Tożsamość tymczasowa i nowa tożsamość

paniKobieta na zdjęciu to Jadwiga Morawska, z domu Dominiczak. Jest córką najmłodszego w przedwojennej Polsce wójta, Edmunda Dominiczaka. Od 1977 roku mieszka w Sopocie, dokąd przeniosła się z Gdańska, w którym jej rodzina żyła od 1949. Wcześniej było wygnanie i kilka trudnych wojennych lat na Polesiu w Dąbrowie i Niemojkach, po tym jak Niemcy wysiedlili Dominiczaków z ich rodzinnego domu w Kościerzynie.

Pani Jadwiga opowiedziała mi historię swojego życia, a między innymi wspominała pierwsze chwile spędzone w Gdańsku, do którego trafiła z rodzicami i rodzeństwem w grudniu 1949 roku.

– Bardzo wielu przyjaciół mojego ojca wróciło szybciej niż my do Kościerzyny – mówi pani Jadwiga. – Trzeba było podpisać kartę Eingedeutschte [trzecia kategoria Volkslisty; osoby autochtoniczne, uznawane za częściowo spolonizowane – Ślązacy, Kaszubi, Mazurzy i Polacy niemieckiego pochodzenia lub pozostający w związkach małżeńskich z Niemcami] i już można było wracać z wygnania do domu. Myśmy zostali do samego końca wojny, bo mój tatuś, patriota nie chciał prosić o łaskę i zdradzać Ojczyzny. Podróż powrotna była długa, ciężka i odbyliśmy ją w świńskich wagonach. Zastaliśmy nasz dom po powrocie w tragicznym stanie. Wszystko było rozwalone, bez okien. Zamieszkaliśmy więc najpierw w pobliżu dworca. Potem u przyjaciółki mojej mamy, a na końcu wróciliśmy na Hallera, czyli do dawnego, odremontowanego domu. Tatuś pracował i był znany w okolicy, poza tym był dobrym księgowym i dostał propozycję pracy w Gdańsku w zakładach chemicznych. Zamieszkaliśmy przy ulicy Grunwaldzkiej 46. Ojciec dostał mieszkanie służbowe.

Moja rozmówczyni naukę w szkole średniej kontynuowała w Topolówce. Z jej wspomnień wyłania się obraz trudnych stalinowskich czasów, w których nawet licealiści narażeni byli na represje za najdrobniejsze nieposłuszeństwa wobec władzy ludowej. Pani Jadwiga opowiada o trudnym roku 1968, kiedy idąc z synem po ulicy dostała się pod milicyjne pałki, mówi o roku 1970 i innych ważnych momentach w jej życiu i życiu miasta. Ale w 1977 roku, po 27 latach, kończy się jej gdańska historia i aż chciałoby się zapytać, o z jej gdańska tożsamością. Owa tożsamość została zachowana, ale dziś już raczej jako wspomnienie pewnego zamkniętego etapu w życiu. Była zatem ledwie etapem. Miała cechy trwałe, ale okazała się tymczasowa. Dzieje rodziny Dominiczaków od 1949 roku, to dzieje „nowych gdańszczan”, którzy nie mieli gdańskiej przeszłości, wspomnień, punktów odniesienia. Wszystko musieli stworzyć od nowa, a niektórzy z nich – jak pani Jadwiga – zamknąć w pewnym momencie życia.

Przychodzą mi na myśl inne opowieści, zasłyszane od Benedykta Wietrzykowskiego, prezesa Stowarzyszenia Gdynian Wysiedlonych. Pan Benedykt opowiadał mi o tragediach całych rodzin, heroicznej walce o przetrwanie z dala od domów, powrotach do rodzinnego miasta. Bo Gdynia, w przeciwieństwie Gdańska, była dla powojennych mieszkańców najczęściej domem w pierwszym lub drugim nawet pokoleniu. Oni odczuwali związek ze swoim miastem. Nowi Gdańszczanie, o czym pisze Stefan Chwin w eseju „Mity i prawdy gdańskiej pamięci”, nie czuli żadnych związków ani z miastem, ani z jego dawnymi mieszkańcami, którzy przecież w znacznej części byli znienawidzonymi Niemcami, a których właśnie udało się wypędzić z ziem „nierozerwalnie związanych z Polską” jak chciała ówczesna propaganda. I tak, o ile gdynianie, mieli własna lokalną przeszłość, o tyle gdańszczanie przywieźli nad Motławę tysiące osobistych, indywidualnych historii, związanych wprawdzie koszmarem wojny, ale wywodzących się z różnych miejsc, różnych małych ojczyzn. Dopiero na tym gruncie miała się pobudować tożsamość gdańszczan.

Co ciekawe, obie te społeczności, (a przy tym nie należy zapominać o mieszkańcach Sopotu, którzy często byli w podobnej do gdańszczan sytuacji choć w mieście pozostała grupka przedwojennych Polaków), zaczynały odrębne życie na bazie dwóch odrębnych legend jakie konstruowały peerelowskie władze na użytek propagandy i rewizji niewygodnej historii.

W latach 50. Coś zaczęło się zmieniać – pojawiający się coraz częściej zwrot „trójmiasto” stanowił element łączący Gdańsk, Sopot i Gdynię. Nawet jeśli w umowny, nieskonsolidowany organizm, to przynajmniej w organizm rdzennie polski i na polskim gruncie wyrosły, do którego mogli odwoływać się mieszkańcy trzech miast, dotąd żyjący odrębnie. Ale odrębność pozostała, bo – jak wspomniałem – nowe legendy dwóch miast były różne, różne były doświadczenia ich mieszkańców i odmienna rodziła się tożsamość w Gdańsku i Gdyni. Mam wrażenie, że o gdańskiej tożsamości (wychodzącej poza granice wyznaczone przez PRL) zaczęto mówić bardzo późno, gdzieś w okolicach „Weisera Dawidka”, bo „Blaszany bębenek” początkowo takiej siły przebicia w świadomości gdańszczan chyba nie miał. Tożsamość gdyńska była tyleż romantyczna, co peerelowska. Najpierw był port i sukcesy gospodarcze – legenda polskiej (PRL) potęgi morskiej. „Miasto z morza”, jego początki i inny odcień romantyzmu, zafunkcjonowało w świadomości mieszkańców znacznie później u progu nowego stulecia.

Dziś oba te nurty tożsamości są bardzo intensywnie eksploatowanie przez wielbicieli lokalności i historii. Mam wrażenie, że „do wyczerpania zapasów” albo nasycenia przestrzeni i umysłów. Czy za kilka, kilkanaście lat mieszkańcy Gdańska, Sopotu i Gdyni będą budować swoje własne mity i własne tożsamości miejsc w oparciu o nowe punkty wyjścia/zwrotne? Co w takim razie będzie nowym tworzywem? A może lokalne społeczności coraz bardziej obywatelskie działające na rzecz określonych grup i miejsc i świadome swojej roli i potencjału? Paradoksalnie to właśnie one mogą z czasem doprowadzić (wymusić) do powstania spójnej logistycznie i przyjaznej ludziom aglomeracji, choć do Trójmiasta przez duże „T” wciąż będzie daleko.

Reklamy

Trzy miasta, różne spojrzenia

Czas na podsumowanie wyników ankiety, której wypełnienie zaproponowałem niedawno Czytelnikom Bloga Trzech Miast. Niestety, z zaproszenia skorzystało tylko 13 osób (przy czym tylko 10 osób odpowiedziało na wszystkie pytania), zatem wyniki nie mogą być brane pod uwagę przy opracowywaniu jakichkolwiek analiz i do stawiania jakichkolwiek twardych tez. Ja jednak pozwolę sobie na prezentację najbardziej interesujących wypowiedzi, z którymi rzecz jasna można dyskutować.

Na początek przypomnę pytania, które zadałem w ankiecie:

1. Jestem/byłem mieszkańcem
Gdańska
Sopotu
Gdyni
2. Uważam się za mieszkańca/obywatela
miasta
dzielnicy
całego trójmiasta
3. W nawiązaniu do pytania 2.; ponieważ:
4. Próba definicji – opisz jednym zdaniem lub w 3 punktach, czym jest dla Ciebie Trójmiasto:
5. Próba definicji – opisz jednym zdaniem lub w 3 punktach, czym jest dla Ciebie nie jest Trójmiasto:
6. Najlepsze miasto spośród trzech miast to:
7. W nawiązaniu do pytania 6.; ponieważ:

Uczestniczyło w ankiecie 9 mieszkańców Gdańska, troje sopocian i tylko jeden gdynianin (lub gdynianka).

Interesujące są odpowiedzi na pytanie trzecie. Mnie podoba się ta: „Ponieważ Sopotu i Gdyni nie znam na tyle aby uważać się za mieszkańca trójmiasta, natomiast miałam okazję mieszkać/przebywać w różnych dzielnicach Gdańska, każda z dzielnic jest trochę inna ale wszystkie składają się na wspaniałość i oryginalność miasta.”

To akurat osoba, która uważa się za mieszkankę miasta (w tym wypadku Gdańska). Ale są i inne nie mniej interesujące spojrzenia na to tożsamościowe zagadnienie:

Uważam się za mieszkańca: miasta, dzielnicy, całego trójmiasta – „Wszystkie powyższe, ponieważ: każda społeczność ma swój sens i swój charakter. Każda jest ważna i powinna istnieć w symbiozie z pozostałymi.”

Inne odpowiedzi na pytanie nr 3:

„Dla mnie to całość, w jednym mieszkam, w drugim pracuję, z dzieckiem spędzam czas wszędzie…”

„Granice trójmiasta są sztuczne. Traktuję wszystkie 3 miasta jak jeden organizm.”

„Jestem najbardziej związana ze swoja dzielnicą, z jej problemami i ich rozwiązywaniem.”

„Jestem związany z miastem bardziej niż z konkretna dzielnicą, a już na pewno nie jestem związany z całym trójmiastem.”

„Korzystam z funkcji zlokalizowanych w całej aglomeracji.”

„Sopot, Gdańsk i Gdynia to dla mnie jedna przestrzeń kulturowa – choć różniąca się zasadniczo. w tym zróżnicowaniu jest wszystko, czego mi potrzeba.”

„W Gdańsku się urodziłem, tutaj chodziłem do szkół na każdym poziomie, uczestniczę w jestem laureatem obywatelskiej olimpiady wiedzy o Gdańsku, współtworzę Encyklopedię Gdańska w wersji papierowej i elektronicznej (Gedanopedia), ukończyłem kurs przewodnicki po Trójmieście.”

Jednym słowem w tym wypadku siły między „lokalnymi patriotami” (trójmiastosceptykami) a aglomerystami, rozłożone sa mniej więcej po równo. A jak było w przypadku innych pytań? Znalazłem na przykład bardzo ciekawą i rzeczową, choć w pewnym sensie separatystyczną, definicję trójmiasta (pytanie nr 4):

„Są to trzy miasta, graniczące bezpośrednio ze sobą. Łączy je SKM-ka, Zatoka Gdańska i Trójmiejski Park Krajobrazowy.”

Ale są i inne, bardziej przychylne trójmiastu rozumianemu jako jedność, opinie:

„Trójmiasto to jeden wielki organizm – a przynajmniej chciałabym, żeby tak było… i nie rozumiem tych wszystkich kłótni i zawiści pomiędzy poszczególnymi miastami… Być może dlatego, że nie urodziłam się w 3city i patrzę na ten cały galimatias nieco z boku, jak turysta.”

Inne odpowiedzi na pytanie, czym dla Czytelników jest trójmiasto:

3miasto to morze, to duży wybór plaż. Dostęp do morza przez cały rok jest dla mnie warunkiem osiedlenia się,
– różnorodność trzech miast,
3miasto jest dla mnie częścią życia – w szerokim zakresie, nie wyobrażam sobie innego miejsca, w którym mogłabym zamieszkać.”

„Miejscem do życia, miejscem do pracy, miejscem na ziemi.”

„Potrójne miasto, nazwy to tylko geografia….”

„Potrójne miasto, tak”

„Puste hasło. obszar trzech różnych miast o różnych charakterach i odmiennej historii oraz potencjale. wiąże go tylko obwodnica i SKM.”

„Sztucznym tworem, który wabi turystów”

„Trójmiasto – spójna aglomeracja miejska o bardzo ciekawej, mozaikowej tradycji i historii.”

„Trójmiasto jest zlepkiem trzech miast sąsiadujących ze sobą, pomimo że powinny tworzyć jedn organizm,każdy z prezydentów garnie do siebie.”

„Trzema miastami, sztucznie złączonymi w jedno.”

A czym dla Czytelników trójmiasto nie jest, lub jakich oczekiwań nie spełnia? Na początek znów pogląd, z którym ja się chyba w pełni utożsamiam: „Trójmiasto nie było, nie jest i nie będzie jednością, każde z tych miast ma swoją historię.” Niektórzy respondenci wytykali to, co im się nie podoba, a co równocześnie jest w ich opinii błędnym rozumieniem wspólnych interesów aglomeracji:

„Trójmiasto niestety nie jest jednym wspólnym organizmem i to jest słabe.  Przy obecnej walce o zainteresowanie turystyczne i biznesowe różnych destynacji  Trójmiasto jedynie wydaje się mocne, ale przez ciągłe spory, zyskują na tym Warszawa Poznań, czy Wrocław… no cóż – trzeba przemyśleć właściwe podejście do biznesu…”

Pozostałe odpowiedzi na pytanie, czym trójmiasto nie jest:

„centrum wielkich wydarzeń kulturalnych”

„jednolitym organizmem miejskim”

„miejsce o wspólnym dziedzictwie historyczno-kulturowym”

„Nie jest aglomeracją położoną na śródlądziu, o kształcie kolistym, ze wszystkimi wadami takich wielkopowierzchniowych „asfaltowo-betonowych dżungli” – smogiem, dużą odległością od natury itp.”

„Nie jest miejscem przyjaznym do życia lub osiedlenia się. Panuje brud, hałas.Komunikację miejską można podsumować krótko: szkoda gadać, w szczególności tyczy się to skm.”

„Trójmiasto nie jest dla mnie zwartą całością. Nie stanowi jednego organizmu i jego mieszkańcy czują tę odrębność. Trójmiasta nie ma dla mieszkańców, jest dla wizytujących.”

Jest tez odpowiedź chyba mylnie umieszczona w tej rubryce, ale tu się znalazła, więc tu ją umieszczam:

„Życie, Praca, Spędzanie wolnego czasu, Po prostu sposób na życie”

Bardzo ciekawa jest jedna z odpowiedzi na pytanie nr 6 o to, które z trzech miast jest najlepsze do życia w nim. Odpowiedź brzmi: Trójmiasto! Uzasadnienie: „ponieważ to zupełny ewenement w skali Polski”.

A inne odpowiedzi? 4 razy Gdańsk, 2 razy Sopot i tylko raz Gdynia(!).

A jak czytelnicy motywowali swoje wybory? M. in. tak: „ponieważ jak już wspomniałam Gdańsk jest bardzo różnorodny pod wieloma względami np. mentalności ludzi zamieszkujących dane dzielnice, architektury. Gdańsk przed wojną był miastem, który się prężnie rozwijał np. Dawne Zakłady Mięsne, Browar we Wrzeszczu. Mamy swoją historię związaną z Pocztą Polską, Westerplatte. Mamy piękne zabytkowe dworki. Mamy też trzech pisarzy, którzy opisują okolice tego przepięknego miasta Grass (o którym autor nie wspomniał w swoim poście Mit i miasto) Huelle i Chwin.”  [uwaga o tym autorze skierowana jest do mnie, ale jak już wyjaśniałem czytelniczce, brak wzmianki był subiektywny, umyślny i spowodowany względami sympatii i antypatii literackich] O Gdańsku można było powiedzieć i to – „Znam to miasto, jest dostatecznie duże i różnorodne. Gdynia jest mi obca a Sopot za mały i zbyt hałaśliwy.”

A co jeszcze pisano o Gdyni? „Jest najlepiej zarządzana i wydaje się najbezpieczniejsza.”

Byli i tacy, którzy mieli problem z wyborem – „nie umiem wybrać
– Sopot jest latem wyjątkowy, ale nie do życia na co dzień, rozrywka to Sopot
– w Gdańsku mieszka się dobrze, ale oferta kulturowa jest dla mnie uboga, fatalne są drogi – nie te główne oczywiście,
– Gdynia jest bardzo dobrze zorganizowanym miastem, ale nie czuję tam klimatu, jaki odczuwam będąc w Gdańsku.”

Sopot także ma swoje zalety – „Zapewnia wygodne i komfortowe życie w pobliżu morza i lasu jednocześnie będąc dobrze skomunikowanym z Gdańskiem i Gdynią – centrami życia wielkomiejskiego.”

Starałem się przedstawić wszystkie odpowiedzi. Można się z nimi zgadzać lub nie. Można pewnie ułożyć lepsze, bardziej precyzyjne pytania. Ja sam mam kilka swoich uwag pokrywających się z opiniami Czytelników, lub wiodących w zupełnie przeciwną stronę. Ocenę i przemyślenia zostawiam jednak Wam.
Dziękuję wszystkim, którzy wzięli udział w ankiecie.

Ja terrorysta?

IMG_0126

Na jednym z murów przy ulicy Franza Josefa w Wiedniu ktoś odmalował z szablonu hasło „Tourist are terrorist”. To twierdzenie zadziałało na moją wyobraźnię. Zacząłem kombinować i pytać sam siebie – Ja też?!

No bo niby dlaczego? Jestem wprawdzie turystą nawiedzającym od czasu do czasu rozmaite miejsca tu i ówdzie, ale czy moje zachowanie jest aż tak naganne by porównywanie mnie do terrorysty było uzasadnione? Przecież jadąc w inne kraje, w obcych miastach samochód zawsze zostawiam na obrzeżach, po mieście poruszam się „z buta”, metrem albo autobusem, a śmieci nie wyrzucam na chodnik. Z drugiej strony „robię tłum”, szwędam się, łamię zasady i spokój mieszkańców – staję się intruzem, „ciałem obcym”. Zatem może rzeczywiście, jako turysta bywam w pewnym sensie „terrorystą”?

Dylematu nie rozwiązałem do dziś. Wiem co najwyżej, że nie wszyscy turyści łamią sobie nad nim głowę. Z kolei dla mieszkańców obszarów turystycznie docenionych sprawa też nie jest prosta. No bo jak to jest na przykład z naszymi trzema miastami? Turysta to gość i źródło dochodów, ale też intruz, śmieciarz i generalnie zło konieczne. No właśnie, konieczność jest z kategorii tych wyższych, bo czymże byłby Gdańsk albo Sopot bez turystów? Czym byłaby Gdynia bez tłumów na Skwerze Kościuszki?

Nie wiem, jakie będą tegoroczne zyski trzech miast w branży turystycznej. Finansowe podsumowanie poznamy pewnie za kilka tygodni, po tak zwanym sezonie. Wiem tylko, że każde z tych miast traktuje turystykę jak dość istotne i prestiżowe źródło dochodu i formę promocji. Każde oczywiście na swój sposób. Gdańsk mieni się jako miasto dumne, pomnikowe, żywe muzeum i lider chwytający w żagle wiatr przemian. Jednak to nie nowoczesność a historia ma być tu magnesem. Sopot zaś inaczej – jest ludyczny, rozrywkowy, słoneczny i wyluzowany. Są wprawdzie muzea i galerie, ale „umówmy się”, nie one przyciągają tłumy do kurortu. Gdynia z kolei jest nowoczesna i zadowolona z siebie. Obok tysiącletniego Gdańska kusi młodością, świeżością i witalnością. Ale do zaoferowania ma także coś tradycyjnego – tak zwane tradycje morskie. I są one głównym jej atutem, bo mało kto przyjeżdża do Gdyni podziwiać modernistyczną architekturę.

Niezależnie od możliwości, miasta liczą kasę jaką zostawiają na miejscu turyści. I z tego liczenia wynika na przykład, że w ubiegłym EURO-roku przyjezdnych było w Gdańsku więcej niż w latach minionych, ale za to zostawili mniej pieniędzy. Polscy turyści zostawiali tu średnio o 92 zł mniej na osobę, a zagraniczni – o 193 zł mniej na osobę. Tak podają autorzy raportu Instytutu Eurotest „Turystyka gdańska w sezonie letnim 2012 roku”.

Sopot natomiast opracował specjalny dokument pt. „Strategia rozwoju klastra turystycznego w Sopocie na lata 2012-2016”. Możemy w nim przeczytać m. in.:

Cel nadrzędny Sopockiego Klastra Turystycznego: w latach 2012-2016 wzrost wartości rynkowej podmiotów sektora turystycznego wynikający z podejmowanej wzajemnie kooperacji.

I wszystko jasne, prawda? A tak poważnie, „Misja Sopockiego Klastra Turystycznego” jest taka:

„Wzmocnienie konkurencyjności sopockiego sektora turystycznego oraz atrakcyjności Sopotu jako destynacji turystycznej poprzez:

prowadzenie działań wspomagających rozwój i promocję przedsiębiorstw działających w branży,

tworzenie sprzyjających warunków dla prowadzenia działalności biznesowej
rozwój zasobów ludzkich w sektorze

transfer wiedzy do biznesu

animowanie współpracy pomiędzy przedsiębiorstwami, administracją lokalną, stowarzyszeniami branżowymi, placówkami edukacyjnymi i badawczo-rozwojowymi oraz innymi zainteresowanymi podmiotami mających doprowadzić do zwiększenia efektywności działania biznesu turystycznego w Sopocie, a tym samym przyczynić się do rozwoju społeczno-gospodarczego Miasta”.

Czyli dla Sopotu turystyka to rozwój. To jest zrozumiałe. Wracając zatem do pytania o to, „czy turysta to terrorysta?”, należałoby udzielić odpowiedzi dość oględnej i niejednoznacznej. Ciekawe bowiem, że w dobie wirtualnego poznawania świata, ludzie tak chętnie i często przemieszczają się z miejsca na miejsce i chcą samodzielnie i osobiście przekonać się jak wygląda i funkcjonuje to, co znają już z internetu lub telewizji. Przemysł turystyczny to potęga, a choć jest wynalazkiem starożytnym, to właśnie teraz trwa jego rozkwit. Mieszkańcy miejsc leżących na turystycznych szlakach zdają sobie z tego sprawę. Współczesne miasta zamieniły się w swoiste muzea pod gołym niebem. Jeśli tylko jest coś, co warto wyeksponować żeby przyciągnąć obcych, to jest to wyeksponowane. Każde niemal miasto chce być „turystycznie atrakcyjne”. Znam nawet, wcale niemałą, miejscowość na południu Polski, w której centrum stoi rozwalający się, zrujnowany, od lat nieużywany Dom Kultury z kinem, a nieopodal popada w ruinę i zarasta dawny stadion dawnej piłkarskiej drużyny pierwszoligowej i popularny niegdyś w mieście basen, ale główne wysiłki władz idą w kierunku wypromowania i tak znanego już w całej Europie zamku i palmiarni.

Dziś organizmy miejskie nie mogą funkcjonować bez myślenia o przyjezdnych. O tych, którzy mogą odwiedzić, podziwiać, odpoczywać, jeść. Konsumować towary, usługi i zostawić na miejscu pieniądze. Lokalni mieszkańcy godzą się na niedogodności wynikające z obecności obcych. Czerpią z tego zyski. Uzależniają się. W skali globalnej i lokalnej czasem ma to dramatyczne skutki. Ale bywa zyskowne w skali pojedynczego człowieka, jednej rodziny. Błędne koło. No właśnie – czym byłby Sopot bez tłumu turystów na Monciaku?

Rzecz oczywiście nie polega wyłącznie na finansach. Nie mniej istotny jest prestiż, marka, rozpoznawalność. Nawet gdyby do niczego poza samonakręcaniem się turystycznej koniunktury owa rozpoznawalność miała nie być przydatna.

Z drugiej strony, czy turysta nie jest sam poddawany terrorowi miejsc, które „koniecznie trzeba zobaczyć”?

Odsyłam do kilku ciekawych dokumentów poświęconych turystyce w trzech miastach:

W Gdyni

W Sopocie

W Gdańsku

I jeszcze raz w Gdańsku

Gdzieś w „Trójmieście”

Przeczytałem pewien tekst w internecie [1], wkurzyłem się i postanowiłem napisać kolejny płomienny manifest antytrójmiejski. A dokładniej chcę zadać sobie a muzom pytanie, skąd maniera na zastępowanie konkretnych lokalizacji geograficznych mitycznym trójmiastem?

Tekst, który mnie poirytował pochodzi z portalu (nomen-omen) trójmiasto.pl i jak wynika z tytułu, dotyczy budowy stacji końcowej dla „polskiego pendolino w Trójmieście”. Tymczasem z samego tekstu dowiadujemy się, że nie w tzw. Trójmieście ale w Gdyni-Grabówku.

Zaraz, zaraz – powie ktoś – przecież Gdynia-Grabówek jest w Trójmieście! Cóż, mam inne zdanie. Trójmiasto to co najwyżej umowny skrót ułatwiający czasem powiedzenie, że coś dzieje się w trzech miastach na raz (np. jest podobna pogoda, albo wszędzie są korki lub ich nie ma). Z całą pewnością nie jest to jednolite terytorium. A Gdynia-Grabówek jest w Gdyni. Poza tym jest na Wybrzeżu, na Pomorzu, w Pomorskiem, w Polsce, na Północy itp. itd. Ale w Trójmieście?! Czyli gdzie? (Poruszałem już podobne zagadnienie [2])

Gdyby zechcieć, dajmy na to, napisać, że wspomniana inwestycja PKP znajdzie się na Wybrzeżu – to będzie prawda czy fałsz? Niby prawda, ale czy to wystarczająco dokładna informacja skoro dziennikarz może podać dokładniejszą lokalizację – w Gdyni-Grabówku? Zdecydowanie nie! Podobnie jest z tym „trójmiastem”. Skoro autor tekstu wie, że chodzi o Grabówek, to po co gmatwa przekaz przywołując „trójmiasto”?

Oczywiście nie wiem. Wiem tylko, że zarówno autorowi tekstu, jak i większości jego czytelników do głowy nie przyszło, że coś jest nie tak.  W końcu „Trójmiasto i wszystko jasne!”

Oby im się tylko nie pomieszało i w przyszłych wyborach samorządowych nie próbowali zagłosować na prezydenta Trójmiasta, albo nie zechcieli przemeldować się z Gdyni, Sopotu czy Gdańska do Trójmiasta. Ostatecznie mogą poprosić znajomych, by kartki z wakacji wysyłali do nich na adres np.: ul. Bajki 3, 80-706 Trójmiasto. Bez obaw, list na pewno  dotrze – do Gdańska.

[1] – tekst trojmiasto.pl

[2] – tekst blog trzech miast

To się nie uda!

Nie wiadomo, kto pierwszy powiedział „Trójmiasto”. – to cytat z książki dra Piotra Perkowskiego pt. >>Gdańsk – miasto od nowa<< stanowiącej opis powojennej odbudowy, a właściwie budowy od nowa tego miasta. Ci, którzy zaglądają na fejsbukową stronę bloga trzech miast, wiedzą, że autor zainteresował się moją próbą ustalenia, kiedy mniej więcej po raz pierwszy użyto tego sformułowania. Dr Perkowski będzie badał sprawę, a jeśli pojawią się jakieś nowe ustalenia, Czytelnicy niniejszego bloga z pewnością o tym się dowiedzą.

Ale warto zajrzeć do wspomnianej wyżej książki, by zobaczyć, co naukowiec z Uniwersytetu Gdańskiego sam pisze o tzw. trójmieście. A pisze m. in. tak:

(…) Jak poświadczają ogłoszenia drobne, słowo to było w powszechnym użyciu już w połowie lat pięćdziesiątych. [pierwsze przypadki użycia go w lokalnych mediach do jakich ja dotarłem datowane są na rok 1950, przyp. D.O.] (..) Bez wątpienia ogłoszona w mediach integracja Gdańska, Gdyni i Sopotu dużo zawdzięcza kolejarzom – Szybka Kolej Miejska, nazywana w Trójmieście kolejką, pełniąca funkcje metra w organizmie Trójmiasta, umożliwiła szybkie połączenie między ośrodkami, przyczyniając się nie tylko do wzrostu mobilności pracowników Wybrzeża, ale również do rozwoju turystyki w ogóle. W następnych latach mimo pewnych inicjatyw administracyjnych (połączono trzy wydziały kultury miejskich rad narodowych, tworząc jeden wydział kultury) proces integracji wyhamował. Przewidywania dotyczące zrastania się trzech miast, prowadzącego do powstania jednego ośrodka, w którym Gdynia byłaby  tylko jedną z dzielnic (tak jak niedawno Nowa Huta stała się dzielnica Krakowa), się nie potwierdziły. Pomimo niechęci do inetgracji nie porzucono, zwłaszcza w Gdańsku, nadziei na scalenie i w latach siedemdziesiątych wciąż pisano o podziale administracyjnym na trzy jednostki jako podziale czysto formalnym. Z powodu istniejących różnic Gdańsk, Gdynia i Sopot pozostały jednak odrębnymi, rywalizującymi ze soba ośrodkami, które ze względu na bliskośc geograficzną i dobre połączenie ochrzczono, nieco na wyrost, aglomeracją trójmiejską. W powszechnym przekonaniu trzy miasta, zamiast się zrosnąć, pozostały Trójmiastem. Nazwa ta, w przeciwieństwie do „aglomeracji trójmiejskiej” dobrze odzwierciedlała proces  jaki dokonał się po wojnie. Były to wciąż trzy odrębne miasta, z których najważniejszą rolę (…) miał odgrywać Gdańsk. Gdynia musiała ustąpić miejsca, ale nigdy nie chciała  się zgodzić na wchłonięcie. [Gdańsk – miasto od nowa, P. Perkowski, Słowo obraz/terytoria, Gdańsk 2013, wyd. I, str. 40/41]

No cóż, jakoś mnie to nie dziwi. To, że Gdynia nie chce grać roli przystawki, jak i to, że integracja czy też połączenie ani w latach tuż-powojennych, ani w latach 70., ani teraz jakoś się nie dokonało i nie dokonuje. I skoro SKM-ka nie pomogła (owszem komunikacyjnie tak, jednak administracyjnie wcale), to chyba i Pomorska Kolej Metropolitalna nie pomoże. Dlaczego? Pisałem już o tym wcześniej i tylko mógłbym powtórzyć dotychczasowe argumenty. Dodać mogę jedynie tyle, że aby jakiś obszar stał się jednolitym, zwartym organizmem miejskim, terytorium w pełnym tego słowa znaczeniu, niezbędna jest jedna, niepodzielna władza. A tymczasem jakoś nie widzę szans na ukonstytuowanie się władzy „Trójmiasta”.

Ciekawym pomysłem wydaje się spojrzenie na aglomerację/metropolię/trójmiasto, pozwalające na pierwszym planie dojrzeć Gdynię jako lidera regionu – prężnie rozwijający się ośrodek nowych technologii, logistyki, transportu, centrum dowodzenia zapleczem w terenie i pomniejszymi jednostkami administracyjnymi. Gdynia chyba w takiej roli się widzi i zdaniem jej samorządowców do takiej roli jest gotowa. Co na to Gdańsk? No cóż, jak powiedział mi pewien menedżer dużego gdyńskiego przedsiębiorstwa,  a na co dzień mieszkaniec Gdańska: Gdańsk ma pecha, bo w Gdańsku wszystko jest polityczne, każda decyzja. Gdynia rozwija się bez tego balastu, bez historycznych zaszłości i polityki przez wielkie P.

I coś w tym chyba jest. Do rozważań nad wizją „wielkiej Gdyni” warto z pewnością za jakiś czas wrócić. Jak i do wspomnień o jej morskiej przeszłości, by porównać je ze stanem współczesnym.

%d blogerów lubi to: