Nie określono precyzyjnie kwoty, o wydaniu której mogą zadecydować mieszkańcy – przyjęte zostało, że są to „nie mniej niż 4 miliony zł” zamiast po prostu „4 miliony zł”. Pozostawia to prezydentowi pewną swobodę w ustalaniu wyniku głosowania, gdyż jeżeli spodobają mu się projekty wybrane przez mieszkańców, to może dać na nie więcej pieniędzy, a jeżeli mu się nie spodobają, wówczas ich nie przeznaczy. Z naszej perspektywy to nie powinno tak działać, decyzja o wyborze projektów powinna należeć do mieszkańców. Ponadto jakość spotkań z mieszkańcami pozostawia wiele do życzenia. Problemem jest to, że prowadzone są przez urzędników i radnych, gdyż sprawia to wrażenie, że mieszkańcy spotykają się z „władzą” w roli petentów, a nie o to chodzi. Powinny to być spotkania, na których mieszkańcy rozmawiają o sprawach swojej społeczności.

D.O.: Ale w ogóle ktoś chce z mieszkańcami rozmawiać, to chyba dobrze?

M.G.: Owszem, ale jakość tych spotkań jest kluczowa. Ważne jest także, czy coś z nich wynika. W niektórych sprawach zresztą tej chęci do dyskusji z mieszkańcami brakuje, jak w sprawie ustalania metody opłat za odpady. Przed przyjęciem pierwszej wersji – metody powierzchniowej – odbyło się tylko jedno spotkanie informacyjne dla mieszkańców, tuż przed sesją, na którym powiadomiono mieszkańców o rozwiązaniach, które wkrótce mają zostać przyjęte.

D.O.: Budżet obywatelski nie zaistniał w mieście z dobrej woli magistratu, prawda?

M.G.: Tak, pomysł wyszedł od nas. Jeszcze w poprzedniej kadencji szukaliśmy możliwości wprowadzenia go i korzystając z okazji zbliżających się wyborów spotkaliśmy się ze wszystkimi pięcioma kandydatów na prezydenta Sopotu. Okazało się, że czterech z nich było za budżetem obywatelskich. Niestety, wygrał ten piąty. Uruchomiliśmy więc plan B. Zwróciliśmy się do radnych, którzy w przed wyborami deklarowali poparcie dla budżetu obywatelskiego. I udało się. Radni przyjęli rezolucję, w której poparli wprowadzenie budżetu obywatelskiego, a potem powołana została komisja, która miała opracować jego zasady. Miało on wyglądać inaczej niż obecnie, chcieliśmy, na przykład, aby odbywały się Fora Mieszkańców. Prezydent włożył jednak kij w szprychy i wystartował z budżetem obywatelskim w swojej wersji.

D.O.: Po przyszłorocznych wyborach chcecie udoskonalić system?

M.G.: Tak. Na dziś wygląda na to, że trzeba będzie poczekać na wybory, gdyż szanse na współpracę z prezydentem i większością w radzie są raczej niewielkie.

D.O.: Na początku tego roku ukazała się „Diagnoza Społeczna i gospodarcza” dla Sopotu. Z lektury tego opracowania można odnieść wrażenie, że miasto przeżywa ogromny kryzys demograficzny, plagą na przykład jest emigracja z kurortu do innych ośrodków, choćby miast sąsiedzkich. Skoro jest tak źle, to co będzie z tym miastem za dekadę lub dwie?

M.G.: Wiele zależy od wyniku następnych wyborów. Byłoby świetnie, gdyby udało się zmienić skład rady Miasta. Potrzebujemy także zmiany na stanowisku prezydenta. Przede wszystkim od tego zależy, czy Sopot obierze bardziej obywatelski kurs. W ostatnich latach postawiono na wielkie inwestycje – na budowę Ergo Areny, remont przystani jachtowej i Opery Leśnej. Czy są to jednak priorytety z punktu widzenia mieszkańców? Zmarnowaliśmy wiele okazji, mogliśmy przeznaczyć pieniądze na poprawę jakości życia w Sopocie, na projekty ekologiczne. Przydałaby się poprawa jakości powietrza, bo choć Sopot ma formalnie status uzdrowiska, to w wielu mieszkaniach wciąż zimą pali się w piecach na węgiel.

D.O.: Kurort pełen życia…

M.G.: Sopot jest w ogóle pięknym miastem i ma ogromny potencjał. A wracając do pytania o nieodległą przyszłość – 10 lat w skali miasta to stosunkowo niewiele. Zasadniczo nie powinniśmy się martwić, gdyż bezrobocie w Sopocie należy do najniższych w kraju, hotele będą nadal funkcjonować, a turyści nadal będą przyjeżdżać. Żeby miasto podupadło musiałby się zdarzyć nie lada kryzys. Poza tym Sopot ma bardzo wypromowaną markę. Kiedy kilka lat temu remontowana była Opera Leśna i molo, dla turystów symbole miasta, a ludzie i tak tu przyjeżdżali.

D.O.: Sopot turystyką stoi. Branża się rozwija, czy możliwy jest jakiś regres, albo przynajmniej nasycenie rynku?

M.G.: W mojej ocenie  budowanie kolejnych hoteli w Sopocie jest zbędne. Więcej gości w Sopocie to większy tłok na Monciaku i na plaży, a każdy kolejny hotel to także wzrost lokalnej konkurencji. Nie wydaje mi się to potrzebne. Oprócz tego nowe hotele to także strata terenów, na których mogłyby powstać inwestycje społecznie użyteczne.

D.O.: Jeśli nie nowe hotele, to co?

M.G.: Według mojej wiedzy, sopocianie oczekują poprawy opieki zdrowotnej. Oddział opieki geriatrycznej, powstający w górnym Sopocie, to dobry pomysł. Podobnie dom seniora. Warto wspierać budowę mieszkań komunalnych, choć z mojej perspektywy te budynki powinny spełniać standardy ekologiczne. Zwłaszcza, że to są inwestycje gminne i takie standardy można łatwo wprowadzić. A poza tym, standardem powinno stać się projektowanie partycypacyjne z udziałem mieszkańców, zarówno w przypadku przestrzeni publicznej, na przykład parków, jak i przy nowych budynkach, które finansowane są z budżetu miasta.

D.O.: Jak rozumiem, mieszkańcy na te sfery wpływu nie mają?

M.G.: Przykładem braku wpływu jest choćby to, co stało się na placu Przyjaciół Sopotu. Jest to porażka nie tylko jeśli chodzi o zagospodarowanie przestrzeni, ale również przestrzeganie zasad demokratycznych. Nie odbyło się ani jedno spotkanie publiczne z mieszkańcami na ten temat. A przecież chodziło o plac w samym centrum Sopotu, na dole Monciaka. Spotkania komisji rady w godzinach pracy nie liczę. Teraz próbuje się ratować sytuację stawiając betonowe donice z roślinami.

D.O.: To rzeczywiście kiepski obraz budowy społeczeństwa obywatelskiego w mieście.

M.G.: Sopot ma szanse na budowanie społeczeństwa obywatelskiego, ale wciąż brakuje mieszkańcom okazji do tego, by się spotykać i rozmawiać o sprawach miasta. Wielu mieszkańcom zależy na zachowaniu uroku miasta i kiedy pojawia się konkretny temat, aktywizują się.

D.O.: A jeśli pewnego dnia przyjezdnych czy tak zwanych rezydentów będzie więcej niż rodowitych sopocian?

M.G.: Osoby, które mają tu drugie lub trzecie mieszkanie, nie będą miały wpływu na funkcjonowanie miasta, gdyż nie mają tu prawa wyborczego. Mamy tu inny problem – syndrom czarnych okien w listopadzie. To znaczna liczba pustych mieszkań, które zostały kupione np. jako lokata kapitału, a w których nikt faktycznie nie mieszka. Jest to konsekwencja prowadzonej do tej pory latach polityki. To nie wzięło się znikąd. Jeżeli budżet miasta jest domykany dzięki sprzedaży nieruchomości za maksymalnie wysoką cenę, to sama cena gruntu i prestiżowy wizerunek miasta sprawiają, że ceny mieszkań są wysokie. A przecież można tą przestrzeń zagospodarować w inny sposób, niekoniecznie sprzedając. Można zakładać parki, budować place zabaw… Ta szybka i niepotrzebna sprzedaż gruntów to jest właśnie przejaw neoliberalnej polityki, którą warto zmienić.

 ————————-

więcej informacji:
Sopocka Inicjatywa Rozwojowa
O budżecie obywatelskim
Dawny Sopot

Reklamy

Sopot – nowa Utopia?

Zanim dotrzemy do pytania o tytułową Utopię, garść cytatów. Otóż w opublikowanej z początkiem tego roku „Diagnozie społecznej i gospodarczej” dla Sopotu (zespół pod red. Marcina Nowickiego) czytamy m. in.:

Sopot tylko nominalnie jest średniej wielkości, około czterdziestotysięcznym miastem. Realnie ma pewne cechy takiego miasta – np. w odniesieniu do skali i charakteru zagospodarowania przestrzennego. Formalnie, jest oczywiście samodzielną jednostką administracyjną, której terytorium podlega władzy lokalnej wspólnoty samorządowej – mieszkańców Sopotu. Jednak w ujęciu funkcjonalnym, którego istotą są relacje pomiędzy różnymi podmiotami (osobami fizycznym, przedsiębiorstwami, organizacjami pozarządowymi, władzami lokalnymi) jest częścią większego organizmu – aglomeracji Trójmiasta. Relacje te bardzo mocno wiążą Sopot z pozostałymi miastami i gminami aglomeracji – w szczególności z Gdańskiem i Gdynią. Można wręcz powiedzieć że cześć sukcesów jak i porażek, które stały się udziałem Sopotu i jego mieszkańców jest konsekwencją sukcesów i porażek, jakie odniosły Gdańsk i Gdynia. W tym sensie można mówić o Sopocie jako części miasta a pod pojęciem miasta rozumieć aglomerację Trójmiasto.

sopot tunelPal licho tę „aglomerację Trójmiasto” składającą się wedle autorów diagnozy z 13 gmin (!): Pruszcz Gdański, Kolbudy, Pruszcz Gdański, Żukowo, Kosakowo, Reda, Rumia, Wejherowo, Szemud, Wejherowo, Gdańsk, Gdynia i Sopot. Ciekawe jest dostrzeżenie wpływu jaki wywierają dwa sąsiednie miasta na Sopot. Autorzy, nie bez racji piszą o swoistej współodpowiedzialności Gdańska i Gdyni za sukcesy i porażki kurortu. Ale odnotowują jeszcze jedno zjawisko. Wpływ sąsiedztwa i specyfiki miasta (w znacznie większym stopniu niż Gdynia i Gdańsk, nastawionego na turystów – tymczasowych przybyszów oraz czerpiącego dochody głównie z przemysłu turystycznego) na sytuację populacyjną miasta.

W „Diagnozie” czytamy m.in.: Korzyści wynikające z wpływu aglomeracji na Sopot występują przede wszystkim w obszarze rynku pracy, dochodów oraz dostępności do infrastruktury technicznej, społecznej i gospodarczej. Te aspekty w bardzo dużym stopniu determinują warunki życia (obiektywne warunki otoczenia) jak i jego poziom (możliwości, głownie finansowe skorzystania z tych warunków).

Wśród niekorzyści wymienić należy znaczny odpływ migracyjny i w konsekwencji bardziej zaawansowany proces starzenia się społeczeństwa.(…)

Choć Sopot także wpływa na rozwój aglomeracji, to biorąc pod uwagę różnicę skali, właśnie to miasto czerpie większe korzyści z tytułu położenia i sąsiedztwa.

Dobrze ilustrują to dwa przykłady. Około 39 tys. mieszkańców Sopotu stanowi dla firm z Gdańska czy Gdyni (odpowiednio 461 tys. i 249 tys. mieszkańców) o wiele mniejszy rynek zbytu niż rynki własnych miast. Odwrotnie jest w przypadku firm sopockich. Podobnie jest z rynkiem pracy. Dla około 24 tys. mieszkańców Sopotu w wieku produkcyjnym lokalny rynek pracy nie ogranicza się do miasta zamieszkania w którym istnieje ok. 12 tys. miejsc pracy. Około 145 tys. miejsc pracy w Gdańsku i 69 tys. w Gdyni istotnie rozszerza możliwości zatrudnienia.

Z punktu widzenia mieszkańców Gdańska i Gdyni podaż pracy w Sopocie ma wyraźnie mniejsze znaczenie. Sopot powinien być zatem szczególnie zainteresowany wzmacnianiem współpracy samorządów lokalnych w obrębie aglomeracji. Dotychczasowa aktywność miasta jest znaczna i dotyczy przede wszystkim współpracy w zakresie kreowania i zarządzania obszarami metropolitalnymi, wzmacniania atrakcyjności inwestycyjnej, rynku pracy, infrastruktury technicznej i w ograniczonym zakresie infrastruktury społecznej. (…)

Położenie Sopotu w aglomeracji przyspiesza starzenie społeczeństwa – tańsza i zróżnicowana oferta mieszkaniowa w innych częściach aglomeracji wysysa mieszkańców miasta, których nie stać na zakup mieszkania w Sopocie, albo takich którzy decydują się na sprzedaż mieszkania w Sopocie i za uzyskaną kwotę budują domy lub kupują większe mieszkania na peryferiach aglomeracji. Znaczna część tych mieszkańców to ludzie młodzi – mający lub planujący dzieci. Sopot traci podwójnie – przynajmniej dwa pokolenia.

Sopot zajmuje pierwsze miejsce wśród polskich miast pod względem udziału ludności w wieku 65 lat i więcej w ogóle ludności. Wskaźnik ten obrazuje zaawansowanie procesu starzenia społeczeństwa.

No dobrze, cytatów sporo, a teraz mój komentarz do nich. Jeśli bowiem Sopot staje się miastem ludzi starych, emigrują z niego młodzi mieszkańcy, rynek pracy większy jest poza granicami administracyjnymi, to po takiej diagnozie, jakiego szukać lekarstwa – i czy należy go szukać? Może pozwolić sprawom biec własnym torem? No i co z tą diagnozą robią władze Sopotu? O ile mi wiadomo, problemy demograficzne są dostrzeżone i miasto próbuje im przeciwdziałać. Jak? Między innymi tak, że w tym roku rozpoczęto budowę 50 mieszkań komunalnych dla młodych sopocian. Program budowy lokali komunalnych prowadzony jest od kilku lat. w sumie ma ich powstać 200.

Być może jednak 200 mieszkań to za mało. Zważywszy, że czynsz w wysokości 10 zł za metr kwadratowy takiego mieszkania nie sprzyja zajmowaniu lokali większych niż średnio czterdzieści parę metrów. Na pierwsze mieszkanie w życiu jest dobrze, ale nie jest to szczyt marzeń młodych Polaków. I zaczną oni z czasem opuszczać przytulne mieszkanka komunalne i przenosić się do Gdyni czy Gdańska lub dalej. Gdzieś, gdzie znajdą lepsze warunki mieszkaniowe, albo będą mogli kupić tanie domy jednorodzinne lub segmenty w szeregowcach.

A co z Sopotem? Kto tam zostanie? Moim zdaniem wariantów jest kilka.

Pierwszy – w wyniku opuszczania miasta i starzenia się społeczeństwa i powstawania pustostanów, władze zaczną „ściągać” do kurortu mieszkańców innych miast i miejscowości. Nie tylko z Gdańska i Gdyni czy Kolbud i Pruszcza Gdańskiego. W Sopocie będą osiedlać się przyjezdni z Chorzowa, Rybnika, Rzeszowa albo Legnicy. O ile znajdą w okolicy pracę rzecz jasna. To jednak już inne zagadnienie.

Drugi – Sopot stanie się miastem na wyłączność dla tymczasowych obcych. Może nie na skalę Nicei i innych miejscowości Lazurowego Wybrzeża, ale zapełnią kurort bogaci turyści i tymczasowi rezydenci m. in. z Polski (bo Sopot to brzmi dumnie!), Rosji (przyczółek i brama do pozostałej części Europy) albo ze Skandynawii (bo taniej).

Trzeci – miasto stanie się przystanią dla polskiego establishmentu, rozmaitych gwiazd showbizu, przedsiębiorców, elity finansowej itp. itd. Tacy nowi mieszkańcy będą tam kupować nieruchomości i zasiedlą je na cały rok albo tylko sezonowo.

Wszystkie te opcje zakładają wymianę tkanki społecznej i zerwanie z pewną tradycją i dotychczasowym mitem kurortu. Nowi mieszkańcy będą tworzyć nową społeczność, nową historię i nową mitologię. Oczywiście, starzy mieszkańcy czy ich potomkowie nie znikną całkowicie z krajobrazu miasta, ale stracą znaczenie i wpływy. Wizja to iście utopijna.

Taka prognoza zakłada też utratę czy też przemianę tożsamości miasta i jego starych i nowych mieszkańców. Bardzo jestem ciekaw diagnozy społecznej i gospodarczej dla Sopotu za 10 czy 20 lat. Moje przewidywania mogą się wcale nie ziścić, choć równie dobrze mogę trafić w sedno. Urzędnicy magistratu w Sopocie prowadzą konsultacje społeczne z mieszkańcami starając się dowiedzieć, jaki swój Sopot widzą obywatele za lat powiedzmy 7. Opracowanie efektu tych spotkań będzie bardzo ciekawe, a zakładam, że o wymianie ludności w mieście nikt raczej nie myśli. Czy słusznie?

Zainteresowanych odsyłam do cytowanej wyżej diagnozy:
Diagnoza

Sopot, czyli obcy w mieście

sopot monciakTuż po wojnie w Sopocie nie obowiązywały słowa „turysta” albo „wczasowicz”. Przyjezdnych traktowało się jak gości i nazywało gośćmi. Szanowało się ich, bo oni umieli uszanować miejscowych i miasto, które ich gościło.

Dziś wszystko jest inaczej. Miejscowi mają dość przyjezdnych. Ich niechęć wzmaga się wraz z temperaturą otoczenia i natężeniem sezonu wakacyjnego. – Przyjeżdżają tu po to żeby się „wyszaleć”. Wynajmują mieszkania blisko plaży i wydaje im się, że jeśli płacą, nie dotyczą ich żadne zasady. Hałasują do późnych godzin nocnych, imprezują, dużo piją, śmiecą. Widać kolosalną różnicę między Sopotem od poniedziałku do piątku, a Sopotem w weekend. Dla stałych mieszkańców problemem może być nawet zaparkowanie samochodu pod własnym blokiem – to właśnie opinia jednego ze stałych mieszkańców, autochtonów. Opinia nie odosobniona.

Cóż, Sopot to kurort, wywczas, perła Bałtyku. Po prostu kwintesencja radości życia i sezonowego „lepszego świata”. I los mieszkańców miasta wciśniętego między dwóch potężnych sąsiadów wydaje się przesądzony. Są skazani na przyjezdnych, na turystów, na obcych.

Stan zawieszenia, status quo, trwanie w konflikcie. Tym bardziej obłędnym, że trudno rozwiązywalnym. Także dlatego, że jak mówi mi jedna z mieszkanek kurortu „z drugiej strony turyści są potrzebni mieszkańcom Sopotu. Mieszka tutaj wiele starszych osób, z małymi emeryturami. Pieniądze z wynajęcie mieszkania albo pokoju zapewniają im utrzymanie. To, co zarobią na wynajmie latem, starcza na cały rok.”

Sopocianie dostrzegają też nieczęste zalety obcych – Zdarzają się sytuacje, dużo rzadsze, kiedy turyści zachowują się bardzo kulturalnie. Mówią „dzień dobry”, przestrzegają zasad panujących w bloku, wrzucają śmieci do kubłów, a nie rzucają na ulice – przekonuje starając się zachować obiektywizm pewien sopocianin.

Ale konflikt tli się nieustannie, czasem wybuchając ze zwielokrotniona siłą. Jakiś czas temu dziennikarka pomorskiego oddziału Gazety Wyborczej, Bożena Aksamit, wcieliła się na kilkanaście godzin w rolę kelnerki jednego z lokali na „Monciaku”. Bożena sama mieszka w Sopocie i jak ją znam, jest mocno związana z tym miastem. Jej doświadczenia z kelnerowania to opis nieustającego konfliktu „lokalsów” i „obcych”. Swój tekst skonstruowała tak, by uwydatniał linie podziału, uwypuklał to, czego możemy się domyślać budując stereotyp na temat zachowań i postaw wakacyjnych turystów w nadmorskim kurorcie. Uważam, że stereotypy w zdrowej dawce przydają się w życiu. Pomagają budować obraz świata i odnajdywać się w nim. Psychologia społeczna zna ten tok myślenia. Poza tym w każdym stereotypie jest ziarnko prawdy. Zatem, rzeczywiście, przyjezdni w sopockich knajpach bywają aroganccy, skąpi, nachalni, wiecznie pijani, roszczeniowi i prostaccy. I pewnie bywają tacy po wyjściu z lokalu, albo zanim tam jeszcze trafią. Dlaczego? To proste, po pierwsze, faktycznie, płacą i wierzą, że wszystko im się należy, że Sopot należy do nich. Po drugie, mimo wszystko zdają sobie sprawę z tego, że Sopot nie jest jednak ich miastem, że są tu obcy. I raczej trudno im sobie wyobrazić, że Sopot jest domem dla tysięcy ludzi, którzy nie wyjadą stąd z końcem sezonu letniego. Nie przywiązują się do Sopotu i nie czują się za to miejsce odpowiedzialni. Na ich miejscu każdy robiłby to samo – używał życia bez względu na koszty własne i te poniesione przez miejscową ludność.

Sopot – miasto lokalne i dla „lokalsów” to dwie strefy. Pierwsza, rozpoczyna się tuż „nad” Aleją Niepodległości i ciągnie się w górę tworząc Sopot zwany Górnym. Ten teren jest niejako odrębny od reszty miasta, nieczęsto odwiedzany przez przyjezdnych, a już na pewno mniej popularny od głównych deptaków kurortu. Druga strefa obejmuje obszar Sopotu zwanego Dolnym. To obszar przenikania się świata lokalnego, miejscowego, zagłębionego w sobie oraz świata przybyszy – obcych, funkcjonujących w mieście tymczasowo, nie należących do niego, ale będących przynajmniej przez kilka miesięcy w roku, bardzo widocznym składnikiem miasta. I jeśli przybysz – obcy, mówi „Sopot”, to myśli właśnie o tym kawałku miasta. A czasem jeszcze zawęża go do mola, „Monciaka”, ul. Grunwaldzkiej i Powstańców Warszawy. No i plaży.

Nie wiem, czy ktoś prowadził badania terenowe wśród mieszkańców kurortu i obcych. Opisanie wzajemnych relacji tych dwóch odrębnych, a jednak przenikających się i zależnych od siebie społeczności (o ile uznamy przyjezdnych za społeczność), może być całkiem interesujące. Nie mniej ciekawa byłaby próba naszkicowania obrazu miasta samowystarczalnego, nienarażonego na sezonowe najazdy turystów. Tyle, że byłaby to już czysta fikcja. Sopot istnieje dla przyjezdnych, choć sopocianie niekoniecznie – dbają o zachowanie własnej podmiotowości.

O tym jakie są tego skutki i jak problem postrzegają autorzy „Diagnozy społecznej i gospodarczej” Sopotu, niebawem.

Aktualizacja:
W uzupełnieniu niniejszego wpisu przytaczam jeszcze jeden głos w sprawie, tym razem nadesłany mailem:

„W Sopocie mieszkałam od urodzenia do 2011 roku (obecnie mieszkam w Gdańsku).

Od kiedy pamiętam Sopot był miastem, do którego w sezonie przyjeżdżało bardzo wielu turystów z różnych regionów Polski, jak i z zagranicy. Uważam, że są oni z całą pewnością potrzebni miastu.

Dzięki nim miasto rozwija się, bogaci. Mam wrażenie, że Sopot dzięki turystom z całego świata stał się dużo szybciej miejscem tolerancyjnym, otwartym na różnorodność, niż wiele innych regionów Polski. Ponadto w Sopocie w okresie letnim czujesz się, jak byś był na niekończących się wakacjach.

Z drugiej strony to, co mnie zawsze drażniło w tak dużej liczbie turystów to bardzo duże kolejki w sklepach (ludzi jest naprawdę duuużo jak na takie małe miasto) i to, że w centrum miasta nie można w żaden sposób swobodnie przemieścić się z danego miejsca do innego.

Z perspektywy czasu myślę, że dla mnie mieszkanie w Sopocie było zarazem wspaniałe jak i dość problematyczne, bo bardzo ciężko mi było dorosnąć w tym mieście ze względu na jego wakacyjną, ”turystyczną” specyfikę.

trójmiasto – tylko z małej literki

Być może wśród mieszkańców Gdańska, Sopotu i Gdyni są i tacy, którzy zastanawiają się czasem, skąd wzięło się słowo „trójmiasto” i od jak dawna jest używane. Ja należę do tych ciekawskich i postanowiłem sprawdzić, nie tyle etymologię (bo ta jest zdaje się oczywista) co okres, w którym to słowo weszło do użytku.

Informacji postanowiłem szukać w regionalnej prasie codziennej z lat minionych. Głównie dlatego, że „trójmiasto” nie jest – i nie było – żadną nazwą oficjalną ani urzędową, nazwą własną. Po prostu jako tarcza herbowa, brand, logo, nie istnieje. Jest słowem potocznym i jako takie nie mogło widnieć w dokumentach, ale już w mediach jak najbardziej pojawiać się mogło.

I cóż się okazuje. Słowo na literkę „t” znane jest mieszkańcom regionu niemal od pierwszych lat powojennych. I bywało (z naciskiem na „bywało”) już wtedy używane. Pierwszy raz na „trójmiasto” natrafiłem przeglądając rocznik „Dziennika Bałtyckiego” z 1950 r. Tam właśnie, w numerze z 10 czerwca, na stronie 4. pojawia się trójmiasto! Dodam, że w tym roczniku nie zauważyłem więcej wystąpień tego słowa. A trójmiasto zapisane jest dokładnie tak – z małej litery. Anonimowy autor tekstu uznał widocznie, że nieoficjalność i potoczność słowa jest na tyle jasna oraz, że ta niby-nazwa jest na tyle nieosadzona w słowniku, iż nie można jej traktować jako nazwę własną odrębnego bytu. Taki pogląd może potwierdzać fakt, iż rok później, w lipcu 1951, „trójmiasto” pisane z małej litery pojawia się na łamach „Głosu Wybrzeża”.

W obu przypadkach „trójmiasto” jest osamotnione, obok bardzo wyraźnie i z wielkich liter pisanych nazw Gdańska, Sopotu i Gdyni w innych tekstach. A jeśli już występuje jakaś zbiorczość to jako Wybrzeże i Pomorze, ewentualnie województwo gdańskie. Informacji z poszczególnych miast na stronach lokalnych obu gazet jest sporo i tylko w dwóch wyjątkowych sytuacjach mamy do czynienia z „trójmiastem”. Z obu tekstów może wynikać, że autorzy używali tego sformułowania jako swoistego skrótu do opisania podobnych zjawisk występujących we wszystkich trzech miastach. To zupełnie inaczej niż dziś, kiedy czytamy o jakimś pojedynczym wydarzeniu czy zjawisku, które rzekomo dzieje się w „trójmieście”, a tak naprawdę dotyczy jednego z trzech miast, a bywa, że i jednego obiektu czy dzielnicy w konkretnym mieście. Zdarza mi się też czytać o jakimś mieszkańcu „Trójmiasta”. W pierwszych latach po wojnie byłoby to nie do pomyślenia. Między innymi dlatego, że wówczas każde z miast starało się zbudować własną tożsamość, a Gdańsk dodatkowo dźwigał się ze zgliszcz. Brakowało połączeń komunikacyjnych, ludzie żyli dalej od siebie. Nie dotknęła ich jeszcze wtedy nasza mała lokalna „globalizacja”.

Rzecz jasna, współczesne uproszczenie nie podoba mi się, nie godzę się na to. I uznaję, że pisząc dotąd „trójmiasto” z małej litery, miałem rację. A jeśli komuś uda się dotrzeć do wcześniejszych wzmianek o „trójmieście”, będę wdzięczny za informację.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przepraszam za jakość zdjęć. Robiłem je aparatem w telefonie. Następnym razem będę lepiej przygotowany.

Nie-Sopot? Nie-Stocznia?

Najpierw Michel de Certeau użył pojęcia non-lieux (nie-miejsca), później tym pojęciem posłużył się Marc Augé poświęcając jedną ze swoich książek nie-miejscom. [„Nie-miejsca. Wprowadzenie do antropologii hipernowoczesności”, WN PWN Pogranicza, W-wa 2011]. O ile dla tego ostatniego owe nie-miejsca to przestrzenie; po pierwsze nie będące same w sobie celem wędrówki, po wtóre nie stanowiące istotnych punktów w tworzonych przez każdego z nas mapach mentalnych, po trzecie właściwe hipernowoczesnej codzienności zachodniej kultury, o tyle dla Certeau to „puste nazwy”, „pasaże”. Przechodzimy przez nie, ale nie są one ani celem wędrówki, ani też nie wypełniają ich działania i znaczenia. Jak zauważa Magdalena Saryusz-Wolska [„Spotkania czasu z miejscem”, WUW Communicare, W-wa 2011], idąc tropem wyznaczonym przez Augé, dla Certeau idealnymi nie-miejscami są miejscowości wypoczynkowe, kurorty, wczasowiska. „Przeciętny turysta zna ich nazwę, ale niewiele o nich wie. Robi zdjęcie, by zaznaczyć, że tam był – (…) zaliczył to miejsce . Nie zgłębia go jednak.” [M. S.-W.]

Cóż, ja sam jestem przeciwnikiem teorii nie-miejsc oraz sposobu ich ujmowania, zarówno przez Certeau jak i Augé. Dla Auge nie-miejscem jest np. port lotniczy, wnętrze samolotu. Niestety, francuski socjolog postrzega jej tylko z jednego punktu odniesienia. Nie bierze pod uwagę, że zarówno port lotniczy, parking, wnętrze samolotu, jak i przystanek autobusowy to albo miejsce pracy, w którym każdego dnia toczy się życie (ludzie tam zatrudnieni utożsamiają się z tą przestrzenią, z innymi ludźmi tam pracującymi), albo miejsce spotkań, miejsce docelowe, krajobraz widziany z okna mieszkania. Dla załogi samolotu jego wnętrze to jak najbardziej miejsce realne, któremu poświęcają kilka, kilkanaście godzin każdego dnia. Dla podróżnego to być może rzeczywiście coś ulotnego, rzeczywiście on jest tam tymczasowo. W naszych domach, w kościołach, na uczelniach, na ulicach, także wielu ludzi pojawia się przypadkowo, na chwilę, bez kontemplacji. Nie znaczy to jednak, że są to jakieś nic nie znaczące nie-miejsca bez historii i pamięci. Tam, gdzie w jakiejkolwiek formie przejawia się działalność ludzka i związana z nią historia, nie ma mowy o nie-miejscach. To miejsca jak najbardziej realne i pełniące swoje funkcje wpływające na życie jednostek i grup.

Wyobraźmy sobie kurort – Sopot – jako nie-miejsce. Turyści tam zaglądają, bywają, robią zdjęcia, odjeżdżają. Ale czy Sopot nie funkcjonuje w świadomości jego mieszkańców, czy na nich nie wpływa trwale? Czy nie funkcjonuje  w świadomości mieszkańców regionu i kraju? Czy to, że zachowują go w pamięci, nawet jeśli tam nigdy nie byli? Czy nie ma znaczenia dla znajomości otaczającego ich świata?
Zresztą, to samo można powiedzieć o każdym kurorcie i „turystycznej mekce” na świecie – Wenecji, Baden-Baden itd.

Bliższa jest mi koncepcja Aksela Schultesa. Mówi on o un-orte (niem.: nie-miejsce z pejoratywnym pierwiastkiem ocennym). Dla niego takim un-orte są miejsca zniszczone, zburzone, zbombardowane, miejskie zapomniane pustkowia. Dotknięte niegdyś przez działanie człowieka i przez człowieka zniweczone.

Zatem Sopot jako nie-miejsce? Ja tego nie kupuję. Naukowe teorie mają często to do siebie, że zbyt wiele w nich pierwiastka teoretycznego.

Ale w kontekście nie-miejsc jest jeszcze jeden ciekawy materiał źródłowy, tym razem odnoszący się do… Stoczni Gdańskiej. Chodzi o tekst medioznawcy Damiana Muszyńskiego opublikowany jakiś czas temu w portalu Natemat.pl. To refleksje z warsztatów prowadzonych przez Edwina Bendyka na postoczniowych terenach w Gdańsku. Muszyński opisuje przedmiot warsztatów tak: „Próbowaliśmy, przy użyciu powszechnie dostępnych technologii, na nowo, po swojemu, językiem uczuć i emocji, opowiedzieć o miejscach byłej Stoczni Gdańskiej.”

A dalej snuje takie oto rozważania: „(…) W prezentowanym przez Edwina Bendyka pomyśle na warsztat szczególnie interesujące były pytania o znaczenia przypisywane miejscom tożsamościowym. Tereny postoczniowe, jako miejsca gęste od symboli i wielkiej historii, potencjał miejsc >wydajnych< antropologicznie mieć powinny. Czy są jednak miejscami >mocnymi< sensotwórczo dzisiaj? Może jest tak, że >stocznia<, czy nowopowstający, monumentalny budynek Europejskiego Centrum Solidarności udają miejsca, w istocie będąc nie-miejscami, czyli przestrzeniami tranzytowymi, bez ducha, akcentującymi liminalność, charakterystyczną dla wszelkich okresów przejściowych . Nawiązuję tutaj do terminu >nie-miejsca< i łączonymi z tym pojęciem rozważaniami na temat przestrzeni, przypisywanymi w głównej mierze francuskiemu antropologowi kulturowemu Marcowi Augé (choć w podobnych ujęciach o miejscach pisali Michel Foucault – heterotopie, Henri Levebvre – non-lieux, oraz wielu badaczy akcentujących wymiary przestrzenne współczesności – Arjun Appadurai, Antonio Negri, Jean Baudrillard, Manuel Castells). Wydaje się bowiem, że to, co współcześnie tworzy >stocznię< to jedynie lub aż potencjał miejsca. Zdewastowane tereny postoczniowe szukają na-powrót swojej tożsamości w różnych pomysłach na ich rewitalizację (vide: Młode Miasto). (…)”

Hmmm… Mocna dawka teoretycznych dywagacji. Wypada jednak odnieść się do nich. Moim zdaniem – trawestując słowa Autora – to, co współcześnie tworzy Stocznię, to nie tylko potencjał miejsca. Może nawet potencjał ma znaczenie mniejsze, bo ważniejsza jest historia, przeszłość, pamięć tego miejsca. Nikt dziś nie zajmowałby się dowolnym terenem developerskim oddanym pod budowę dowolnej dzielnicy czy osiedla, w stopniu równym do uwagi poświęcanej terenom postoczniowym, gdyby nie znacząca przeszłość tego miejsca. Jego potencjał zdaje się być w ogólnym zarysie określony i dzieje się to poza dyskusją naukowców-teoretyków. (Może lepiej pasowałoby tu sformułowanie „ potencjał zawłaszczony”.)

Stocznia Gdańska i tereny, które kiedyś do niej należały, to przede wszystkim pamięć i historia, dzieje zbiorowości i losy jednostek. Doskonale ujmowała to nieistniejąca (choć zarchiwizowana na fotografiach) praca gdańskiej artystki Iwony Zając. Chodzi o mural pokrywający w ostatnich latach zburzony już mur okalający niegdyś teren Stoczni Gdańskiej. Artystka przeprowadziła coś w rodzaju wielu wywiadów pogłębionych ze stoczniowcami i tymi, którzy pracowali w Stoczni kiedyś. Ich wspomnienia, w formie graficznej, przeniosła na ów mur. Kto wie, czy nie jest to jak na razie najbardziej namacalny i najbardziej przejmujący „pomnik” – świadectwo tego jak bardzo myliłby się ten, kto widziałby w dawnej Stoczni nie-miejsce.

%d blogerów lubi to: