Bramy Klamana czyli gówno prawda!

W wydanej przed rokiem przez Fundację Centrum Solidarności, książce „Tu Stocznia” jest rozdział zatytułowany „Bramy Klamana”. Czytamy tam m. in.:

Instalacja przestrzenna powstała w 2000 r. jako część plenerowa wystawy „Drogi do Wolności”. Całość składa się z dwóch „bram” połączonych rampą. To antypomnik, który wyraźnie odchodzi od narodowo-patriotycznej symboliki oraz tradycji upamiętniania wydarzeń historycznych. (…)

Po wejściu do środka odbiorca staje pomiędzy dwoma elektronicznymi wyświetlaczami tekstu biegnącego wzdłuż ścian. (…)

Konstrukcja „Bramy I” została przygotowana w taki sposób, aby wywoływać wrażenie zaburzenia równowagi. Doświadczany przez oglądających zawrót głowy zostaje skojarzony z przełożonym na doznanie psychofizyczne zabiegiem indoktrynacji. (…)

„Brama II” nawiązuje do niezrealizowanego projektu >>Pomnik III Międzynarodówki<<, autorstwa rosyjskiego konstruktywisty Władimira Tatlina. (…)

Struktura ta symbolizuje rozpad totalitarnej ideologii. (…)

Tyle cytat i koncepcja. Mniejsza o to, że niespecjalnie „bramy” Grzegorza Klamana do mnie przemawiają. Miał autor wizję, dorobił ideę i zamienił w dzieło. I skoro to dzieło stanęło i wpisało się – czy tego chcemy, czy nie – w przestrzeń kojarzoną ze Stocznią, z solidarnością (przez wielkie i małe „s”), to zdawać by się mogło, że będzie w tej przestrzeni funkcjonować zgodnie z zamierzeniem artysty. Ale czy tak jest?

Odór uryny i kału, miesza się z obrazami rozkładu i upadku. Ponurego wnętrza „Bramy I” nie rozświetla żaden napis, wyświetlacze zlewają się z wolna z rdzawymi naciekami na ścianach konstrukcji (zresztą nie mam pewności, czy nie pozostał już tylko jeden wyświetlacz). Porozbijane butelki po piwie i wódce, zużyty papier toaletowy, zgnieciony plastik podarte worki – oto co zastaje tak zwany odbiorca, który w założeniu twórcy i organizatorów wystawy z 2000 roku miał przechodzić przez bramy oświetlone silnym światłem w drodze do „sali BHP, budynku dyrekcji czy innych miejsc znajdujących się na terenie stoczni”.

Ten stan rzeczy trwa od lat, niezależnie od pory roku. To, że sąsiadujące z Pomnikiem Poległych Stoczniowców i powstającym ECS „bramy” stały się wstydliwym złomem sterczącym strzeliście z ziemi ku owej mitycznej „przestrzeni wolności” nie obchodzi ani autora rzeźby Grzegorza Klamana – współtwórcy m. in. działającego na terenie Stoczni Instytutu Sztuki Wyspa, ani artystów z pracowni działających na terenie Stoczni, ani włodarzy miasta, ani ludzi z Fundacji Centrum Solidarności, ani ludzi ze Stoczni, ani gdańszczan, ani ich gości zwiedzających to, co zostało z „Kolebki”. Nikogo! Nikt nie przechodzi przez „bramy” poza żulernią sikającą, srającą i pijącą pod osłoną stalowych ścian w ukryciu przed resztą świta. Tego świata co to wolny i solidarny.

Co stało się z nami wszystkimi, którzy powinni czuć się odpowiedzialni za to, by pamięć stoczniowców i ich czynu nie była utytłana w ekskrementach? Dlaczego budowniczowie i zarządcy (ci ojcowie i te matki ideologiczne) ECS zapomnieli, że 50 metrów obok stoją bramy – dziś rzeczywiście stanowiące antypomnik? Czyżby Europejskie Centrum Solidarności zamykało się w murach rudego bloku stali? Czyżby budowa tego kolosa zwalniała z pamięci o tym, co już istnieje?

Albo przywróćmy dziełu Klamana jego pierwotną wartość, wkomponujmy je ponownie i realnie w „Drogę do Wolności”, albo potnijmy je na żyletki. To będzie doskonałe nawiązanie do losu wszystkich statków, wybudowanych we wszystkich stoczniach świata i świetny pretekst do zatarcia śladów po hańbie zapomnienia i obojętności. Zdecydowanie, pociąć na żyletki! Wszak „Brama I” formą i fakturą miała przypominać dziób okrętu – tak droga wszystkim w 2000 roku była historia Stoczni Gdańskiej.

Poniżej zdjęcia tego, co zostało z „bram” Klamana.

IMG_0001

Brama I

IMG_0003

Wewnątrz Bramy I

IMG_0004

Dalszy ciąg zwiedzania

IMG_0005

Zdjęcie na szczęście nie jest ostre. Gdyby było, przekonalibyście się bez trudu, że ten obrazek rzeczywiście pokazuje to z czym Wam się taki widok kojarzy.

IMG_0006

Nie tylko drogie alkohole

IMG_0007

Nadal Brama I

IMG_0008

Bezsprzecznie

IMG_0009

Ślad po tym, czym jest to miejsce i komu jest dedykowane

IMG_0011

Elektroniczny wyświetlacz

IMG_0012

Stal i szkło

IMG_0015

Brama II

IMG_0017

Farba odpada

IMG_0019

Kontynuacja wątku

IMG_0020

Fragmenty

IMG_0023

Symbole walki, wolności i solidarności

Reklamy

Włóczęgi miejskie

IMGP5143Studenci dobrych uczelni uczęszczający na wykłady z antropologii miasta mogą zapoznać się między innymi z takimi zagadnieniami jak kulturowe strategie poznawania miasta czy sensoryczne pejzaże, dla których bazę stanowi antropologia zmysłów. To oczywiście tylko drobny wycinek motywów podejmowanych przez wykładowców, ale za to szczególnie interesujący w kontekście relacji mieszkaniec – miasto.

Te relacje zachodzą zawsze i w każdym mieście. Nie inaczej jest w Gdańsku. Od kilkunastu lat można zaobserwować nasilenie zainteresowania gdańszczan swoim miastem, jego architekturą, historią, przestrzenią publiczną, czy nawet poszczególnymi ulicami i dzielnicami.

Owo zainteresowanie wzmogło się dzięki literaturze. Zaczęło się bez wątpienia od „Blaszanego bębenka” Güntera Grassa. Potem byli Paweł Huelle („Weiser Dawidek”) i Stefan Chwin („Hanneman”). Ich wspomnienia wspomnienia i opisy czasów wojny i pierwszych lat powojennych, stanowiły inspirację, swoisty czynnik zapalny i były użyteczne dla tych, którzy odkryli Gdańsk na nowo, odkryli swoje miasto dla siebie, razem z jego historią i artefaktami architektonicznymi i tymi rozumianymi w sposób tradycyjny. Co ciekawe, mam wrażenie, że niebagatelny nurt „opisywania Gdańska” przez autorów skupiających się na tworzeniu książek historycznych w pełnym tego słowa znaczeniu, etnograficznych czy tylko popularyzujących gdańską historię jak Andrzej Januszajtis albo Jerzy Samp i Edmund Szczesiak, nie wywarł takiego wpływu na samoświadomość historyczną i tożsamościową gdańszczan jak przykłady z literatury „komercyjnej”. Kto wie, może właśnie ten komercyjny element – troska wydawcy o nagłośnienie publikacji i dobrą sprzedaż – miał tu pewne znaczenie?

Tak czy inaczej, rozpoznawanie terenu za sprawą i za pomocą literatury jest znaczącym przykładem kulturowej strategii poznawania miasta. Jeśli chodzi o kino ów dorobek jest znacznie uboższy i nawet adaptacje niektórych dzieł wymienionych wyżej autorów tej luki nie wypełniają. Poza „Wolnym miastem”, „Do widzenia, do jutra”, „Człowiekiem z żelaza”, trudno wymienić wybitne filmy przybliżające gdańszczanom ich własne miasto. Mimo że filmów w gdańskich plenerach trochę nakręcono.

Za „gdańska literaturą” poszło zainteresowanie 20-leciem międzywojennym oraz życiem w Wolnym Mieście. Szerszy kontekst historii miasta odkryli przed gdańszczanami (w mojej opinii) dwaj autorzy – historycy, piszący książki z definicji historyczne, choć niekoniecznie w sztywnym naukowym sztychu. To Peter Olivier Loew i Piotr Perkowski. Chwała im za to.

Zainteresowanie historią Gdańska przełożyło się na kolejną strategię kulturowego poznawania – miejską włóczęgę. Stąd tak wiele spacerów po konkretnych kwartałach Gdańska, ulicach, fragmentach dzielnic. I nie są to typowe konwencjonalne „spacery z przewodnikiem”, bo choć przewodnicy i przewodniczki biorą w nich udział, to nie oprowadzają po mieście turystów z Niemiec czy z Wrocławia, ale swoich sąsiadów, znajomych, ewentualnie miłośników miasta zrzeszonych na tych samych co i oni forach internetowych. Takie spacery organizują m.in. iBedeker, Partnerstwo dla Biskupiej Górki i inne zrzeszenia.

Historia Gdańska naznaczona jest symbolizmem. Niektóre miejsca w mieście są symbolami nie tylko dla mieszkańców, ale można by rzec, dla całego świata. Myślę oczywiście o Stoczni Gdańskiej. Bez środowiska twórców i animatorów kultury Kolebka zniknęłaby z naszych prywatnych map mentalnych jeszcze szybciej niż znika teraz z rzeczywistej przestrzeni miasta. Kolonia Artystów i wywodzący się z niej twórcy jak Iwona Zając czy Michał Szlaga, wciąż utrzymują Stocznię w naszej zbiorowej świadomości. Ale są i tacy, którzy po Stoczni „po prostu” się włóczą. Subiektywna Linia Autobusowa, Projekt Metropolitanka – to włóczędzy i ich goście. Opowieści o Stoczni. Najczęściej subiektywne, bywa że przekalkowane z powszechnie funkcjonujących mitów. Ale zawsze warto powłóczyć się po Stoczni, bo inaczej niż przez osobiste „własnoręczne” dotknięcie się jej nie pozna.

Można oczywiście poznawać przez pryzmat sztuki. Wydawałoby się, nic prostszego i bardziej klasycznego. Ale jeśli można przejść szlakiem murali ozdabiających blokowisko na Zaspie i to w dodatku z licencjonowanym przewodnikiem, który o tych muralach wie wszystko, sprawa nie jest już taka banalna i przy okazji doskonale wpisuje się w kulturowe włóczęgostwo i odkrywanie miasta na nowo. Podobną rolę, moim zdaniem, pełnią doroczne spacery z artystami podczas festiwalu FETA. To czas, kiedy niektóre ulice odkrywamy na nowo.

Na gdańskim gruncie wyrosły organizacje skupiające społeczników zaangażowanych w swoje małe ojczyzny – dzielnice, ulice, podwórka. Znają historię swoich miejsc, walczą na różne sposoby o jak najlepsze zagospodarowanie przestrzeni miasta, uczynienie jej użyteczną i funkcjonalną. Myślę, że egzotyka odkryć okalającej ich przestrzeni i historii miesza się dla nich z codziennością i jej wykuwaniem. Przestrzeń publiczna z prywatną. Heterotopie i palimpsesty.

To wszystko jest równocześnie tworzeniem sensorycznych pejzaży. Miasto można zobaczyć, dotknąć. Mniej zwracamy uwagę na to, co słyszymy, a już chyba całkiem niewiele na to, czego możemy posmakować. Wyprawy gastronomiczne, jeśli ktoś organizuje to raczej w trybie indywidualnym i nie opowiada o tym w internecie, poza krótkimi wzmiankami na kulinarnych blogach. Uważam, że ten nurt zmysłowej wędrówki po mieście wart jest nagłośnienia i upowszechnienia.

Podsumowując wrócę do punktu wyjścia, nie da się nie zauważyć, że gdańszczanie coraz chętniej, z większym zaangażowaniem, interesują się swoim miastem. Chcą kształtować własną przestrzeń, chcą poznawać historię, chcą mieć wpływ na miejską politykę.

Dzieje się tak, bo to ma znaczenie dla ich tożsamości. Zaś poczucie tożsamości pozwala odpowiedzieć na kilka najbardziej podstawowych pytań jakie ludzie sobie stawiają – Kim jestem i co tu robię? Dlaczego i w jakim celu? Poznanie odpowiedzi czyni życie łatwiejszym.

Była Stocznia Gdańska

stoczniniema3

Zajrzałem do Stoczni. Nie było mnie ze dwa miesiące, a dziś już nie ma do czego wracać.

***

Nowa Wałowa w budowie. Przebija się do przodu, na wskroś. Niby tylko droga, a po drodze zgarnia wszystko. Niby tylko beton na razie leją, a pustka dookoła jak w strefie skażonej. Zrobiłem pobieżny bilans zysków i strat. Strat więcej. Na razie, bo jak już drogę otworzą to plusy dodatnie pokryją wszelkie straty. Się będzie jeździło, że ho ho! O stratach nikt nie będzie pamiętać. Bo i o czym? Ja już sam nie pamiętam prawie jak to wszystko było poustawiane. Gdzie jaki budynek stał, jaka gdzie hala była. Prawie nie pamiętam, że tam jakaś stołówka, że brama.

Chociaż nie. O bramie to sobie przypomniałem jak szedłem do Stoczni co to już jej nie ma. Po lewej drogę kładli, a ja na wprost, jeden daszek, drugi daszek, wartownia. Była wartownia. Była sobie wartownia. Biuro przepustek. I wspominałem jak te przepustki wydawali, jak pilnowali czy aby człowiek ma papierek. A dziś luzik, Stocznia dla wszystkich. Miastu i światu, bierz co chcesz. Tyle, że nic tam nie ma.

Nie ma Stoczni, są tereny postoczniowe. Nie dziwi nic. Ale słowo „postoczniowe” jest na wyrost. Ten skrawek ziemi jest tak bardzo postoczniowy, że właściwie należałoby go na nowo przyporządkować, dookreślić. I żeby ani słowa o Stoczni. Młode Miasto, nowe centrum, rozwój, progres i takie tam. To co po nas zostanie. Świadectwo nasze.

***

Hale stoją. Luzem albo w szeregach. Resztówka. A im mniej ich stoi, tym silniejsze wrażenie, że lepiej wyburzyć w cholerę to wszystko. Bo jeśli ten ochłap ma być skansenem, pamiątką po dawnej świetności, to lepiej zapomnieć, że jakaś Stocznia, że jacyś ludzie, historia. Jak się historia usadowi w nowych murach? Kto wie? Dla historii zarezerwowane jest specjalne miejsce. Obok. Tutaj nie ma być historii tylko przyszłość.

stoczniniema13***

Stoję w ciemnościach. Na ekranie młoda urbanistka zafascynowana Stocznią opowiada jaką to szansą jest możliwość zaprojektowania miasta od nowa. Na tym skrawku. Że Stocznia taka wspaniała i że trzeba połączyć młode ze starym. I coś tam jeszcze, że ekologia. Gówno prawda.

***

Na zdjęciu kolos nie wygląda groźnie. Ot, budynek jak każdy inny. Odkładam aparat fotograficzny i patrzę. „Na własne oczy”, „byłem, widziałem”. I doznaję olśnienia. Już wiem! Jeśli trzeba go porównywać, szukać odniesienia i uzasadnienia dla nieuzasadnionej powszechnej odrazy, to wystarczy pomyśleć o świetlanej wizji Piano i Rogersa. I życzliwym panu Pompidou. W Paryżu się nie podobało i tu się nie podoba. Tam był to sprzeciw estetyczny. Tutaj, z estetyką mieszają się ckliwość, pamięć i złość. Poczucie zdrady.

stoczniniema12Tymczasem to wszystko bez sensu. Bo ten kolos to będzie hit! Jakże jesteśmy krótkowzroczni, wsteczni. A do ECS-u będą tłumy waliły z całego świata. Żeby „pooddychać tą atmosferą”. Stocznia, Historia, Solidarność. Wszystko będzie na miejscu. Pod jednym dachem. Multimedialne. I takie jak ma być, ani krzty inaczej.

***

Stoczni nie ma. Nawet „terenów postoczniowych” nie ma. Pamięć, że jakaś Stocznia była i były puste miejsca po niej, zaciera się pod warstwą betonu, rozpływa w powietrzu, znika w obłokach kurzu. Odchodzi, odpływa, odfruwa. Została skasowana.

ecs4

Człowiek z muralu, a nawet kilku ludzi (cz. II)

Zgodnie z zapowiedzią publikuję drugą część zapisu rozmowy z byłymi stoczniowcami. Spytałem ich m. in. o to jak to było z etosem stoczniowca? I jak jest dziś?

Henryk Danskoi: Można mówić o etosie stoczniowca. Zwłaszcza raz w miesiącu, przy wypłacie albo z okazji zaliczki. To często były grube pieniądze, tylko co z tego, skoro nic nie można było za to kupić? Mieszkałem w hotelu robotniczym i zarabiałem kilkanaście tysięcy złotych. Za hotel płaciłem 72 złote. Chodziłem jeść na miasto, pieniądze się rozpływały, nie przydawały się na nic.

Urzędnicy zarabiali mnie, po kilka tysięcy, ale umieli pobudować sobie domy, a głupi stoczniowiec zaharowywał się, miał pieniądze, ale domy budowali tylko nieliczni. Spotykam dziś znajomych co pracowali na akord. Pytam jak się im wiedzie, a oni mówią, że mają poniżej dwóch tysięcy złotych emerytury? Jak to możliwe? Ja pracowałem na wydziale malarskim. Po 320, 360 godzin. Mój brat przez 39 lat pracował jako malarz. Pracował po 300 godzin miesięcznie. W sumie to z 50 lat pracy by się zebrało jakby te wszystkie godziny zliczyć. Ma wprawdzie powyżej dwóch tysięcy emerytury, ale porównując to do tych, co za 15 lat służby mają teraz po kilka tysięcy złotych to szkoda gadać…

O heroizmie strajkujących w 1970 i 1980 stoczniowcy mówią tak:

Janusz Ośka: Nikt w 1980 roku nie wiedział, co z tego będzie. Stoczniowcy spali na styropianach, strajk się skończył i dalej nie było nic wiadomo. Czy się baliśmy? W grupie nie, ale pojedynczo to każdy był bojący. W 1970 roku miałem 20 lat i to była wielka frajda ganiać się z milicją po ulicach. Tak to odbierałem.

Henryk Danskoi: Wtedy to była wielka odwaga strajkować. Wcześniej był przecież rok 1956 i Poznań. Na pewno stoczniowcy wykazywali się odwagą i za to mieli szacunek innych. Także na Zachodzie. Ale to mija i wraca szara rzeczywistość. Dziś widuję w  telewizji jak wyglądają spawacze w Stoczni. Żal patrzeć, nawet ubrań na wymianę nie dostają.

Czesław Szultk: W czasie strajków przywódcy mówili nam, że będzie lepiej. Nikt nam jednak nie powiedział, że lepiej będzie przywódcom. Teraz buduje się bunkier [budynek Europejskiego Centrum Solidarności, przyp. aut.] i stoczniowcy mówią, że ta stołówka [główna stołówka SG przy bramie nr 2, podpisano tam porozumienia sierpniowe, przyp aut.], która była „matką żywicielką”, byłaby dobrym miejscem żeby upamiętnić strajkujących robotników i w ogóle historię Stoczni. Ale nie, trzeba było to zniszczyć. Jakimi kryteriami kierowali się ci, którzy to zniszczyli? Oni przykrywają zgliszcza, które zrobili ze Stoczni, a potem będą się chwalić swoimi zasługami. To będzie przypominać, że jak ktoś się upomina o swoje to zostanie ukarany. Wywindowali się tylko ci z góry, a reszta została bez pracy, bez perspektyw.

A wracając do sprawy etosu – stoczniowiec to był człowiek honorowy i zaradny. Był doskonałym materiałem na męża, bo zawsze umiał zrobić coś z niczego.

Moi rozmówcy z wyrzutem porównują sytuację bytową robotników w latach PRL i dziś. Można by odnieść wrażenie, że o komunie mówią z utęsknieniem. Moim zdaniem to jednak fałszywa interpretacja. Żal wynika z tego, że wizja Polski wolnej a przy tym zasobnej i życzliwej każdemu Polakowi, takiej, w której żyje się łatwiej i bez problemów bytowych jak w minionej epoce – nie została zrealizowana.

Czesław Szultk: W latach komuny była jakakolwiek pomoc, były bony żywnościowe, a teraz są i tacy co mówią, że stoczniowcowi nie należy się przydział mleka, bo mleko mu szkodzi, bo jego organizm tego nie potrzebuje. Do Stoczni ludzie przyjeżdżali z całej Polski. Był komunizm, ale i kwatera była i możliwość startu życiowego. Stoczniowcy mieszkali w hotelach, mieli ciepłą wodę, czystą pościel. A dziś?

Janusz Ośka: W latach 60. Dla tych z hotelu był urlop okolicznościowy na odwiedziny w domach rodzinnych i wszyscy dostawali zwrot za podróż w obie strony.

Czesław Szultk: Decydenci szczycą się Gdańskiem, Stocznią, dźwigami, a ja się obawiam, że niedługo tych dźwigów nie będzie. Zostaną tylko plastikowe miniaturki w charakterze pamiątek. Teraz jak w Stoczni Północnej robia wodowanie – widac tam opłaca się statki budować – to operatorzy kamer tak się ustawiają, żeby w tle było widać nasze dźwigi. Bo taki dźwig zawsze ładnie wygląda jak temat jest stoczniowy.

Henryk Danskoi: Kiedyś Stocznia to była prawdziwa solidarność. Pamiętam, że w latach 70. Mieliśmy majstra na wydziale, który pewnego razu nie zdążył oddać jednego gotowego pomieszczenia na statku przed końcem tygodnia, zgodnie z terminem. Kierownik zapowiedział mu, że w poniedziałek będzie musiał sprawę zgłosić szefostwu i majstra zwolnią. Był piątek po południu. Zebraliśmy się z chłopakami, pogadaliśmy i ustaliliśmy, że spróbujemy przez sobotę i niedzielę wyszykować to pomieszczenie. Majster nie wierzył, że się uda. Ale my podzieliliśmy się pracą. Tak to zorganizowaliśmy, że każdy miał czas na robotę, odjazd do domu, odpoczynek i powrót znowu do pracy. Wymienialiśmy się. Jedni pracowali, inni szli spać do domów. W poniedziałek majster przyszedł, a my 15 minut wcześniej położyliśmy ostatnią warstwę farby. Chłop podziękował nam i miał łzy w oczach, ale udawał, że nic się nie dzieje. To jest właśnie solidarność i etos pracy!

Praca była naprawdę ciężka. Ale była i satysfakcja. Zasady panujące w Stoczni można było przenosić do domów. A dziś jest tak, że pracownik przyjdzie do pracy jak mu się chce. Jak nie to przyśle SMS, że bierze urlop na żądanie czy jakoś inaczej się wywinie od roboty.

Pytam byłych stoczniowców, czy gdyby mogli cofnąć czas i ponownie stanęli przed wyborem drogi życiowej, wybraliby pracę w Stoczni.

Nie – zdecydowanie odpowiada Henryk Danskoi. – Stocznia zniszczyła nam zdrowie, zabrała wiele czasu.

– Z drugiej strony, jaki myśmy mieli wtedy wybór – pyta retorycznie Czesław Szultk. – Nie było innych zakładów pracy, które mogły przyjąć tylu ludzi. To były inne czasy, nie było innych możliwości. Wtedy Stocznia to była nowoczesność, najnowsze technologie, możliwość rozwoju zawodowego. To był potencjał. Ten potencjał dziś został zatracony. Nasi politycy poszli do Parlamentu Europejskiego i musieli ten potencjał oddać na rzecz interesów Europy. Niestety, tego co zrobili, politycy nie rozumieją. Bo politycy nie rozumieją pracy w Stoczni. A władze miasta ze stoczniowcami nie rozmawiają. Maja swoje priorytety. Są butni. Wiedzą, że ich panowanie minie i kierują się innymi kryteriami.

Henryk Danskoi: Po ECS będą wycieczki oprowadzać, ale stoczniowiec ze spuszczoną głową pomodli się pod Trzema Krzyżami i nie będzie czekał na telewizję. Do ECS stoczniowiec nie pójdzie, bo i po co?

image003

Człowiek z muralu, a nawet kilku ludzi (cz. I)

U Kazia

Spotkanie w barze „U Kazia”. Od lewej Henryk Danskoi, Iwona Zając, Darek Olejniczak, Czesław Szultk, Janusz Ośka. (fot. Magdalena Małyjasiak)

Przed budynkiem Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” w Gdańsku stoi kawałek słynnego muru. Przywieziono go z Berlina w 2009 roku po to, by upamiętniał Wydarzenia Sierpniowe. W ramach rewanżu podobny kawałek muru, dotychczas okalającego Stocznię Gdańską, powędrował do Berlina.

Jak czytamy na stronie internetowej Europejskiego Centrum Solidarności „Mur ma symbolizować początek zainicjowanej przez Solidarność drogi do wolności, która przyczyniła się do upadku komunizmu w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej, a poprzez to do obalenia Muru Berlińskiego i zjednoczenia Niemiec.”

I kto wie, może za jakiś czas będzie to jedyny ocalały kawałek stoczniowego muru, który od jakiegoś czasu znika, fragment po fragmencie, z krajobrazu Gdańska. Widać taki mur doskonale nadaje się na symbol (jak i cała Stocznia), natomiast niekoniecznie jest potrzebny do pełnienia swojej dotychczasowej roli (jak i cała Stocznia).

W styczniu zniknął całkiem spory kawał muru przy ul. Jana z Kolna w Gdańsku, a wraz z nim mural namalowany tam przez Iwonę Zając, gdańską artystkę od lat związaną ze Stocznią Gdańską i ludźmi tam pracującymi. Mural był niezwykły o tyle, że będąc dziełem sztuki, równocześnie stanowił zapis rozmów jakie Iwona Zając przeprowadziła ze stoczniowcami na początku pierwszej dekady XXI w. U progu nowej ery, chciałoby się powiedzieć.

Szczęśliwie Iwona Zając jest skrupulatna i prace nad swoim dziełem bardzo dokładnie udokumentowała. Dokumentowała także znikanie muralu z przestrzeni miasta. Dzięki temu teraz powstała kolejna odsłona stoczniowego projektu. Jest to strona internetowa http://www.stoczniaweterze.com. Jej zawartość Czytelnicy mogą poznać sami. Dość powiedzieć, że oprócz fotograficznej dokumentacji muralu znaleźć tam można archiwalne nagrania rozmów ze stoczniowcami, które posłużyły artystce do pracy nad muralem.

– – –

Niedawno, dzięki pomocy Iwony, miałem okazję porozmawiać z kilkoma byłymi stoczniowcami, którzy uczestniczyli w jej projekcie. Poniżej relacja z tego spotkania. Moimi rozmówcami byli panowie: Czesław Szultk, Henryk Danskoi i Janusz Ośka – stoczniowiec, z którym Iwona Zając nie rozmawiała pracując nad muralem, ale który uczestniczył w przedsięwzięciu dokumentalnym innego artysty, Roberta Burghardta z Niemiec. Artystka wykorzystała wypowiedzi p. Ośki i odbiła je na na przęsłach 16 i 17.

Na początek spytałem moich rozmówców o to jak przyłączyli się do pracy nad muralem i jak z dzisiejszej perspektywy oceniają ten projekt i swój udział w nim.

Czesław Szultk: na rozmowy o naszym życiu w Stoczni zgodziliśmy się z pewnymi oporami. Ale Iwona namawiała nas usilnie. Przyjeżdżała do nas na rowerze spocona, widać było, że jej zależy, ze to co robi jest autentyczne a nie na pokaz. To nas przekonało. Poza tym, to była jedyna okazja żeby ktoś spoza stoczni mógł wysłuchać wspomnień ludzi, którzy całe życie tu przepracowali i są związani z tym miejscem. Dla nas z kolei była to jedyna okazja żeby podzielić się z innymi własnymi przemyśleniami, nadziejami, wspomnieniami i wątpliwościami.

Henryk Danskoi: Ja spotkałem Iwonę przez przypadek. Pracowałem do roku 1981 w Stoczni na wydziale malarskim. A ona miała kolegów, którzy pomagali jej przy pracy na murze [Marcin Choroszman i Paweł Pogodziński, przyp. aut.]. Zobaczyłem ich i tak od słowa, do słowa, okazało się, że ja też jestem stoczniowcem. No i opowiedziałem swoją historię. Dla mnie ten mural to było coś nowoczesnego, awangardowego. Kto by wpadł na taki pomysł? Chodziłem przy tym murze, przyglądałem się jak powstają kolejne fragmenty muralu. Podziwiałem Iwonę za tę jej chęć, żeby Stocznia nie poszła w niepamięć. Ten mur stał przy głównej arterii komunikacyjnej, codziennie mijały go tramwaje i przechodnie. To było serce Stoczni i ten mural zawsze do ludzi przemawiał.

O tym, jak wyglądała praca w Stoczni przypomniał Janusz Ośka:

Praca tam jest nie do wycenienia. Ktoś spoza Gdańska mógł kiedyś powiedzieć, że to taka fajna robota w dużym, znanym przedsiębiorstwie. Otóż nie! To ciężki znój, za który nie zapłacono stoczniowcom tyle, ile się należało. Pracowaliśmy po 300 i więcej godzin w miesiącu. Do emerytur nam tych godzin nie policzyli. Przepracowałem tu 43 lata. Kiedy w 1997 roku Stocznia została rozwiązana, każdy z nas bał się o przyszłość. czuliśmy lęk i myśleliśmy „Co teraz„będzie?”. Praktycznie poszliśmy na bruk. Część załapała się na kuroniówki, a część została „goła i wesoła”. Myśmy jakoś kryzys przetrzymali, dotrwaliśmy do emerytury. Ale czy teraz nasi młodsi koledzy doczekają tu emerytury?

Czesław Szultk mówił o zawiedzionych nadziejach stoczniowców:

Każda władza nam obiecywała, że będzie dobrze. A myśmy każdej władzy wierzyli. A na razie wychodzi na to, że rządzący zrobili Stoczni wiele złego albo nie zrobili nic. Każdy, kto pracował kiedykolwiek w Stoczni, powie, że kiedy widzi jak oni – decydenci – obdzielają się premiami, bo to co zarabiają oficjalnie to za mało, to uważa to za nikczemność. I każdy powie, że oni nigdy pod tymi krzyżami nie powinni stać, żaden nie powinien mówić, że jest ze Stoczni, że chce Stoczni pomóc. Niestety, po czasie oni powiedzą „ no, niestety, nie mogliśmy pomóc, bo byliśmy tylko politykami, bo nikt od nas tego nie wymagał”. Będą mówić, że po roku 1980 stoczniowcy byli za mało agresywni, za mało chcieli uzyskać dla siebie. Ale stoczniowcy nie chcą nic za darmo. Chcą tylko to, co im się należy z pracy rąk własnych. Stoczniowcy sobie pomagają. Jak stoczniowiec powie „honor”, to znaczy, że jest honorowy.

Może ktoś tego nie zrozumie, ale ja pracowałem w Stoczni od 14 roku życia. Do 50 urodzin nie miałem żadnych wakacji, żadnego urlopu. Każdy urlop przepracowałem w innej stoczni albo „na bramce”. Robiłem to żeby rodzinie zapewnić godziwy byt. Ktoś powie „no widocznie płacili dobrze, skoro dom zbudował, jeździł dobrym samochodem”. Tylko, że ja sam na to zapracowałem. Ludzie pracowali przeszło 300 godzin miesięcznie przepracowanych! A jeśli teraz chcą podwyższyć wiek emerytalny – dobrze, tylko niech wezmą pod uwagę, że w ciągu jednego roku przepracowało dwa lata. Dlaczego tego do emerytury nie doliczają? Ciężka praca w Stoczni zniszczyła nam zdrowie. Kiedy stoczniowiec idzie na emeryturę, to ona mu się rzeczywiście należy.  A jak ktoś ma wątpliwości, zapraszam na statek, niech tam spędzi kilka dni i popracuje jak stoczniowiec.

– – –

Przyznaję, że dotąd niewiele wiedziałem o tym jak pracowało się w Stoczni i jak wiele wyrzeczeń i czasu poświęcali temu miejscu stoczniowcy. Niebawem kolejna część rozmów ze stoczniowcami. Opowiedzą m. in. o stoczniowym etosie pracy i o tym, czy ich zdaniem ów etos przetrwał do dzisiejszych czasów.

%d blogerów lubi to: