Mówisz „Gdańsk”, myślisz „Neptun”

image003

panorama nowego Gdańska

Do napisania tego tekstu zainspirował mnie (a jakże!) Facebook. A konkretnie ludzie od promocji Gdańska, wrzucający co i rusz rozmaite gdańskie zdjęcia na oficjalny profil miasta.

Oficjalny, zatem żadnej „skuchy” być nie może i trzeba pokazywać to, co Gdańsk ma najlepszego. I to, co „przeciętnemu” turyście z Gdańskiem kojarzy się jednoznacznie. Na słitfociach grodu nad Motławą zobaczymy zatem ul. Długą, Dwór Artusa, Żurawia no i kultowego Neptuna oczywiście. Czasem uwieczniony zostanie urokliwy zakątek Wrzeszcza, a bywa, że i równie urokliwy fragment Parku Oliwskiego na oficjalnych foto-wizytówkach miasta też się znajdzie. Trudno się dziwić. Wszak mówisz Gdańsk, myślisz Neptun. Mechanizm jest na tyle sprawdzony i skuteczny w warstwie sentymentalno-emocjonalnej, że bywa stosowany przez wszelkie biura promocji miast, regionów i gmin.

Jako się rzekło, inspiracją do tekstu były bardzo ładne zdjęcia Gdańska, ale oglądając je na Facebooku nie o najpiękniejszych ulicach miasta myślałem, a o tych miejscach, których w oficjalnych materiałach promocyjnych nigdy nie zobaczymy.

Takich miejsc „przemilczanych” ma każde miasto znacznie więcej niż tych „oficjalnych”. Z Gdańskiem jest podobnie. Jeśliby podzielić miasto pod względem reprezentacyjności czy ikoniczności, to prym wiedzie Główne Miasto z przyległościami oraz Wrzeszcz, Oliwa. Rzecz jasna nie w całości, ale powiedzmy, że mniej więcej tak to się układa. Z drugiej strony są takie miejsca jak Dolne Miasto czy Żabianka, Orunia, Lipce i kilka innych. Naprawdę mniej reprezentacyjne i najpewniej w niektórych obszarach rozwojowych mniej doinwestowane. Ale choć omijane przez oficjalnych fotografów magistratu, wciąż stanowią zwarty element tak zwanej tkanki miasta. Wrosły w Gdańsk i w „świadomość miejsca” jego mieszkańców (ikoniczność miejsca ma dla gdańszczan nieco mniejsze znaczenie, choć nie jest zupełnie go pozbawiona).

Są jednak i takie rejony, które mimo iż oficjalnie Gdańskiem są, z Gdańskiem identyfikowane są słabo. Choćby Olszynka z jednej strony, jako przykład „starej dzielnicy” – rok przyłączenia do miasta: 1933 (podobnie jak Orunia). I Zakoniczyn (czy szerzej – Gdańsk Południe) z przyległościami, z drugiej strony, jako przykład „nowej dzielnicy” – rok przyłączenia do miasta: 1973.

Olszynka niemal bezpośrednio graniczy z centrum Gdańska i oddzielona jest od niego przez Motławę oraz Dolne Miasto. Kiedy wjedzie się na ten teren, wystarczy jedno spojrzenie, by od razu zauważyć różnicę między Olszynką a resztą Gdańska. To obszar stanowiący w większości mieszaninę wsi i letniskowej osady z ogródkami działkowymi. Jest też nieco murowanych zabudowań – starszych oraz takich w stylu murowanej daczy lub domku na przedmieściu. Wędrując po wytyczonym w prostokąty układzie ulic, trudno przyzwyczaić się do myśli, że to także jest Gdańsk.

A co o swoim terytorium mówią sami mieszkańcy? Jeszcze kilka lat temu rozmawiałem z kilkoma i każdy twierdził z przekonaniem: – Gdańsk o nas zapomniał. Chciałem więc dziś sprawdzić, czy nadal czują się przez resztę miasta opuszczeni. Wybrałem się więc na Olszynkę i pogadałem ludźmi.

– Nic się nie zmieniło – deklaruje mieszkaniec drewnianego domku przy ul. Ścieżki. – Z naszego ogródka widać wieżę starego ratusza, ale stamtąd chyba nie widać naszego zakątka. Kanalizację przyłączyli nam dwa lata temu, czynsz wzrósł kilkakrotnie. Miasto chciało od nas za wykup tego domu i kawałka ziemi dwieście tysięcy! A przecież, żeby tu mieszkać, musieliśmy sami z własnych środków, wstawić okna, ocieplić ściany i podłogi, zbudować domową kotłownię. Kiedy nas pytają, mówimy, że mieszkamy w Gdańsku. Ale tak naprawdę ja nie czuję że mieszkam w tym mieście. To tylko oficjalna nazwa, a tak naprawdę tu jest inny świat.

Taka opinia nie jest odosobniona, niestety. Stosunek władz miasta do Olszynki przekłada się na samoświadomość jej mieszkańców. A także na to jak Olszynkę postrzegają mieszkańcy innych dzielnic. Dla nich to Gdańsk, ale jakiś „inny” – obszar, do którego nie warto zaglądać. Nic tu się nie dzieje. Tylko działki i dacze. Myślę, że z kolei większość turystów odwiedzających Gdańsk nie ma pojęcia o istnieniu tej enklawy.

A Zakoniczyn? Kto jeszcze używa tej nazwy i w odniesieniu do jakiego obszaru? Dziś w nowym lub granicznym obszarze miasta nie buduje się już dzielnic. Dziś powstają osiedla: „Moje marzenie”, „Miłe”, „Cztery pory roku”, „Lawendowe”, „Pogodne” itp. itd. Dziś zamiast o dzielnicach mówi się ogólnie o „Gdańsku Południowym”. I to w kontekście obszaru, który należy skolonizować na potrzeby nowych mieszkańców, a nie terytorium o ukształtowanej historycznie nazwie i spójnym charakterze (choć jeszcze do niedawna Gdańsk Południe oficjalnie traktowany był jak dzielnica pod nazwą Chełm i Gdańsk Południe, dziś rozlewa się na Chełm, Jasień i Ujeścisko-Łostowice).

Nowy sposób kolonizacji narzuca nową formułę miasta. To już nie jest spójna tkanka, jeden organizm. To sieć luźno powiązanych linią dróg i połączeniami autobusowymi (na ogół z przesiadkami) enklaw, z których każda jest inna, a równocześnie wszystkie są podobne do siebie jak dwie krople wody. To także jest Gdańsk. To także są gdańszczanie. Ale nadal mówiąc Gdańsk, myślimy Neptun. Bo miasto to coś więcej niż obszar administracyjny. To także duch i historia. To mit i idea. Dzisiejsze przedmieścia, czy raczej właśnie osiedla, nie mają jeszcze swojej historii. Nie mają idei, mitu. A architektura sprawiająca wrażenie kruchej i tymczasowej, nie tworzy czegoś, co można by nazwać „klimatem” miejsca. Trudno też oceniać jakie relacje wytworzą się między mieszkańcami poszczególnych osiedli nowego Gdańska. Jak na razie to obszar Gdańska najszybciej się zaludniający.

Na ile jednak „nowi gdańszczanie” (niekoniecznie nowi, mogą być po prostu przesiedleni) utożsamiają się z Gdańskiem postrzeganym poprzez miejsca-ikony, na ile utożsamiają z owymi gdańskimi ikonami i miejscami oczywistymi swoje własne miejsce, w którym żyją na co dzień?

Odpowiedź na to pytanie – o ile ktoś spróbuje jej poszukać – ułatwi poszukiwania odpowiedzi na jeszcze kilka innych pytań. Na ile „Gdańsk Południe” to tożsamościowo ten sam Gdańsk, jaki znają turyści z wakacyjnych pocztówek i promocyjnych folderów? Czy nowe osiedla to tylko schrony i sypialnie czy może bardziej Główne Miasto lub Wrzeszcz są jedynie miejscami pracy, zakupów, niedzielnych obiadów „na mieście” a „serce miasta” bije na obrzeżach? Czy można uznać, że to jedność czy raczej dwa odrębne światy?

Reklamy

Uskok historii

Na początek dwa zdjęcia:

gdansk7

gdansk8

To, co na nich widać, już nie istnieje. Oba zdjęcia powstały ok. roku 2008 w rejonie Dworu Wendtów na gdańskim Zakonicznie. Dlaczego pokazuję te fotografie i dlaczego chcę napisać o tym miejscu? Powód jest jeden. To doskonały przykład na coś, co można by nazwać „lokalnym końcem historii”, choć moim zdaniem lepiej mówić o uskoku historii.

Uskok historii w rejonie Dworu Wendtów to nic nadzwyczajnego, rzecz gdzie indziej w dziejach spotykana. Mimo to, być może z powodu swojej oczywistości, raczej nieczęsto odnotowywana, zauważana. Być może dlatego, że historyczny ciąg zdarzeń traktowany jest całościowo. Jednak uskok to coś więcej niż przejście z jednej opowieści do drugiej. To zagłada świata istniejącego i budowa zupełnie nowej rzeczywistości na ruinach tego, co było. Niby historia ma swoją kontynuację, ale tak jak w uskoku rozumianym jako zdarzenie geologiczne – powstały teren jest czymś odrębnym od „starej” reszty całego obszaru.

Dziś jest tak: W rejonie ul. Wieżyckiej, na krańcach miasta powstaje nowe osiedle mieszkalne (obok istniejącego już innego blokowiska i enklawy „domków” i „bliźniaków”). Niebawem ludzie zaczną się wprowadzać, zaczną żyć w tym miejscu, niejako od nowa.

A co było tam w przeszłości? Zdjęcie u góry pokazuje zabudowania gospodarcze, najprawdopodobniej jakąś poPGRowską oborę. Na drugim zdjęciu widać przyszły plac budowy. Wtedy były tam domy mieszkalne, w których żyli dawni pracownicy rolni. Wyeksmitowano ich dokądś zanim teren zrównano z ziemią.

Nad tym wszystkim góruje osłonięty drzewami Dwór, wciąż istniejąca i zamieszkała XIX-wieczna budowla, która także ma swoją intrygującą przeszłość i niejasną przyszłość. O budynku wiadomo tyle, że przed II wojną światową Zakoniczyn należał do rodziny Wendtów. Jego ostatnim właścicielem był Artur Wendt. Na terenie przyległego parku znajduje się grób ostatniego dziedzica. Po wojnie utworzono tam PGR. W tym wypadku można mówić chyba jednak o ciągu historycznym – budynek przetrwał, zmieniali się lokatorzy i funkcje, ale obiekt stanowiący o historii miejsca trwa nadal. Inaczej jest z położonymi niżej terenami, na których stały wyburzone, wspomniane wcześniej, budynki gospodarcze i mieszkalne. Lokatorzy domów żyli tam od dwóch, trzech pokoleń. Tworzyli własną przestrzeń i własną historię. Pewnego dnia zniknęli, a ich miejsce zajmą niebawem nowi mieszkańcy, którzy o przeszłości Zakoniczyna widzą najpewniej mało. Jedna historia zastępuje drugą.

Dzisiejszy krajobraz tego miejsca. Zdjęcie górne – tu stała obora, zdjęcie dolne – tu stały domy:

image003 image004

Jest takich miejsc w Gdańsku wiele. Kolejne to choćby powstające niemal w centrum miasta osiedle Pohulanka. Niby zupełnie nowy teren, nowa wartość dodana do tkanki miejskiej, przez wiele lat zapomniany i pusty. A jednak… 4 lipca 1946 roku o godzinie 17.00 w tym miejscu powieszono 11 Niemców – zbrodniarek i zbrodniarzy wojennych, w przeszłości zatrudnionych w niemieckim obozie koncentracyjnym w Stutthofie. Egzekucji przyglądał się tłum 150 tysięcy mieszkańców miasta. Teraz na nowe osiedle wprowadzają się kolejni lokatorzy. Zaczną tu nowy rozdział życia, swojej historii. Ilu z nich wie, co wydarzyło się w tym miejscu kilkadziesiąt lat temu?

image005

Uskok historii powstaje, gdy mówimy o terenie poddanym procesom historycznym polegającym na przemianie jego funkcji oraz o ludziach uwikłanych w te procesy. W tym wypadku historia jest pojmowana przez pryzmat terytorium – geografii (podobnie jak uskok geologiczny). Z kolei ludzie związani z tym terytorium są nie tylko sprawcami zmian, ale sami zmianom się poddają lub są poddawani.

%d blogerów lubi to: